Reforma powinna integrować instytucje nauki i szkolnictwa wyższego
zamiast utrwalać stan istniejący. Trudno byłoby jednak doszukać się w projekcie ustawy elementów prowadzących do integracji.
Ryszard Mosakowski
Nie mam nic przeciwko nowelizacji ustaw, których celem jest zmiana zapisów przeszkadzających w codziennym funkcjonowaniu wyższych uczelni. Nie jestem jednak entuzjastą zaczynania reformy od zmiany ustaw. Szkolnictwu wyższemu potrzebne są głębsze zmiany, a nie tylko doskonalenie prawa.
POTRZEBA
REFLEKSJI
Nie najlepsze tradycje szkolnictwa wyższego, ukształtowane w okresie 45 lat funkcjonowania niedemokratycznego systemu organizacji i funkcjonowania państwa, dezintegracja instytucji naukowych i szkół wyższych, zarówno w skali makro, jak i poszczególnych jego instytucji, a także zarządzania nimi na poziomie rządu, wciąż utrzymujące się, a nawet wzmacniane, anachronizmy i niekorzystne tendencje w zakresie struktur wewnętrznych szkół wyższych, kryzys finansowania, dramatycznie niskie płace nauczycieli akademickich i wieloetatowość, zwłaszcza profesorów, niska jakość kształcenia i kiepskie warunki studiowania, wyzwania stojące przed szkolnictwem wyższym u progu XXI w. i oczekiwania społeczne wobec tego sektora usług społecznych, to tylko niektóre problemy, jakie winny skłaniać do głębokiej analizy teraźniejszości i refleksji nad przyszłością tego ważnego sektora usług społecznych. Takiej refleksji, niestety, zabrakło zarówno w latach 1989-90, jak i przy opracowywaniu obecnej ustawy. Zabrakło spojrzenia na szkolnictwo wyższe w kontekście tego systemu edukacji i nauki, głębszej analizy organizacji i funkcjonowania całego systemu, łącznie z centrum nadzorującym jego funkcjonowanie, oraz niezależnej i obiektywnej oceny na tle systemów edukacji i nauki w krajach zachodnioeuropejskich. Posiadanie obiektywnej informacji jest niezbędnym elementem i warunkiem każdego dobrego procesu zarządzania i dlatego jej opracowanie powinno leżeć w interesie każdego rządu. Taka informacja jest niezbędna również samym szkołom wyższym.
Powtarzana jest od wielu lat teza, że nauka jest jedna i nie można jej dzielić na piony. Reforma powinna więc integrować instytucje nauki i szkolnictwa wyższego zamiast utrwalać stan istniejący. Trudno byłoby jednak doszukać się w projekcie ustawy elementów prowadzących do integracji.
Ważnym elementem byłoby wyłączenie spraw edukacji i nauki z rozgrywek politycznych. Koncepcja reformy powinna być wynikiem zgodnej współpracy wszystkich sił politycznych w parlamencie, rządu, urzędu prezydenta i związków zawodowych. Dałaby wtedy prawo do szerszych i głębszych zmian, szansę przyjęcia w parlamencie oraz nadzieję, że nie będzie się majstrować przy edukacji i nauce po kolejnych zmianach układu politycznego. Zwieńczeniem prac byłoby przyjęcie zaproponowanej przez rząd ustawy bądź zespołu ustaw w sposób kompleksowy rozwiązujących problemy sektora usług społecznych najważniejszego dla przyszłości państwa, dla jego rozwoju oraz wzmacniania tożsamości narodowej, decydującego o tempie rozwoju każdej dziedziny życia społecznego i gospodarczego.
STRUKTURA SZKOLNICTWA WYŻSZEGO
Pomijając formę własności i sposoby finansowania, powinno się jednoznacznie określić w ustawie, do jakiej struktury systemu szkolnictwa wyższego pragniemy dążyć. W moim przekonaniu, system szkolnictwa wyższego powinien składać się z dwóch zasadniczo różniących się rodzajów szkół wyższych, a mianowicie:
• typu akademickiego, obejmujących uczelnie o uprawnieniach do prowadzenia studiów na poziomie magisterskim (uniwersytety, uniwersytety techniczne, akademie itd.) i ewentualnie studiów doktoranckich, oraz uczelnie o uprawnieniach do prowadzenia studiów akademickich tylko na poziomie pierwszego stopnia akademickiego – licencjatu, które można by nazwać kolegiami uniwersyteckimi (akademickimi, politechnicznymi itd.),
• wyższych szkół zawodowych.
Korzystnie byłoby zrezygnować z jednostopniowych studiów magisterskich i powszechnie wprowadzić, na wzór anglo-amerykański, stopniowe studia szeregowe. Wszyscy studenci otrzymywaliby stopień licencjata, najlepsi kontynuowaliby studia na drugim etapie, przygotowującym do pracy naukowej w uczelniach, instytutach naukowych i w przemyśle. Zwiększyłoby to efektywność kształcenia, obniżyło koszty i sprzyjało poprawie jego jakości. Z punktu widzenia efektywności wykorzystania środków na kształcenie nie jest bez znaczenia, czy nauczanie na poziomie magisterskim odbywa się w małej liczbie dużych uczelni, czy też w licznych małych uczelniach, jeśli wiadomo, że każda powinna posiadać laboratoria naukowo-badawcze, wyposażone w drogą aparaturę.
Powinno się rozwijać uczelnie akademickie kształcące tylko na poziomie licencjatu, tzw. kolegia uniwersyteckie, zlokalizowane w małych ośrodkach. Miałyby one funkcję dydaktyczną i mogłyby być samodzielnymi uczelniami lub stanowić filie uczelni o statusie uniwersyteckim. Pozwoliłoby to skoncentrować fundusze na badania w dużych ośrodkach, zwiększając efektywność badań. Kolegia uniwersyteckie dostarczałyby uniwersytetom kandydatów na studia drugiego stopnia.
Wyższe szkoły zawodowe, podobnie jak kolegia uniwersyteckie, powinno się lokalizować w mniejszych ośrodkach, w pobliżu miejsca zamieszkania studentów. Obniżyłoby to koszty socjalne studiów, zwiększając dostęp do nich młodzieży wiejskiej i małomiasteczkowej. Placówki te powinny być silnie powiązane z lokalnymi społecznościami (władzami lokalnymi, organizacjami pracodawców, stowarzyszeniami zawodowymi, głównymi przedsiębiorstwami w regionie) oraz dostosowywać się do zmieniających się potrzeb lokalnego rynku pracy. Zatem w ich programach kształcenia, przy ograniczeniu wiedzy teoretycznej (akademickiej), powinno się położyć nacisk na elementy aplikacyjne (kształcenie umiejętności) i elastyczność programową. W tworzeniu kadry dydaktycznej podstawowym kryterium winno być doświadczenie zawodowe, a nie kwalifikacje akademickie i badawcze. Przy zatrudnianiu na stanowiskach profesorskich jedynym kryterium akademickim powinien być doktorat, poparty co najmniej 5-letnim okresem pracy w przemyśle. Należałoby oferować stanowiska profesorskie osobom bez doktoratu, ale o dużym doświadczeniu i znaczących osiągnięciach zawodowych w przemyśle. Tytuł naukowy profesora czy stopień doktora habilitowanego nie są i nie mogą być wystarczającymi kwalifikacjami do zatrudnienia na stanowisku profesora w uczelni zawodowej.
Nie powinno się utożsamiać studiów pierwszego stopnia w uczelniach akademickich – nazywanych niewłaściwie studiami zawodowymi, inżynierskimi – ze studiami w uczelniach zawodowych bądź dopuszczać do przekształcenia się wyższych szkół zawodowych w akademickie. Istnieje realna obawa, że nawet jeśli pozostaną one formalnie szkołami zawodowymi, mogą naśladować programy akademickie, co zaprzeczyłoby sensowi ich utworzenia. Niektórzy absolwenci wyższych szkół zawodowych, po uzupełnieniu wiedzy akademickiej, mogliby kontynuować studia w uczelniach akademickich. Niestety, włączenie ustawy o wyższych szkołach zawodowych do dyskutowanego dokumentu i enigmatyczne sformułowania odnoszące się do tego typu szkół dają podstawy do stwierdzenia, że potencjalne zagrożenia w postaci „dryftu akademickiego” staną się rzeczywistością.
STRUKTURA
WEWNĘTRZNA UCZELNI
Powielanie ministerialnego algorytmu przy podziale środków na poszczególne wydziały, polityka KBN w zakresie oceny instytucji naukowych oraz zapisy ustawowe, traktujące wydziały jako podstawowe jednostki organizacyjne – są to wyłącznie dydaktyczne jednostki organizacyjne – spowodowały instytucjonalne wyodrębnienie się wydziałów, a nawet ich wyobcowanie. W praktyce szkoły wyższe stały się federacją małych, jednodziedzinowych uczelni, zwanych wydziałami, z kilkoma dziekanami, licznymi pracownikami dziekanatów, dyrektorami administracyjnymi, sekretarkami, wieloma działami (np. finansowym, zaopatrzenia, promocji), z wszystkimi negatywnymi skutkami, jakie się z tym wiążą.
W konsekwencji, zespoły dydaktyczno-naukowe uczelni (instytuty, katedry, zakłady) przypisane do innych wydziałów traktowane są jako obce. Szereg zajęć dydaktycznych, które powinni prowadzić nauczyciele akademiccy wyspecjalizowani w danej dziedzinie, prowadzonych jest przez „własnych” pracowników, do tego nie przygotowanych, co przyczynia się do obniżenia jakości nauczania. W tej samej uczelni znajduje się kilka identycznych katedr, z takimi samymi laboratoriami, wymagającymi częstej zmiany drogiej, szybko starzejącej się aparatury (rzecz z pewnością nie do pomyślenia w uczelni prywatnej). W połączeniu z rozbudowaną administracją wydziałową powoduje to znaczące marnotrawstwo skąpych środków publicznych. Tymczasem wydziały powinny być strukturami czysto dydaktycznymi, zapewniającymi ramy organizacyjne dla kierunku kształcenia. Takie też powinny być kompetencje dziekana, a rada wydziału winna być jego ciałem doradczym w zakresie kształcenia oraz opiniować wnioski dotyczące powoływania na poszczególne stanowiska dydaktyczne (powołuje rektor), tworzenia nowych zespołów naukowo-dydaktycznych wynikających z potrzeb dydaktycznych prowadzonego kierunku studiów.
Ani uczelnia, ani wydział nie są powołane do prowadzenia polityki naukowej, gdyż mają zupełnie inną misję. Szkoły wyższe są instytucjami usługowymi i choć są to usługi szczególnego rodzaju, o kluczowym znaczeniu dla rozwoju społecznego, gospodarczego i kulturowego, to jednak taka działalność jest tylko działalnością usługową. W swojej funkcji badawczej uczelnie odpowiadają na zapotrzebowanie społeczne, które tworzy się poza systemem nauki i szkolnictwa wyższego. Politykę naukową prowadzi natomiast państwo na rożnych poziomach swoich struktur. W formułowaniu tej polityki mogą i powinni współuczestniczyć pracownicy nauki, ale jako doradcy, eksperci. Zespoły powoływane do rozwiązywania różnych problemów naukowych tworzą się bez pośrednictwa władz wydziałów. Czasem są to zespoły wykraczające swoim składem poza wydział, uczelnię, a nawet poza system szkolnictwa wyższego (uczelnia lub kilka uczelni, instytut PAN lub resortowy, przemysł). To one starają się o granty z KBN i UE bądź zlecenia z przemysłu. Przypisywanie sobie przez wydziały czy uczelnie funkcji kształtowania polityki naukowej stanowi przykład działalności nieproduktywnej, prowadzi do przerostu zatrudnienia, rozwoju zbędnej biurokracji i marnotrawstwa czasu wysoko wykształconej kadry oraz środków publicznych.
AKREDYTACJA
Jest to nowy pożyteczny element w systemie polskiego szkolnictwa wyższego, jednak przy braku towarzyszącego ustawie dokumentu merytorycznego na temat tej nowej instytucji – który w sposób szczegółowy opisywałby dobrze przemyślane zasady jej kształtowania i funkcjonowania, łącznie z procedurami oceny jakości i akredytacji, przy wykorzystaniu doświadczeń podobnych instytucji powołanych w krajach zachodnich – wprowadzeniu jej do ustawy towarzyszyć będzie sporo błędów. Brak takiego dokumentu utrudnia dyskusję. Jedno jest jednak dla mnie pewne. AKA, organ administracji państwowej o funkcjach, jakie się mu przypisuje, przy wymaganiach, jakie się mu stawia, musi być niezależna od instytucji szkolnictwa wyższego i powinna być powoływana przez premiera, a nie kształtowana za pomocą wyborów, jak przewiduje projekt ustawy.
Uznając zasadniczą odmienność misji nowego sektora publicznych wyższych szkół zawodowych oraz potrzebę zadbania, aby nie upodabniały się one do szkół akademickich, zarówno pod względem struktury wewnętrznej, jak i treści programowych, a także potrzebę stosowania przy ich ocenie innych kryteriów niż w odniesieniu do uczelni akademickich, uważam, że szkoły te powinny mieć własną komisję akredytacyjną oceniającą jakość kształcenia i zatwierdzającą programy studiów oraz sprawującą nadzór nad ich realizacją. W składzie AKA niezbędni są zatem przedstawiciele organizacji pracodawców, dużych przedsiębiorstw czy koncernów. Przedstawiciele tego typu instytucji, jak również samorządów lokalnych, powinni znaleźć się w składzie rad programowych uczelni zawodowych. Być może zamiast oddzielnej AKA powinno się stworzyć w ramach komisji proponowanej w projekcie ustawy dodatkową komisję (izbę). Byłyby wówczas trzy komisje: ds. Tytułu i Stopni Naukowych, ds. Studiów Akademickich i ds. Studiów Zawodowych.
Podobne rozwiązanie można zaproponować dla RGSzW bądź – traktując RG jako przedstawicielstwo kadry nauczającej i studentów – umożliwić tej grupie uczelni powołanie własnej Rady Głównej Wyższego Szkolnictwa Zawodowego (RGWSZ), finansowanej przez te uczelnie. Podobnie RG dla uczelni akademickich winna być finansowana przez uczelnie ją tworzące (odpis części dotacji dydaktycznej każdej uczelni na potrzeby RG). To drugie wydaje się być lepszym rozwiązaniem. Taki sposób finansowania RG zwiększyłby zainteresowanie uczelni tym, co ona robi.
STOPNIE I TYTUŁ
NAUKOWY
Trudno nie zauważyć znacznego spadku etyki zawodowej, w tym również u profesorów z tytułem naukowym. Obserwujemy tendencje do robienia szybkich karier naukowych kosztem jakości nauczania i badań naukowych. Zawężenie wymagań i obniżenie kryteriów naukowych spowodowały, że profesorami tytularnymi zostają także osoby, które prawie nie istnieją w międzynarodowym środowisku naukowym. Obniżenie się etyki zawodowej znajduje swój wyraz w wielu innych aspektach działalności niektórych profesorów i doktorów habilitowanych, w tym przy promowaniu na stopnie naukowe, poziomie publikacji i recenzji artykułów, rozpraw doktorskich, habilitacyjnych itd. Profesorowie są i powinni być najważniejszą grupą nauczycieli akademickich, od których zależy jakość zarówno nauczania, jak i badań kierowanych przez nich zespołów.
Innym zagadnieniem jest tytuł naukowy profesora. Skoro przypisuje mu się tak wysoką rangę, że musi go nadawać Prezydent RP, to proponowałbym zadbanie w ustawie o to, aby ten tytuł był przyznawany wyłącznie najwybitniejszym uczonym, uznawanym za takich w swojej dyscyplinie wiedzy przez międzynarodowe środowisko naukowe. Profesorom, którzy posiadaliby taki tytuł, przyznany według nowych zasad, powinno się zaoferować specjalne, wysokie wynagrodzenie z wydzielonej na ten cel puli na poziomie centralnym. Obecny system, który doprowadził do dewaluacji tytułu profesora, szkodzi nauce i krzywdzi osoby wybitne, o rzeczywistych osiągnięciach naukowych.
Stopień naukowy doktora nie budzi niczyjej wątpliwości. Krytykowana jest natomiast procedura jego przyznawania, powodująca obniżenie poziomu doktoratów w niektórych uczelniach. W wielu przypadkach obrony prac doktorskich stały się farsą i są pozbawione jakiejkolwiek dyskusji naukowej. Winą za taki stan rzeczy należy obarczyć w znacznym stopniu profesorów i doktorów habilitowanych, a po części również ustawodawstwo. Zaproponowane w projekcie ustawy modyfikacje w procedurze habilitacyjnej idą w dobrym kierunku, choć niezbędne są głębsze zmiany, usuwające jeden z kosztownych anachronizmów, polegający na zastąpieniu rzeczywistego celu pracy w nauce jej produktami ubocznymi, co prowadzi do marnotrawstwa czasu i środków podatników. Powinno się zracjonalizować procedurę habilitacyjną. Stopień doktora habilitowanego jest potwierdzeniem kompetencji naukowych a nie dydaktycznych. Otrzymują go również osoby, które nie mają żadnego przygotowania ani doświadczenia dydaktycznego i nie zamierzają zajmować się taką działalnością. Powinno się więc zrezygnować z wykładu habilitacyjnego. Wystarczy pozytywna ocena trzech recenzentów, zatwierdzona przez specjalnie powołaną komisję naukową. Innymi słowy chodzi o oddzielenie procedury przyznawania stopnia naukowego od procedury powoływania na stanowiska dydaktyczne, w tym przypadku na stanowisko profesora nadzwyczajnego. Taki wykład byłby koniecznością, ale przed radą wydziału opiniującą kandydata na stanowisko profesora nadzwyczajnego już posiadającego stopień doktora habilitowanego. Rada mogłaby zrezygnować z wykładu w przypadku osób o dużym doświadczeniu dydaktycznym.
STANOWISKA
PROFESORSKIE
Na Zachodzie uznaje się, że przygotowane do pracy naukowo-dydaktycznej są osoby posiadające stopień naukowy doktora. Powinno się zatem dążyć do tego, aby w przyszłości warunkiem zatrudnienia na stanowisku asystenta w uczelni akademickiej było posiadanie doktoratu. Obowiązki obecnych asystentów przejęliby doktoranci. Zapewne przez jakiś czas w większości uczelni będą musiały istnieć dotychczasowe stanowiska naukowo-dydaktyczne: asystent, adiunkt, profesor nadzwyczajny, profesor zwyczajny.
Wystarczającym kryterium zatrudnienia na stanowisku profesora nadzwyczajnego powinno być posiadanie habilitacji nowego typu (na podstawie oceny dorobku naukowego) oraz doświadczenie pedagogiczne określone odpowiednią liczbą lat prowadzenia zajęć dydaktycznych (wykłady, promowanie magistrów, seminaria). Byłby to naturalny awans osób, które posiadają określone osiągnięcia naukowe i doświadczenie dydaktyczne. Konkurs byłby więc zbędny. Na to stanowisko można by powoływać osoby nie posiadające habilitacji, ale o znaczącym dorobku badawczym, technologicznym i konstrukcyjnym, który – przy dbałości o czystość słowa „nauka” – trudno byłoby zakwalifikować do kategorii osiągnięć naukowych. Mogłoby to dotyczyć niektórych katedr w uczelniach technicznych, gdzie taki dorobek z dydaktycznego punktu widzenia, jak i praktycznej użyteczności, jest ważniejszy niż habilitacja. Procedura powoływania na to stanowisko osób o takich kwalifikacjach powinna być podobna jak przy habilitacji (trzech recenzentów, kompetentna komisja, a na końcu opinia rady wydziału). Uwzględnienie mojej propozycji oznaczałoby, że nie powinno być takich stanowisk w instytutach naukowych, nie prowadzących regularnej działalności dydaktycznej. Byłyby tam tylko stopnie i tytuł naukowy. Wszak profesor to nauczyciel.
Liczba stanowisk profesora zwyczajnego powinna być ograniczona i związana z kierowaniem zespołem naukowo-dydaktycznym (katedra, zakład itd.). W przypadku wakującego stanowiska profesora zwyczajnego mogłyby się ubiegać o nie, na zasadzie konkursu, osoby zajmujące dotychczas stanowisko profesora nadzwyczajnego i spełniające minimalne warunki określone przez AKA (uczelnia w swoim statucie mogłaby podwyższyć te wymagania). Wśród tych warunków można wymienić: doświadczenie w promowaniu doktorów, w kierowaniu zespołami naukowo-badawczymi (np. tworzonymi w ramach współpracy z przemysłem, przy realizacji grantów KBN, grantów z UE itd.), recenzowanie prac doktorskich, habilitacyjnych, wniosków o granty KBN i sprawozdań z tego typu prac. Od kandydata powinno się wymagać nienagannej postawy etycznej, umiejętności i predyspozycji do kierowania zespołem i umiejętności współpracy z ludźmi.
UPRAWNIENIA AKADEMICKIE
Pełne uprawnienia akademickie, rozumiane jako prawo do kształcenia na trzech poziomach – licencjackim, magisterskim i doktoranckim – powinna mieć każda uczelnia o randze uniwersytetu z chwilą powołania przez parlament. Nie powołuje się uniwersytetu, który nie ma możliwości obsadzenia wszystkich stanowisk profesorskich do kierowania zespołami dydaktyczno-naukowymi (stanowisk profesora zwyczajnego) oraz nie posiada niezbędnej liczby pozostałych nauczycieli akademickich po doktoracie, uprawnionych do prowadzenia wykładów z danej dziedziny. Kryteria, które powinni spełniać kandydaci na kierownicze stanowiska profesorskie, jak i na pozostałe stanowiska, określiłby AKA. Studiów doktoranckich nie powinno się wiązać z kierunkami studiów magisterskich, ustalanymi dotychczas przez RG. Ten rodzaj studiów powinien stwarzać możliwość nie tylko pogłębienia wiedzy, ale również, a może przede wszystkim, zdobycia wiedzy wielodyscyplinarnej. Obecne osiągnięcia naukowe i technologiczne mają wszak miejsce na pograniczu różnych dziedzin. Uprawnień do kształcenia nie powinno się wiązać z uprawnieniami do certyfikacji stopni naukowych.
PRZYWILEJ
DOKTORYZOWANIA
I HABILITOWANIA
Nadawanie stopni naukowych jest kategorią merytoryczną, a nie biurokratyczną. Takie uprawnienia mogłaby uzyskać zatem każda uczelnia o zreformowanej strukturze wewnętrznej, w której wydział spełnia wyłącznie funkcję dydaktyczną, pod warunkiem, że w danej dziedzinie wiedzy w jej otoczeniu istniałoby odpowiednio duże środowisko naukowe, które tworzyłoby radę naukową podejmującą decyzje o przyznaniu stopni naukowych. W skład tej rady wchodziliby nie tylko nauczyciele akademiccy o odpowiednich kwalifikacjach, ale także naukowcy o odpowiednich kwalifikacjach zatrudnieni w instytutach PAN, resortowych oraz w przemyśle danego ośrodka akademickiego. Przypisanie jej do konkretnej instytucji jest sprawą drugoplanową i powinno wynikać z rangi instytucji tworzących tę radę oraz prestiżu naukowego w międzynarodowym środowisku naukowym. Z pewnością inną rangę ma stopień doktora lub doktora habilitowanego nadany przez uniwersytet, uniwersytet techniczny czy akademię dobrze znane za granicą, niż spełniający wymagania formalne instytut resortowy lub instytut PAN. Nie można wykluczyć, że w niektórych dziedzinach ranga instytutu PAN bądź resortowego może być wyższa niż ranga uczelni. Wówczas taką radę naukową można przypisać takiemu właśnie instytutowi.
Obecnie obowiązujące kryteria przyznawania stopni naukowych są, moim zdaniem, niewystarczające, a realizacja tej propozycji umożliwiłaby ich zaostrzenie, poprawiając jakość nadawanych stopni. Byłby to jeden z praktycznych, ważnych elementów integrujących środowiska naukowe. Takie rady naukowe mogłyby się stać dobrym miejscem dyskusji naukowych i współpracy w dziedzinie badań, sprzyjając tworzeniu wspólnych zespołów naukowo-badawczych, przyczyniając się do ograniczenia nadmiernego pokrywania się działalności.
Dr Ryszard Mosakowski jest adiunktem Politechniki Gdańskiej i wiceprzewodniczącym Krajowej Sekcji Nauki NSZZ „Solidarność”, oraz członkiem Rady Europejskiej Education International. |