Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 7-8/1999

MIT KRUIFA
Poprzedni Następny


Piotr M?ldner-Nieckowski


Setki, jeśli nie tysiące moich rówieśników szły na medycynę między innymi dlatego, że w ich bibliotekach domowych znajdowała się mitologiczna książka Paula de Kruifa „Łowcy mikrobów”, której bohaterami są odkrywcy bakterii. Może była źle przetłumaczona i okrojona ze wspaniałych smaczków oryginału, pozbawiona noty biograficznej, jednak nawet w niedoskonałej polskiej wersji zachowała sugestywny styl, który zmusza wyobraźnię do zdwojonej pracy. Gdyby czytelnicy znali życiorys autora – choćby to, że Kruif asystował przy pisaniu co najmniej jednej z książek noblisty Sinclaira Lewisa – wiedzieliby, że „Łowców mikrobów”, w gruncie rzeczy publicystykę popularnonaukową, można traktować jako literaturę piękną. Zawiera bowiem drugie dno, buntowniczą pożywkę. W jej interpretacji nauka jest wyrazem sprzeciwu wobec świata, wykładnią pomysłowości i ambicji. Jednak dla startującego medyka może to być wizja zawodna.
Ponieważ na egzaminie wstępnym od kandydatów wymaga się encyklopedycznej wiedzy z zakresu nauk ścisłych, świeżo upieczony student miewa przekonanie, że medycyna należy właśnie do kategorii matematyczno-fizyko-chemicznych. Dlatego z początku młodych kandydatów na naukowców jest wielu. Później te szeregi topnieją. Student doskonale widzi, co się dzieje w polskim światku naukowym, a zwłaszcza, jakie w Polsce są w tej dziedzinie perspektywy. Na gwałt szuka też autorytetów naukowych i co chwila się przekonuje, że wzorce w stylu Witolda Sylwanowicza, Witolda Orłowskiego czy Jana Nielubowicza, o których czytał w „Propedeutyce medycyny” Tadeusza Kielanowskiego, dawno znikły z horyzontu, a młodsi nauczyciele jakoś nie chcą mieć ani charyzmy, ani klasy, posługują się gorszym językiem, nie umieją tak barwnie i precyzyjnie pisać, nie mają poczucia humoru, a nawet nie wyróżniają się oryginalnymi przywarami.
Z drugiej strony sama nauka lekarska okazuje się mniej ścisła. Powiedziałbym, że jawi się chwilami nawet jako magiczna, bo oparta na niestabilnym i dziurawym systemie wiedzy. Dla wnikliwego studenta uznawanie w medycynie obliczeń statystycznych za podstawowe fakty naukowe jest co najmniej niepewne. Co gorsza, wiele zdarzeń tej natury można by zaliczyć do fikcji, a nazywa się je doświadczeniem lekarskim, intuicją, sztuką. To z kolei daje wdzięczne pole do popisu relatywizmowi, nadinterpretacji, manipulacji.
W nauce, która bardziej przypomina humanistykę niż matematykę, a jednak rości sobie prawo do korzystania z eksperymentu, naprawdę trudno się znaleźć, jeśli się nie ma ludzkiego przewodnika. Tę rolę powinny brać na siebie akademie medyczne, ale nie zawsze im się to udaje. Odkrycie nowych bakterii okazuje się bowiem łatwiejsze niż opisanie, dlaczego wywołując chorobę w każdym organizmie zachowują się trochę inaczej. Niełatwo też godzić to z faktem, że dobry lekarz rozpoznaje chorobę mimo istnienia jej niezliczonych wariantów i wie, jak się ustosunkować do niespotykanych problemów terapeutycznych. Nauka tego nie opisuje, a lekarz opiera się na owej intuicji, na tym „wydaje mi się, że na pewno”, czyli na przesłankach, których matematyk nigdy nie zechce zaakceptować.
Wbrew pozorom ta sytuacja intelektualna jest bardzo pociągająca. Przy całym olbrzymim zasobie wiedzy ścisłej ociera się mimo wszystko po trosze o magię (bo czymże jest „doświadczenie lekarskie” albo „sztuka lekarska”?), a po trosze o rachunek prawdopodobieństwa.
Pacjent-matematyk okaże się więc najgorszym typem pacjenta, nierozumiejącego, że lekarz może pominąć wszystko, co znajduje się w encyklopedii zdrowia i podać trafne rozstrzygnięcie problemu bez żadnych dowodów. „To jest tak, bo tak jest” - powie pan doktor. Jeśli jeszcze ów chory dla porównania (a matematykom zdarza się to nagminnie) pójdzie do drugiego lekarza, który postawi identyczną diagnozę, lecz nazwie ją inaczej, to obu uzna za apodyktycznych, podejrzanych konowałów i – zostanie na lodzie.
Mitologia „Łowców mikrobów”, traktujących o biologii w wydaniu eksperymentalnym, musi zblednąć w konfrontacji z mitem wiedzy nieteoretycznej, niejasnej, a jednak nad wyraz skutecznej. W trzydziestoletniej praktyce miałem do czynienia z młodymi, inteligentnymi lekarzami, którzy w pierwszych latach pracy wciąż jeszcze nie wiedzieli, czy podołają tej „nienaukowej nauce lekarskiej”. Jeszcze nie wiedzieli, że nikt nie ma intuicji lekarskiej w genach. Ale później krzepli i już nie przerażała ich groźba chronicznej niesamodzielności. Jeśli tylko mieli krótkie drogi nerwowe, jak to nazywa dr Zbigniew Herman, dużo wiedzieli i mieli zmysł zapamiętywania obserwacji, to pewnego dnia budzili się z umiejętnością niemal boską: zaczynali korzystać z pokładów nagromadzonej statystki, tej z literatury i tej własnej, dla pozostałych mglistej, niejasnej.
Trudno się więc dziwić, że mit „Łowców mikrobów” może być mniej pociągający niż mit „sztuki lekarskiej”. Że w medycynie praktycznej sukcesy często zdarzają się niemal codziennie, a w naukowej jakby nieco rzadziej.


e-mail: pmuldner@mp.pl

Uwagi.