|
Chodzi tu nie tylko o wdrażanie metod, ale i o zdyskredytowanie Nie tak dawno temu pewien wpływowy profesor nauk matematyczno-przyrodniczych, zajmujący czołowe stanowisko w „niewidzialnym kolegium” rządzącym polską nauką, odkrył z niepomiernym entuzjazmem wydawnictwo informacyjno-bibliograficzne „Science Citation Index” wraz z jego serwisem informatycznym i edycjami pochodnymi, dostrzegając w nim idealny i uniwersalny środek do mierzenia „osiągnięć naukowych” oraz „poziomu naukowego” uczelni akademickich, a w szczególności ich pracowników. Ten imponujący pomysł spodobał się zaraz zwolennikom „nowoczesnych metod” zarządzania nauką, tym bardziej że miejscem tworzenia i generowania indeksu jest sama „Philadelphia, Pa, USA”. Profesor i entuzjaści jego inicjatywy podnieśli też natychmiast metody bibliografii i związanej z nią bibliometrii, czyli ilościowego mierzenia publikacji, do rangi „naukometrii”, mającej nie tylko ustalać jakość zbiorowego i indywidualnego „dorobku”, ale i służyć do wyróżniania bądź dyskryminowania osób w zależności od tego, czy czyjeś prace w owej bibliografii są, czy też ich nie ma. Nie dość na tym: wykreowano wykaz czasopism bibliografowanych przez zespół redagujący indeks – wbrew zastrzeżeniom samych redaktorów – na nobilitującą owe czasopisma i tych, którzy w nich piszą, „listę filadelfijską”. Nie wzięto przy tym pod uwagę istotnych okoliczności, m.in. takich, jak dominacja we wszystkich seriach indeksu piśmiennictwa anglojęzycznego, a przede wszystkim uprzywilejowania pewnych dziedzin wiedzy oraz specyficznych zainteresowań zachodnich, głównie amerykańskich, środowisk naukowych, dla których liczą się – gdy chodzi np. o polskie badania naukowe w dyscyplinach stosowanych i humanistycznych – tylko pewne kręgi tematyczne. SATYSFAKCJA NIE LADASądzę, że czytelnicy „Forum” nie wezmą mi za złe, gdy powiem, że ta osobliwa sytuacja przypomina przypadek z Molierowskiego Mieszczanina szlachcicem, kiedy monsieur Jourdain z zachwytem odkrył fakt, iż mówi prozą i zaczął to odkrycie stosować. Jednak nie zamierzał nikogo nim gnębić, a poza tym miało ono niewątpliwie jedną dobrą stronę: było zgodne z rzeczywistością. W naszej zaś kwestii rzecz ma się odwrotnie. Wierzę, że fizykom czy chemikom, a ponadto może geologom i reprezentantom kilku jeszcze specjalności naukowych nadzwyczaj odpowiada traktowanie amerykańskiej bibliografii jako swego rodzaju wyroczni delfickiej, w pełni uprawnionej do wyrokowania o „poziomie” nauki, a przy tym połączenie jej z rodzimej już proweniencji procesem transformacji bibliometrii czy informetrii w „naukometrię”. Ich bowiem prace są, z różnych powodów, przedmiotem zainteresowania filadelfijskich bibliografów, uprawiane przez nich dyscypliny mają w znacznym stopniu charakter międzynarodowy, a w dodatku nawet niektóre polskie czasopisma naukowe z tego zakresu wychodzą w języku angielskim. W ten sposób można więc bez większego trudu udowodnić, że we własnej uczelni przedstawia się większą „potęgę” uczoności niż niedostrzegani przez SCI koledzy z innych wydziałów. Do tego owym kolegom da się złośliwie przymówić, co – jak wiadomo – w życiu naukowym bywa przedmiotem nie lada satysfakcji. Aby całą akcję ugruntować i uczynić ją nieodwracalną, ważna instytucja sterująca polską nauką dodała do „listy filadelfijskiej” osobny, „narodowy” wykaz liczących się czasopism. Wprowadzono też wartościującą punktację form publikacji, dosyć w istocie osobliwą: wynika z niej, co robić i pisać się opłaca, a czego lepiej zaniechać. Nie opłaca się np. wygłaszać i publikować referatów, bo są one niewiele warte, chociaż kiedyś dość powszechnie sądzono, że przynoszą one często wyniki najnowszych badań, jako tzw. komunikaty sygnalne albo nawet sprawozdania (raporty), jeśli już posłużyć się terminologią Kodeksu Dobrych Obyczajów w Publikacjach Naukowych. Wykaz ów świadczy też o braku dostatecznej orientacji jego autorów w strukturach nauki polskiej. W uczelniach wydano zaraz polecenia, aby czym prędzej wyliczyć „dorobek” za ostatnie lata. Tu i ówdzie powołano też „pełnomocników ds. analizy naukometrycznej” (!), którzy – przy pomocy bibliotekarzy – zabrali się ochoczo do ewaluacyjnego analizowania własnej instytucji, jej wydziałów, instytutów i pracowników. Pojawiły się obszerne tabele, z których wynika, kto zasługuje na laury, a kogo należy zaliczyć do naukowych „słabeuszy”. Oczywiście, czołowe miejsca zajęli koledzy „po fachu” tych, co tę „rewelacyjną metodę” narzucili jako niezawodny i nieodwołalny naukowy mikrometr. BEZ MOJEGO UDZIAŁUOprócz mnie o tym „genialnym” pomyśle w „Forum Akademickim” pisali również krytycznie Ryszard Tadeusiewicz (10/98) i Anna Machalska-Garbacz (5/99). Jednak potężni jego inspiratorzy nic sobie z tych „brzęczeń utrapionych much” nie robią, jak przystoi reformatorom-doktrynerom, przemawiającym „z wysokości”. Doczekałem się natomiast ostrego ataku na łamach „Gazety Uniwersyteckiej” mojej uczelni [UŚ – przyp. red.], w której powstała kilkuosobowa „silna grupa pod wezwaniem”, wdrażająca intensywnie nowe metody. Jak się przekonałem, chodzi tu nie tylko o wdrażanie metod, ale i o zdyskredytowanie ich przeciwników za pomocą argumentów, jakie jeszcze do niedawna były w środowisku naukowym nie do pomyślenia. Czołowy reprezentant powyższej grupy, doktor habilitowany w funkcji pełnomocnika rektora, napisał: Wielu badaczy (...) nie wykazuje na polu międzynarodowym żadnej aktywności, co następnie rzutuje na znikome szanse awansów na wyższy stopień naukowy, nie mówiąc o tytule profesorskim (...). Nic dziwnego, że dla niektórych profesorów naszej uczelni wszelkie rankingi i kategoryzacje są niepotrzebną zabawą pochłaniającą moc czasu i pieniędzy, jak też przyczyną postępującej frustracji (!) – wystarczy zajrzeć do polemicznego artykułu Z. Żmigrodzkiego w „Forum Akademickim” (G. Racki, Uniwersytet Śląski w międzynarodowych bazach danych, „GU”, nr 3/99). Na łamach wspomnianej gazety wywiązała się dyskusja („GU” nr 5/99). Niestety, mój przeciwnik (korzystający ze swej uprzywilejowanej pozycji, z którą redakcja musiała się liczyć), omijając starannie meritum sprawy – a wypadało przynajmniej wziąć pod uwagę wypowiedź prof. Ryszarda Tadeusiewicza, rektora AGH: Fetyszyzowanie publikacji zagranicznych, a zwłaszcza tzw. listy filadelfijskiej, jest poważnym błędem... – uczęstował mnie obszernym wywodem o swoich dokonaniach w zakresie mierzenia „osiągnięć”, stwierdzając ze złośliwą satysfakcją, że „we wzroście międzynarodowej rangi dorobku” uczelni „nie mam na razie udziału”. Gdy wspomniałem, że moje zainteresowania naukowe nie pokrywają się z zakresem piśmiennictwa będącego przedmiotem rejestracji w SCI, pełnomocnik zatryumfował (a przynajmniej tak mu się wydawało) wiadomością, że przecież filadelfijscy redaktorzy uwzględniają dział „Library and Information Science” – tak, jakbym ja, uniwersytecki wykładowca danego przedmiotu, tego nie wiedział. Rzecz jednak w tym, że mój antagonista nie zadał sobie trudu spenetrowania bazy danych w całym jej zasięgu chronologicznym. Zorientowałby się wówczas, co w tym dziale jest, a czego nie ma. Chodziło jednak o to, aby mnie przed czytelnikami „Gazety” i kolegami uniwersyteckimi ośmieszyć, imponując swoją „kompetencją”. JEDYNA SŁUSZNOŚĆPolemizowanie z ludźmi, którzy posługują się argumentami typu ad hominem, a przy tym – czując na sobie poparcie tzw. czynników – są nadmiernie pewni siebie, nie ma zapewne sensu; tak jak i podejmowane przeze mnie oraz kilku przedstawicieli środowisk uczelnianych próby wyjaśnienia fikcji, którą uznano za „jedynie słuszną” i „niepodważalną”. Powiedział mi ktoś: – Po co piszesz? Tylko się narazisz, a oni i tak zrobią, co zechcą. Wystarczy wszak zajrzeć do Informatora Nauki Polskiej i zapoznać się z obszernym spisem agend instytucji bawiącej się ogromnym kosztem społecznym w „ważenie nauki”, aby się przekonać. Pisał kiedyś zapomniany dzisiaj Janusz Szpotański, autor politycznej „operetki” Cisi i gęgacze, która kosztowała go dwa lata więzienia w czasach komunizmu: Miłością płonąc do abstraktów, Nasi miłośnicy abstraktów różnego rodzaju objęli nad nami władzę: każdy z nich macha swa pałeczką i patrzy z góry, moje dziecko (Czesław Miłosz). Wszelkie próby postawienia przy tym, co nakazują, choćby znaku zapytania, traktują jako sabotaż w stosunku do nowoczesności, postępu i „wspaniałego świata”, który mamy zbudować. PS. Redakcja „Gazety Uniwersyteckiej” zamknęła dyskusję, wobec czego nie mogłem wyjaśnić spornej kwestii zawartości działu „Library and Information Science”. Na wszelki wypadek przygotowałem komplet wydruków z serii „Arts & Humanities Citation Index”. Ich treść przekona każdego. Prof. dr hab. Zbigniew Żmigrodzki, bibliotekoznawca, jest kierownikiem Zakładu Bibliografii i Informacji Naukowej w Instytucie Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. |
|
|