Naukowcy są rozliczani nie tyle z ważnych wyników,
co z liczby publikacji oraz ich cytowań.
W dość rzetelnym i rzucającym sporo światła na aktualną sytuację polskiej nauki artykule prof. Witolda Karczewskiego, byłego szefa Komitetu Badań Naukowych („Świat Nauki”, nr 5/96), znalazł się intrygujący zwrot, który skłania do refleksji: Chcąc opublikować pracę w naprawdę prestiżowym czasopiśmie, trzeba niekiedy przejść przez Golgotę nie kończących się poprawek, a nawet dodatkowych serii badań. Recenzenci tych czasopism są niemal bezlitośni, ale to najlepsi fachowcy na świecie. Wiem, że czasem przechwytują pomysły, sam padłem kiedyś tego ofiarą, ale zdarza się to niesłychanie rzadko.
Jednak ogólny wniosek autora artykułu jest taki, iż należy, mimo wszystko, wysyłać prace na Zachód, jako że wspomniane przypadki, zgodnie z użytym terminem, to nie kradzież czy plagiat – zatem fakt ewidentnie niemoralny – lecz jedynie zwykłe przechwycenie. Zauważmy jednak ten jawny eufemizm: mamy tu tylko zupełnie bezkarne skorzystanie z okazji, którą stwarza zajmowane stanowisko. Formalnie nikt nie przekracza przy tym przepisów, jako że anonimowego recenzenta nie obowiązuje przecież żaden odpowiednik „tajemnicy spowiedzi”.
Sytuacje takie nie zdarzają się często, bowiem, pomimo pokusy, na ogół zwycięża uczciwość. Ryzyko autora jest zatem niewielkie. Argument realizmu: po prostu nie ma innego wyjścia. Wysłanie do polskojęzycznego pisma jest równoważne niewysłaniu pracy, tj. tak, jakby wyniku w ogóle nie było. Od jakiegoś czasu przy rozliczaniu pracowników naukowych z branży nauk ścisłych stosowana jest tzw. lista filadelfijska, zbiór czasopism z całego świata uznanych za ważne. Opublikowanie w nich pracy jest punktowane. Wysłanie pracy do – choćby i dobrego – pisma spoza tej listy jest bezcelowe, jako że nie przynosi żadnych punktów. Z kolei brak punktów oznacza z czasem brak przyznanych funduszy na badania oraz (całkiem realną) groźbę zwolnienia z pracy.
Cyniczny absurd tej sytuacji polega na tym, że przeszczepiono do polskich realiów zachodni obyczaj, mimo że krajowi naukowcy realnie otrzymują upokarzająco mały ułamek pensji uczonych z Zachodu i praktycznie wszyscy dorabiają pokątnie na rozmaite sposoby, by przeżyć do przysłowiowego „pierwszego”.
NO TO MU PUSZCZĘ
Takie są fakty. Dalsze ich komentowanie byłoby, jak sądzę, proste, ale raczej jałowe. Zamiast tego proponuję trochę refleksji z mojego własnego, dość skromnego doświadczenia. Na początek kilka przykładów, w których powszechność, przyznaję, wciąż usilnie staram się nie wierzyć (jak dotąd – bez specjalnego powodzenia).
Recenzent renomowanego czasopisma zwlekał z opublikowaniem artykułu, wynajdując coraz to nowe zarzuty. Autor pracy, który był lepszym naukowcem niż dyplomatą, domyślił się w końcu, że jest to po prostu dyskretna zachęta do dopisania recenzenta do artykułu (pracował on w tej samej dziedzinie). Po dokonaniu tego wszelkie zarzuty nagle ustały, a obie strony były zadowolone.
Inny epizod, którego zupełnie przypadkowym świadkiem byłem kiedyś ja sam. Oto recenzent zagranicznego periodyku przegląda właśnie swą najnowszą korespondencję: – No i proszę, znowu artykuł do recenzji. Po otwarciu koperty, bez czytania głównego tekstu, zaczyna od razu szukać na ostatniej stronie, gdzie zwykle jest lista nazwisk autorów cytowanych prac. – Zobaczymy, czy mnie cytuje... – mruczy zamyślony do siebie. – Jeśli nie, to mu nie puszczę... Tak, cytuje! No, to mu puszczę.
Grupa moich znajomych fizyków doświadczalnych zgłosiła referat ze swoich prac na krajową konferencję. Dostali negatywną recenzję, referat odrzucono. Pogodzeni z taką decyzją postanowili, mimo wszystko, pojechać na tę konferencję. W jednym z referatów usłyszeli prezentację swoich wyników, rozpoznali własne rysunki i wykresy, nawet bez zmiany oznaczeń. Tego, co wtedy myśleli i czuli, można się tylko domyślać. Jak się wkrótce okazało, w mieście tym, w lokalnej uczelni, działała grupa badawcza o zbieżnych zainteresowaniach i podobnych planach. Można zrozumieć, że zgłoszenie referatu nie było dla nich niczym więcej, jak tylko ujawnieniem niekorzystnego faktu istnienia konkurencji. Nie należy też naiwnie się dziwić, że nie wpadli z tego powodu w zachwyt. Mając możliwość zatrzymania pracy – nie zawahali się. Ale to chyba wszystko, co tu można „zrozumieć”. Reszta to już tylko puste dywagacje w rodzaju: czy wybrać uczciwość (naiwność?) i świadomie dopuścić do oddania pierwszeństwa, czy też – parafrazując prof. Karczewskiego – „przechwycić wynik”?
Takich pytań nie stawiałby zapewne wcale konkurent w jakiejś branży biznesu, on nie miałby cienia wątpliwości. Ale pracownik naukowy, z powołania – przepraszam za ten pretensjonalny patos – poszukiwacz prawdy?
UCZENI DYPLOMACI
Przyroda (przynajmniej według poważanego powszechnie Arystotelesa) nie znosi próżni. Co więcej – każda akcja rodzi zwykle rozmaite reakcje itd. Prawdę mówiąc, slogan o próżni jest nader mylący. Arystoteles wypowiedział go w dobrej wierze, ale przecież nie znał współczesnej fizyki. Ta ostatnia, według żartobliwego, lecz bardzo głębokiego powiedzenia fizyka rosyjskiego Pontriagina, jest właśnie nauką o próżni: część pierwsza, klasyczna, nosi nazwę Pompy i manometry, część druga – Teoria próżni kwantowej.
Tutaj też tzw. życie dopracowało się praktycznego rozwiązania: należy opanować – nie tak w końcu trudną – sztukę pisania niestrawnych, zaszyfrowanych prac, kolejnych przyczynków do innych przyczynków. Osiągną one swój zamierzony cel, bo przekonają wszystkich o skuteczności pracy autora. Z kolei kradzież takiego „wyniku” – choć oczywiście możliwa – jest dla ewentualnego złodzieja nieprzydatna. Stąd w każdej instytucji naukowej te stosy niepotrzebnych preprintów, których nikt nie czyta, i których jedynym celem jest dowieść, że ten czy inny naukowiec otrzymał jakiś wynik i spisał pracę. Preprint to swoisty odpowiednik patentu, a nikt przytomny nie rozczytuje się w patentach. Służą one tylko i wyłącznie dowiedzeniu, w razie potrzeby, pierwszeństwa.
Z absurdami zdarzającymi się przy kwalifikowaniu artykułów do druku w niekonwencjonalny sposób poradzili sobie kiedyś autorzy klasycznej dziś już pracy o syntezie pierwiastków w gwiazdach (sławna i do dziś aktualna praca Burbridge’ów, Fowlera i Hoyla cytowana zwykle jako B2FH). Aby nie plątać się w elementarne dyskusje i tłumaczenie recenzentowi, że wynik jest naprawdę ważny oraz trwały, załatwili po znajomości przyjęcie artykułu do druku w „Review of Modern Physics” bez żadnej recenzji. Wszyscy późniejsi czytelnicy tej pracy nie cierpieli zapewne specjalnie z powodu tak jawnego ominięcia przepisów.
Inny, bardziej współczesny przykład, iż dyplomacja jest nie mniej ważna od nauki, to głośna przed paru laty, błyskawiczna nagroda Nobla dla M?llera i Bednorza, którzy jako pierwsi eksperymentowali z jakościowo nową klasą nadprzewodników wysokotemperaturowych. Nie ulega wątpliwości, że gdyby bezmyślnie wysłali swój rewelacyjny wynik do najbardziej naturalnego, zdawałoby się, pisma – wiodącego „The Physical Review C” – wówczas dalszy rozwój wydarzeń byłby prawdopodobnie zupełnie inny: najpierw przetrzymanie pracy przez recenzentów przynajmniej dwa miesiące, dalej – przeciek informacji o istocie nowej metody, wreszcie – odtworzenie wyniku w kilku innych laboratoriach. Nie byłoby pierwszeństwa, prawdopodobnie nie byłoby też nagrody. Twórcy naukowej sensacji byli jednak nie tylko dobrymi eksperymentatorami, byli jednocześnie znakomitymi politykami.
ZA WSZELKĄ CENĘ
Cała sprawa byłaby pewnie mało ważna, ale do tych wszystkich mniej lub bardziej etycznych kwestii dochodzi jeszcze jeden istotny fakt: posiadanie „twardych” publikacji jest podstawowym warunkiem przeżycia w dobrym ośrodku. „Publikuj albo giń” – ten wymyślony przez urzędników slogan był zmorą już dla samego Einsteina. To jednak fakt, że naukowcy są rozliczani nie tyle z ważnych wyników, co z liczby publikacji oraz ich cytowań.
Przypuszczam, że fanatyczne, bezmyślne wyznawanie tej właśnie zasady doprowadziło niedawno do skandalicznej, niewiarygodnej wprost patologii, jaką było masowe przepisywanie przez wysoko postawionych „uczonych” ze Śląskiej Akademii Medycznej cudzych publikacji i wysyłanie ich – pod własnymi już nazwiskami – do innych czasopism. Karygodny ten proceder trwał przez kilkanaście lat i został przypadkowo odkryty i ujawniony przez dr. Marka Wrońskiego, pracownika kliniki uniwersyteckiej w Nowym Jorku. Dr Wroński znalazł seryjne plagiaty dzięki pewnym mechanizmom, dostępnym w internetowej bazie danych o nazwie Medline, zawierającej streszczenia artykułów medycznych. Swe szokujące odkrycie opublikował m.in. w „Science” oraz w polskiej prasie codziennej. Miał natomiast kłopoty z publikacją w polskiej fachowej prasie medycznej. Dopiero krakowski „Przegląd Lekarski” wydrukował długi raport z jego zmagań o ujawnienie prawdy oraz przywrócenie dobrego imienia polskiej nauce.
Kilka lat temu ktoś wysłał list do edytora światowego pisma numer jeden – „Nature”. Sugerował w nim, iż skutecznym rozwiązaniem wielu wspomnianych powyżej problemów byłoby konsekwentne wprowadzenie prostej zasady: jawny recenzent i anonimowy autor (czyli dokładne odwrócenie obecnego stanu rzeczy). W odpowiedzi redaktor „Nature” szczerze poparł ten pomysł i jednocześnie natychmiast go odrzucił jako nierealny.
Zatem, ponownie realizm, alternatywą jest bowiem już tylko niemożliwość. A gdyby tak niezbyt taktownie przypomnieć, że prawdziwy postęp – w rozmaitych dziedzinach – tak często polegał na niepokornym protestowaniu przeciw istniejącym absurdom, a nie na biernej akceptacji bieżącego status quo, choćby i w imię realizmu (lub raczej tzw. świętego spokoju)?
NIECH SOBIE SZUKA
I na koniec przykład dość bliski mojemu sercu: popularyzacja nauki. Zdarzyło mi się w latach 1989-94 napisać przeszło czterdzieści artykułów popularnonaukowych (w sensie obowiązującej w mojej macierzystej instytucji punktacji jest to równoważność czterech zaledwie „twardych” prac). Będąc wówczas w stanie permanentnego wyjałowienia umysłu po obronie doktoratu w jednym ze stołecznych instytutów, zwróciłem się w taką właśnie stronę. Była to przynosząca sporo satysfakcji działalność, jednak, z punktu widzenia mojej pozycji w Instytucie, trochę charytatywna i, po prostu, tolerowana jako nieszkodliwe hobby. Względnie często słyszałem od kolegów po fachu: – Ja bym na to nie miał czasu.
Powiedziałem kiedyś pewnej wpływowej osobistości, która przypadkiem odwiedziła Kraków, że u nas za każdy „twardy” artykuł dostaje się jeden punkt, a za popularnonaukowy – dziesięć razy mniej (było to krótko po tym, jak nasz Instytut wszedł na tory „nauki rynkowej”, co powszechnie uznano za znaczny postęp). Powiedziałem to zresztą wyłącznie w formie neutralnego spostrzeżenia, a nie jakiejkolwiek implikowanej pretensji. Mój rozmówca zgodził się ochoczo: – Oczywiście, że tak! Zresztą, komunikat konferencyjny piszę z sześcioma kolaborantami w ciągu trzech dni. Jeśli sam czegoś nie rozumiem, to zawsze mogę dać odnośnik do literatury. Niech sobie czytelnicy sami szukają. A z artykułem popularnonaukowym po polsku trzeba się męczyć. Wszystko należy wyłożyć lekko, dowcipnie albo przynajmniej metodą „kawa na ławę”, bo myślący i dociekliwi laicy mają całkiem spore wymagania. W sumie roboty dużo a korzyść z tego żadna. A tu jeszcze redaktorzy mają przykre zwyczaje przetrzymywania tekstu całymi miesiącami. Najpierw chętnie przyjmują, a potem zwlekają z publikacją zatwierdzonego już materiału. Indagowani przez zniecierpliwionego autora kręcą coś niewyraźnie, a na koniec, kiedy tekst zdąży się już dobrze zestarzeć, odrzucają. – Dlaczego zatem jest to tak nisko oceniane? – zapytałem. – Przecież dla podatników to zawsze jakaś reklama naszej działalności naukowej. Na Zachodzie popularyzacja jest traktowana zupełnie inaczej. Spojrzał na mnie zdumiony, jak na kogoś skrajnie nieżyciowego i zaczął mi coś oględnie klarować o „odgórnych zasadach finansowania badań podstawowych”.
Finansowanie... Wtedy to – sam już nie wiem, czemu – przypomniała mi się postać niejakiego Pawła z Tarsu. Niezwykły ten człowiek miał wyjątkowo sprawny umysł, choć zaangażował go w sprawy nader odległe od nauki. Napisał on to radykalne, skrajnie nietaktowne, wyjątkowo nieatrakcyjne, naiwnie szczere, lecz jednocześnie jakże prawdziwe zdanie z Pierwszego Listu do Tymoteusza: Wszelkie zło pochodzi z pragnienia pieniędzy (1 Tm 6,10). Ogólnie przyjęte normy naukowego savoir vivre’u nie pozwalają mi jednak na dalsze rozwijanie tego wątku.
Dr Krzysztof Maślanka pracuje w Obserwatorium Astronomicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.
|