|
Nad szkolnictwem wyższym w Polsce wisi bomba, która może wybuchnąć
Zgodnie z danymi MEN, dotacja dydaktyczna na jednego studenta w uczelniach państwowych w r. 1998 wynosiła ok. 4698 zł. Gdyby obciążyć studentów czesnym w wysokości 20 proc. tej sumy, stanowiłoby to średnio 940 zł na rok. Tymczasem w niektórych uczelniach państwowych na studiach zaocznych, na kierunkach o niskich kosztach studiów, pobiera się opłaty dochodzące do 80 proc. tej sumy, a więc bliskie, a być może nawet przekraczające pełne koszty kształcenia. ZAPIS KONSTYTUCYJNYBazę studentów mogących partycypować w kosztach swoich studiów można zapewne nieco powiększyć, poprzez stworzenie ulg podatkowych zachęcających pracodawców do zatrudniania studentów, którzy pragnęliby łączyć studia stacjonarne z pracą, bądź przez uelastycznienie studiów oraz dostosowanie procesu dydaktycznego w uczelniach do takiej sytuacji (m.in. powtarzanie tych samych zajęć dydaktycznych w godzinach popołudniowych). Wobec jednak wysokiego poziomu bezrobocia w kraju zatrudnianie studentów na szerszą skalę, na warunkach umożliwiających im studiowanie stacjonarne, może być bardzo trudne. Trzeba się liczyć również ze wzrostem kosztów kształcenia. Innym sposobem byłoby zakładanie w mniejszych miejscowościach uczelni różnych typów, kształcących na poziomie pierwszego stopnia, w tym zarówno zawodowych, jak i akademickich, czyli tzw. kolegiów uniwersyteckich, pełniących wyłącznie lub prawie wyłącznie funkcję dydaktyczną i dostarczających dużym uczelniom kandydatów na studia drugiego stopnia. To rozwiązanie przybliżyłoby uczelnie do miejsca zamieszkania studentów, umożliwiając jednocześnie koncentrację środków na badania w dużych ośrodkach. Odnosząc się do zasadności wprowadzenia czesnego w publicznych szkołach wyższych w Polsce uważam, że jeśli odpowiedzialne władze państwowe (rząd i parlament) nie chcą lub z różnych przyczyn nie są w stanie finansować szkolnictwa wyższego na poziomie jakiego ono wymaga, w sytuacji gdy niektóre rodziny mogą i są skłonne płacić za wyższe wykształcenie swoich dzieci, byłoby niezrozumiałe blokowanie takiej młodzieży dostępu do studiów, uniemożliwiając tym samym poprawę sytuacji finansowej szkół wyższych. Istnieje jednak obawa w społeczności akademickiej – nie tylko w Polsce, ale również w innych krajach europejskich – że państwo w ten sposób będzie się stopniowo wycofywało z odpowiedzialności za szkolnictwo wyższe, zwłaszcza w okresach napięć budżetowych, argumentując, że ten sektor usług społecznych ma inne źródła zasilania finansowego, może zatem skompensować sobie zmniejszenie dotacji budżetowej podniesieniem czesnego. Istnieje również realna obawa, że wprowadzenie czesnego jeszcze bardziej ograniczy dostęp do studiów młodzieży ze środowisk znajdujących się w trudnej sytuacji materialnej, zwłaszcza ze wsi i małych miasteczek. Tak czy owak, jakakolwiek dyskusja nad czesnym w szkolnictwie wyższym w Polsce ma obecnie wyłącznie wymiar teoretyczny. Zapis art. 70 Konstytucji RP nie pozostawia bowiem żadnych wątpliwości interpretacyjnych w tym zakresie. Trudno oczekiwać, aby elity polityczne w tak krótkim okresie, jaki upłynął od uchwalenia konstytucji, przewartościowały swoje poglądy na temat czesnego. Trudno również oczekiwać, aby AWS – nowy podmiot polityczny w parlamencie, mający w przeważającej części korzenie związkowe – był skłonny poprzeć czesne w szkolnictwie wyższym. Tymczasem nad szkolnictwem wyższym w Polsce wisi bomba, która może wybuchnąć w każdej chwili, wprowadzając je w poważny kryzys finansowy, który z kolei może pociągnąć za sobą również reperkusje polityczne. Konstytucja w art. 2 określa Polskę jako państwo prawne. Tymczasem w uczelniach państwowych pobiera się opłaty od studentów studiów zaocznych, naruszając art. 70 konstytucji. Wszyscy o tym doskonale wiedzą. Wiedzą rektorzy – być może nawet niektórzy z nich są profesorami prawa – wiedzą: prezydent, premier, minister edukacji narodowej, minister sprawiedliwości, rzecznik praw obywatelskich. Wiedzą o tym wszystkie instytucje nadzorujące przestrzeganie prawa. Jednocześnie mamy pretensje do rolników, że naruszają kodeks drogowy blokując drogi, a przecież ich świadomość prawna jest znacznie niższa niż osób reprezentujących instytucje, które wymieniłem. Czy naprawdę nikt nie zastanawia się nad potencjalnymi konsekwencjami naruszania konstytucji? Wystarczy, że jeden student – a może absolwent, bo jemu będzie łatwiej – złoży skargę na podstawie art. 79, ust. 1 konstytucji do Trybunału Konstytucyjnego. Trzeba będzie wówczas zwrócić wszystkie wpłacone pieniądze, z odsetkami, a może i więcej. Kto je zwróci? Uczelnie, które pobierają takie opłaty? A może budżet państwa? Kto poniesie prawną i polityczną odpowiedzialność? Cała sprawa ma poważniejszy aspekt niż tylko finansowy. Dotyczy bowiem budowania państwa prawnego. DECYZJA POLITYCZNANie ulega wątpliwości, że szkolnictwo wyższe w Polsce jest rażąco niedofinansowane. Żadna dziedzina gospodarki nie ma tak wysoko wykształconej kadry, jaką stanowią nauczyciele akademiccy, wynagradzanej przy tym na poziomie uwłaczającym ich godności. Mimo to, nie jestem zwolennikiem sprowadzania dyskusji o problemach szkolnictwa wyższego do czesnego bądź domagania się od rządu zwiększenia wydatków na szkolnictwo wyższe i naukę. I to nie tylko dlatego, że uważam, iż w szkolnictwie wyższym potrzebne są głębsze zmiany, ale również dlatego, ponieważ nie wróżę sukcesów dotychczasowym sposobom działania. Uchwały i stanowiska, nawet najbardziej szacownych gremiów, kierowane do ministra edukacji, domagające się większych środków z budżetu państwa, nie przyniosły do tej pory i nie przyniosą, moim zdaniem, oczekiwanych wyników. Wiemy z autopsji, że edukacja i nauka pojawiają się na ustach polityków z cyklicznością wyborów parlamentarnych. Również w dokumentach wyborczych poszczególnych partii politycznych znajdują się pięknie brzmiące zdania dotyczące tych dziedzin. Składane są nawet obietnice. W expos? premierów edukacja i nauka bywają traktowane jako priorytetowe zadanie ich rządów. Jednak natychmiast po zakończeniu wyborów i ukonstytuowaniu się rządu obietnice ulegają zapomnieniu, a sytuacja w edukacji i nauce powraca do normy, tzn. wydatki państwa pozostają na dotychczasowym, niskim poziomie bądź nawet ulegają zmniejszeniu. Odczuwalna zmiana sytuacji w edukacji i nauce, leżąca w dobrze pojętym interesie ogólnospołecznym, wymaga decyzji politycznej, do której droga nie prowadzi poprzez najlepiej nawet zredagowane uchwały Rady Głównej, konferencji rektorów uczelni różnych rodzajów, związków zawodowych czy nawet Sejmu (pamiętamy doskonale uchwałę Sejmu z 1996 r. postulującą przeznaczanie 2 proc. PKB na szkolnictwo wyższe w 1997 r.; tymczasem mamy rok 1999 i 0,84 proc. PKB). Decyzja polityczna nie może dotyczyć wyłącznie wysokości środków przeznaczanych przez państwo na szkolnictwo wyższe i pozwolenia na pobieranie opłat od studentów, ale również tego, jaki produkt społeczeństwo otrzyma w zamian za wydzielenie w budżecie państwa znaczących sum na szkolnictwo wyższe i naukę. Musi zatem otrzymać spójny, dobrze zorganizowany system edukacji i nauki, o optymalnej strukturze wewnętrznej, efektywnie wykorzystujący środki publiczne, zajmujący się ważnymi dla gospodarki narodowej i dla całego społeczeństwa problemami naukowymi, pozbawiony anachronizmów, wewnętrznie zróżnicowany, wychodzący ze zróżnicowaną ofertą programową, dostosowaną do potrzeb, aspiracji, predyspozycji i uzdolnień młodzieży, zapewniający edukację na wysokim poziomie. Niezbędne mogą się okazać zmiany na wszystkich szczeblach tego systemu, od rządowego poczynając, na strukturze wewnętrznej uczelni i innych instytucji naukowych kończąc. Rząd powinien w tej kwestii pełnić rolę wiodącą. Ministerstwa odpowiedzialne za funkcjonowanie edukacji i nauki powinny zmienić swoją funkcję z wykonawczej na strategiczną, przekazując tę pierwszą specjalistycznym agencjom wykonawczym. Nie należy wykluczać potrzeby integracji ministerstw. Takie podejście, kompleksowe, a nie sektorowe, może oznaczać poważną reformę całości systemu i poszczególnych jego elementów. Zadanie to wydaje się niezwykle trudne, ścierać się tu bowiem będą interesy różnych instytucji, nie zawsze spójne z interesem ogólnym. Tendencje zachowawcze, ze zrozumiałych powodów, wydają się być silne w naszym środowisku. Warto w tym miejscu zacytować stwierdzenie prof. Torstena Husena, bardzo aktywnego swego czasu w kręgach UNESCO oraz bardzo popularnego i wielce szanowanego w Szwecji: Uniwersytety przez wieki zmieniały się bardzo powoli i zmieniły się niewiele. Zawierają one w sobie swego rodzaju paradoks, będąc bowiem bardzo konserwatywnymi jako instytucje pod względem intelektualnym, są miejscem nowych idei i innowacyjności, a często również politycznego radykalizmu. REFORMA Z ZEWNĄTRZPoważną trudność stanowić będzie problem, jak zreformować system i nadać mu właściwy kierunek rozwoju, przy tak daleko posuniętej autonomii poszczególnych jego elementów? Kto może i powinien dokonać dogłębnej, obiektywnej i krytycznej analizy funkcjonowania systemu nauki i szkolnictwa wyższego i w razie potrzeby zaproponować zmiany oraz opracować strategię rozwoju tego sektora usług społecznych? Zwykle reformy różnych dziedzin są narzucane z zewnątrz, napotykając przy tym niekiedy na olbrzymi opór ze strony istniejących struktur i ludzi w nie uwikłanych. W reformowaniu gospodarki od czasu przełomu zasadniczy udział mają ludzie nauki. Reforma ustrojowa państwa i reforma oświaty to również w dużej mierze ich dzieło. Udowodniliśmy zatem wielokrotnie, że potrafimy reformować innych, brak jest jednak wystarczających dowodów na to, że sami jesteśmy w stanie się zreformować i dostosować do wymagań czasów, w których żyjemy. Nie byłoby z pewnością dobrym rozwiązaniem, gdyby ocenę, a następnie reformę systemu nauki i szkolnictwa wyższego opracowywali ci, których ona bezpośrednio dotyczy. Należy zatem skłonić się do podzielanego przez wielu poglądu, że tak, jak reformy rządu nie przeprowadzi jego administracja, a reformy służby zdrowia lekarze, tak również reformy systemu nauki i szkolnictwa wyższego nie przygotują i nie wprowadzą w życie pracownicy nauki. Zapewne, wzorem reformowania innych dziedzin, musi to uczynić ktoś z zewnątrz. Trudno mi nawet wyobrazić sobie, aby reforma oświaty, opracowana i wdrażana obecnie przez ministra Handkego, mogła być przygotowana przez nauczycieli. Słuszna jest również teza, że reform nie powinno się opracowywać bez konsultacji pracowników szkolnictwa wyższego i nauki. Bez ich udziału wdrożenie reform byłoby bardzo trudne, a być może nawet niemożliwe. Nie mam nic przeciwko nowelizacji ustaw dotyczących szkolnictwa wyższego, których celem jest zmiana zapisów przeszkadzających w codziennym funkcjonowaniu wyższych uczelni. Nie jestem jednak entuzjastą zaczynania reformy szkolnictwa wyższego od zmiany ustaw. Proces opracowania kierunków pożądanych zmian powinien być poprzedzony dogłębną, niezależną i obiektywną analizą prowadzącą do oceny organizacji i funkcjonowania systemu szkolnictwa wyższego i nauki w Polsce, na tle innych systemów istniejących w Europie. Musimy bowiem odpowiedzieć sobie na zasadnicze pytanie: Jaki jest system edukacji i nauki w naszym kraju i czy potrzebne są zmiany? Posiadanie obiektywnej informacji jest niezbędnym elementem i warunkiem każdego dobrego procesu zarządzania. Dlatego jej opracowanie powinno leżeć w interesie każdego rządu. Taka informacja jest niezbędna również samym szkołom wyższym. RZECZNIK STRATEGII ROZWOJUWażnym elementem jest wyłączenie spraw edukacji i nauki z rozgrywek politycznych. Wypracowana koncepcja reformy powinna być wynikiem zgodnej współpracy wszystkich sił politycznych w parlamencie, rządu, urzędu prezydenta i związków zawodowych. Takie podejście daje nadzieję, że nie będzie się majstrować przy edukacji i nauce po kolejnych zmianach układu politycznego. Być może wynikiem prac byłoby przyjęcie zaproponowanej przez rząd ustawy bądź zespołu ustaw w sposób kompleksowy rozwiązujących problemy najważniejszego dla przyszłości państwa, dla jego rozwoju oraz wzmacniania tożsamości narodowej, sektora usług społecznych, decydującego o tempie rozwoju każdej dziedziny życia społecznego i gospodarczego. Waga a jednocześnie trudność problemu, konieczność kompleksowego traktowania całego systemu edukacji i nauki, łącznie z reformą rządu w tym zakresie, narzucają potrzebę powołania pełnomocnika rządu ds. opracowania strategii rozwoju edukacji i nauki, dostatecznie silnie umocowanego, najlepiej w randze ministra, który włączyłby do współpracy przedstawicieli wszystkich opcji politycznych reprezentowanych w parlamencie, a być może również liczącą się na scenie politycznej opozycję pozaparlamentarną. Ten urząd miałby przede wszystkim funkcję merytoryczną, ograniczony do niezbędnego minimum aparat administracyjny i nie mógłby się mieszać do bezpośredniego zarządzania instytucjami edukacji i nauki, choć powinien bardzo ściśle współpracować z MEN i KBN. Jego zadaniem byłoby opracowanie raportu o stanie systemu szkolnictwa wyższego i nauki, przygotowanie reformy całego systemu oraz niezbędnych rozwiązań legislacyjnych, spójnych dla całego systemu. Biorąc pod uwagę reformę edukacji w toku, zespół koncentrowałby się przede wszystkim na szkolnictwie wyższym i nauce oraz zapewnieniu spójności całego systemu edukacji. Jego zadaniem byłoby również wypracowanie długookresowej strategii rozwoju i finansowania szkolnictwa wyższego i nauki. Dr Ryszard Mosakowski jest adiunktem Politechniki Gdańskiej i wiceprzewodniczącym Krajowej Sekcji Nauki NSZZ „Solidarność”, a ponadto członkiem Rady Europejskiej Education International. Tekst wygłoszony na seminarium Wizja szkolnictwa wyższego w świetle światowej konferencji UNESCO: Higher Education for the 21st Century, Warszawa, Sejm RP, 20 kwietnia 1999 r. |
|
|