Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 9/1999

Dziesiec lat w dziesieciu tysiacach znaków
Poprzedni Następny

Istnieje w Polsce całkiem spora wiązka dziedzin, może nie uważanych za wiodące 
w tzw. ogólnym postępie ludzkości, ale dla ogólnoludzkiej kultury 
bardzo ważnych, które nie musiały się zbliżać do standardów światowych, 
ponieważ doskonale się w nich mieszczą.

Jerzy Fedorowski

image065.jpg (43949 bytes)
Fot. Stefan Ciechan

Zacznę moją wypowiedź od pytania retorycznego. Czy można zamknąć wydarzenia dziesięciu lat w dziesięciu tysiącach znaków? Tyle bowiem przeznaczyło dla mnie „Forum” proponując napisanie niniejszego tekstu. Nikt nie oczekuje odpowiedzi na retoryczne pytania, musiałem je jednak zadać, by na wstępie wyjaśnić, dlaczego upraszczam i spłycam. Nadmierne uwypuklanie niektórych kwestii wynika natomiast z mego osobistego stosunku do nich.

W liście zapraszającym do dyskusji postawiono dwa pytania: Jak wykorzystaliśmy ten czas? Co osiągnęliśmy, a co straciliśmy? Znalazło się też w nim zdanie, iż nauka w Polsce „zbliżyła się do standardów światowych, uległa przemianom mentalnym i kulturowym”. Otóż nie zgadzam się z tym stwierdzeniem i na nim właśnie, jako na wyrażeniu potocznego przekonania, zamierzam osnuć znaczną część mojej wypowiedzi. Istnieje mianowicie w Polsce całkiem spora wiązka dziedzin, może nie uważanych za wiodące w tzw. ogólnym postępie ludzkości, ale dla ogólnoludzkiej kultury bardzo ważnych, które nie musiały się zbliżać do standardów światowych, ponieważ doskonale, i znacznie dłużej niż od dziesięciu lat, się w nich mieszczą. Dzieje się tak w niektórych dyscyplinach nauk ścisłych, humanistycznych i przyrodniczych. Polscy uczeni wcale nierzadko współtworzą w nich standardy światowe współpracując z zachodnioeuropejskimi, amerykańskimi i japońskimi kolegami na zasadzie pełnej równości. Niestety, tylko dopóty, dopóki osiągnięcie rezultatu nie wymaga gigantycznych nakładów finansowych. I tu, a nie gdzie indziej jest przysłowiowy „pies pogrzebany”. Luka pomiędzy nauką polską i światową pogłębia się wszędzie tam, gdzie wyniku nie osiągnie się bez naprawdę dużych pieniędzy. Niczego nie zmieni tutaj wyliczenie kilku wybitnych nazwisk. Osoby te, bodaj bez wyjątku, osiągnęły wyniki światowe za granicą.

PSZCZOŁA I RÓJ

O pieniądzach napiszę poniżej. Teraz jeszcze kilka zdań o mentalnych i kulturowych przemianach, którym nauka, według redakcji, „uległa”. Otóż czas przeszły nie jest tutaj właściwy. Mentalność naukowców – wszystkich pokoleń – gwałcona współczesnością na wszelkie sposoby, z powodzeniem odpiera ataki. Wcale niemała część ludzi młodych uważa swoją młodość za atut wystarczający do stawiania żądań w rodzaju: „Nam się należy. Niech oni się postarają”. Wcale niemała garść osób starszego pokolenia nie chce żadnych zmian – poza jedną: lepszego uposażenia. Gorzkie słowa? Z pewnością. Niesprawiedliwe? Nie sądzę. Nie rozciągam przecież tych stwierdzeń na całą populację ludzi nauki.

Jestem już na tyle wiekowy, by móc zaczerpnąć ze swego życia przykłady ilustrujące skrajne różnice w podejściu do zagadnień nauki i edukacji narodowej w Polsce. Oto dwa z nich. Kilka tygodni wstecz jedna z bardziej znanych osobistości polskiej nauki poskarżyła się publicznie, iż nowa ustawa o szkolnictwie wyższym uczyni z osób pracujących w Polskiej Akademii Nauk „uczonych drugiej kategorii”. Dlaczego? Między innymi dlatego, iż ustawa – bardzo nieśmiało – usiłuje włączyć pracowników naukowych PAN do rzeczywistego realizowania edukacji narodowej na poziomie wyższym, tzn. do prowadzenia w ciągu kilku lat kursowych zajęć w uczelniach wyższych przez osoby zamierzające ubiegać się o tytuł profesora. Ustawa proponuje również – także nieśmiało – uczynić ze studiów doktoranckich trzeci stopień kształcenia, ściślej związany z uczelnią wyższą. W krajach zachodnich, a w szczególności w Stanach Zjednoczonych, na które się z taką lubością powołujemy, nikomu nawet przez myśl nie przejdzie inny sposób zdobywania stopnia naukowego niż w uczelni. Nikt też nie jest profesorem nie pracując w uczelni. Wiedzą o tym doskonale osoby uznające podobne rozwiązanie w Polsce za zepchnięcie do drugiej kategorii. Czemu? Pozostawmy to pytanie bez odpowiedzi. Nie słyszałem dotychczas o przypadku nieprzyznania komukolwiek naukowej Nagrody Nobla tylko dlatego, iż nie miał tytułu czy stanowiska profesora.

Pobierałem nauki u polskich uczonych pracujących w epoce realnego socjalizmu, z których większość, a starsi wszyscy, byli ukształtowani, niejednokrotnie do poziomu profesorskiego, przez przedwojenne środowiska naukowe. Uczeni ci, niezależnie od oficjalnej afiliacji, nie poddali się sowieckiemu aksjomatowi: „W Akademii Nauk issledowatieli, w Institutach priepodawatieli” i uratowali poziom polskiej edukacji wyższej i polskiej nauki, ponieważ jedność tych dwóch dziedzin była dla nich oczywistym imperatywem. Dumny jestem z tego, iż kształcili mnie tej miary uczeni, w jakże trudnej praktyce realizujący wielkie słowa Marka Aureliusza: Co jest dobre dla roju, jest dobre dla pszczoły. Przebudowa mentalności jest procesem szczególnie trudnym i długotrwałym. Nie zaliczę zatem do porażek minionego dziesięciolecia braku pełnego zrozumienia jedności celów nauki i wyższej edukacji. Stratą niepowetowaną będzie natomiast dalsze niedostrzeganie tej jedności przez część wpływowych osobistości świata nauki.

WERBALIZM PRIORYTETÓW

Niewątpliwą porażką wczesnych lat dziewięćdziesiątych i stratą niesłychanie trudną do odrobienia jest natomiast zaniechanie stworzenia kompleksowej ustawy o nauce i edukacji narodowej. Gdyby, zamiast toczyć wieloletnie spory o kształt Polskiej Akademii Nauk i o jednostki badawczo-rozwojowe, wprowadzono taką ustawę w owym okresie entuzjazmu, gdy wszystko wydawało się łatwe i możliwe, wiele kwestii byłoby już od dawna rozwiązanych.

Drugą porażką, do pewnego stopnia związaną z brakiem wspomnianej ustawy, jest urągający polskiej racji stanu poziom finansowania nauki i edukacji narodowej w naszym kraju. Również o to nie toczyłyby się żenujące spory, gdyby umieszczono odpowiedni zapis w owej nieistniejącej ustawie. Żaden minister kierujący finansowaniem nauki nie musiałby wówczas przedstawiać uzyskania kilku setnych procenta PKB jako osiągnięcia. Kolejną porażką będzie brak takiego zapisu w nowej ustawie o szkolnictwie wyższym. W projekcie przecież go nie ma.

Społeczna konieczność priorytetowego – oczywiście w sensie finansowym, nie werbalnym – traktowania nauki i edukacji narodowej oraz wynikające stąd korzyści są powszechnie znane z empirii. Wystarczy wskazać na Hiszpanię czy Japonię. Politycy wiedzą o tym doskonale. Liczni wykorzystują tę oczywistość w kampaniach wyborczych. Niektórzy tworzą nawet szumne programy, jak choćby prof. G. Kołodko i jego „inwestowanie w człowieka”. Zdarzyło mi się siedzieć obok ówczesnego Pana Wicepremiera na najwyższym piętrze wieżowca poznańskiej Akademii Ekonomicznej podczas lunchu po jego wykładzie na ten temat. Pan Premier szczególnie podkreślił rolę ludzi nauki, jako grupy najefektywniej przyspieszającej rozwój społeczny i ekonomiczny kraju. Byłem wówczas rektorem, problemy finansowe i „inwestowanie w człowieka”, a raczej jego brak, były mi szczególnie bliskie, ponieważ ów „człowiek” do mnie przychodził z prośbą, by weń zainwestowano. Zapytałem zatem p. prof. Grzegorza Kołodkę, jak politycy zajmujący się ekonomią widzą inwestowanie bez pieniędzy. Odpowiedzi nie uzyskałem ani wówczas, ani nigdy, choć elokwencja p. prof. Kołodki jest powszechnie znana.

Pan Wicepremier L. Balcerowicz, obecnie szefujący temuż Ministerium Finansów, reprezentując opcję politycznie odmienną niż p. prof. G. Kołodko, wykazuje zbieżność poglądów w kwestii finansowania nauki i edukacji narodowej zadziwiająco bliską. Zarówno publiczne wypowiedzi Pana Premiera, jak i jego konsekwencja w zamykaniu kasy państwowej przed tymi dziedzinami, nie pozostawiają wątpliwości, że na zmiany nie można liczyć. Jestem głęboko wdzięczny panu Premierowi L. Balcerowiczowi za to, co uczynił dla Polski podczas swojego pierwszego kierowania kasą państwową, nie mam jednak wątpliwości, iż jego obecna polityka finansowa wobec nauki i edukacji narodowej nie przyniesie społeczeństwu korzyści. „Nikt nie wchodzi dwukrotnie do tej samej rzeki”, Panie Premierze.

CZAS ZBIERANIA

Są jeszcze dwie kwestie, bezpośrednio wiążące się z żenującym poziomem finansowania nauki i szkolnictwa wyższego – również wielokrotnie podejmowane – które jednak nie mogą zostać pominięte w tym bardzo krytycznym artykule: odpływ młodych talentów i obniżenie poziomu naukowego, a tym samym poziomu edukacji wyższej. Obserwujemy to szczególnie wyraźnie w najbardziej „urynkowionych” dziedzinach, ale przecież nie tylko. Pisano o tym tak wiele, iż ograniczę się do dwóch pytań: 

  1. Jak wielu uzdolnionych ludzi zdecyduje się na karierę naukową rozpoczynając pracę za 1100 zł miesięcznie, mając w perspektywie najwyższe osiągnięcie – stanowisko profesora zwyczajnego – z uposażeniem około 4000 zł brutto po 25-30 latach wytężonej pracy, stresów związanych z obroną doktoratu, kolokwium habilitacyjnym i procedurą profesorską?
  2. Jak wiele może zdziałać w nauce człowiek pracujący na dwóch, trzech, a nawet czterech etatach w kilku miastach Polski? Pytania te nie są bynajmniej retoryczne i trzeba sobie zdawać sprawę, że odpowiedź na nie jest jednoznaczna, podobnie jak negatywne konsekwencje społeczne i narodowe.

Nauka, edukacja i zdrowie służą szczególnie dobrze zbijaniu kapitału politycznego. Wyjaśnił mi to przystępnie jeden z dawnych uniwersyteckich kolegów, na krótko wicepremier: Akumulacja negatywnych skutków ujawnia się w tych dziedzinach po latach. My zatem, nic dla ich poprawy nie robiąc, wyciągniemy z tego polityczne korzyści wówczas, gdy znajdziemy się w opozycji. Proste, jasne, czytelne i cyniczne. Przypomniało mi się to wyjaśnienie, gdy oglądałem w telewizorze p. Leszka Millera, który przyjechał do strajkujących pielęgniarek, by bratać się z nimi i wyrazić swoją solidarność. Oczywiście fakt, iż jako długo urzędujący minister pracy, płac i spraw socjalnych niczego istotnego dla pielęgniarek nie uczynił, nie miał dla niego żadnego znaczenia. On po prostu zbierał żniwo polityczne z własnego siewu ekonomicznego. Gorzej, iż panie pielęgniarki wydawały się zupełnie nie kojarzyć solidaryzującego się z nimi p. L. Millera z urzędującym do niedawna ministrem. Daleki jestem wprawdzie od posądzenia p. prof. L. Balcerowicza o to, iż pójdzie w ślady p. L. Millera, ale...

BEZ LAUREK

Przekroczyłem już przyznany mi na „gorzkie żale” limit miejsca, zabrakło go więc na laurkę. Może tak właśnie powinno być? W każdym osiągnięciu minionych dziesięciu lat jest bowiem jakieś „ale”. Powstał Komitet Badań Naukowych i jest to wspaniałe osiągnięcie, ale czy wszystkie pieniądze przepływające przez tę instytucję są przeznaczane wyłącznie na naukę przez duże „N”? Jako wybrany członek KBN wiem, że nie. Czy na przykład działalność statutowa JBR powinna być finansowana przez KBN? Bardzo wątpię. Potroiliśmy liczbę studentów. W kraju o tak niskim współczynniku scholaryzacji jak Polska jest to osiągnięcie nie do przecenienia. Wiem jednak, iż to potrojenie było spowodowane zarówno presją społeczną, jak i algorytmem finansowania uczelni przez MEN, opartym w znacznej części na przyroście liczby studentów. Wiem również, iż skoku edukacyjnego dokonały uczelnie głównie własnym wysiłkiem, z minimalną tylko pomocą swego właściciela, czyli państwa, które dało bardzo niewiele na infrastrukturę, a jeszcze mniej na uposażenia nauczycieli akademickich za ich zwiększoną pracę. Te dwa czynniki, a więc presja społeczna i niskie uposażenia legły u podstaw pojawienia się rzeszy uczelni prywatnych. To dobrze, że się pojawiły, ale czy wszystkie kształcą na należytym poziomie? Czy mają własną kadrę, biblioteki, laboratoria? Tajemnicą poliszynela jest, iż liczne, może większość z nich, zniknęłyby z edukacyjnej mapy Polski, gdyby ustawowo wprowadzono jednoetatowość nauczycieli akademickich. Poziom absolwentów tych uczelni zweryfikuje rynek. Już teraz rodzi się jednak pytanie, czy można podnosić poziom edukacji bez prowadzenia badań na wysokim poziomie, a tych przecież w zdecydowanej większości uczelni prywatnych nie prowadzi się. Co więcej, naukowcy zatrudnieni w kilku instytucjach też poziom badań obniżają. A więc intensyfikacja edukacji wyższej – tak, ale na jakim poziomie i za jaką cenę? Przykro mi, ale kończę niemal równie gorzko, jak zacząłem. Najwidoczniej nie nadaję się do pisania „laurek”.

Prof. dr hab. Jerzy Fedorowski, geolog, paleozoolog, były rektor UAM w Poznaniu, członek KBN.

Uwagi.