|
|
Wyznania szalonego humanistyLeszek Szaruga Powiada się o wieku XXI, że będzie wiekiem religii, że stanie się stuleciem tłumaczy, ostatnio zaś, że ma to być wiek kultury. Właśnie o kulturze jako o wyróżniku zaczynającego się stulecia mówił Ryszard Kapuściński otwierając grudniowy Kongres Kultury Polskiej. Nie ulega wątpliwości, że po dziesięcioleciach gwałtownego przyspieszenia – a właściwie serii przyspieszeń – w sferze nauki i techniki czas wreszcie na okres wyhamowania i refleksji. Tak przynajmniej wynikałoby z kołaczących się w mej pamięci jakoby uniwersalnych wykresów opisujących tendencje rozwojowe. Póki co, znajdujemy się – po części przynajmniej – w sytuacji ucznia czarnoksiężnika, który wypowiedział wyszperane czy podsłuchane zaklęcie uruchamiające magiczne moce, nie zna wszakże formuły pozwalającej je zatrzymać, a więc nad nimi zapanować. Kultura jest właśnie takim obszarem refleksji i namysłu. I nie warto zatem myśleć o niej i o nauce rozłącznie, gdyż się wzajemnie uzupełniają, a być może też warunkują. Oddaliliśmy się już od dawnej całościującej wizji świata filozofii presokratejskiej, zaś ku nowej raczej się nie zbliżamy, a nawet przeciwnie: mentorzy postmodernizmu – wiem, samo takie określenie jest wewnętrznie sprzeczne, ale, jak mniemam, tylko pozornie – przekonują nas o tym, że takiej całości do kupy już złożyć się nie da, że, jak powiadają, czas „wielkich narracji” minął bezpowrotnie. Czy rzeczywiście? o tym do końca, nawet jako badacz literatury, przekonany nie jestem. Być może na powierzchni naszego globu nie istnieje żadne wyróżnione centrum, z punktu widzenia którego ową narrację dawałoby się wyartykułować, jednak przecież nie po płaszczyźnie się poruszamy, lecz po kuli, a jeśli tak (bo może jednak Ziemia jest płaska?), wówczas centrum istnieje, właśnie w jej wnętrzu. Takim symbolicznym środkiem jest przecież Księga, której nie znamy, lecz która wyznacza sens wszelkich naszych słów i czynów. Z Księgą jednak też sprawa nie do końca wydaje się prosta, znamy bowiem jedynie jej tłumaczenia i obawiać się należy, że oryginał, jeśli nawet istnieje, to zaginął. Otóż podczas niezwykle dla mnie interesującej konferencji tłumaczy, do uczestnictwa w której mnie zaproszono, jeden z kolegów w pewnym momencie rzucił ostrzeżenie: „Pamiętaj, że na początku było Słowo”. „Tak” – ripostowałem – „ale czy jesteś pewien, że to zdanie dobrze przetłumaczono?”. Takie to były gry i zabawy tłumaczy w czas grudnia roku 2000 w Gdańsku. Lecz nie były i nie są one tak niewinne i krotochwilne tylko, jak mogłoby się wydawać. Tłumaczenie bowiem to po polsku określenie działalności dość wszechstronnej – od translatorskich wysiłków poczynając, poprzez wyjaśnianie, objaśnianie, przybliżanie, na interpretacji kończąc. Otóż właśnie ta działalność jest czymś, co z pewnością łączy naukę i kulturę, tu się obie te dziedziny spotykają i jednoczą w wysiłku objaśniania i przemieniania świata (młodszym przypominam swego czasu wielokrotnie cytowaną jedną z tez o Feuerbachu pióra niejakiego Marksa Karola: „Filozofowie dotąd tylko objaśniali świat, chodzi zaś o to, by go zmieniać”). W ciągu ostatnich dziesięcioleci wysiłek włożony w przemienianie świata był niewątpliwie o wiele większy niż ten, który zużyto na jego objaśnianie. Z tego też względu – biorąc pod uwagę ową wspaniałą wieloznaczność terminu w języku polskim – trudno nie przyznać racji tym, którzy twierdzą, że obecne stulecie będzie stuleciem tłumaczy („albo go nie będzie” – dodają). A jest co objaśniać. I jest komu. W końcu – warto sobie z tego zdać sprawę – ludzi z wyższym wykształceniem na tej planecie mamy znikomy procent (zresztą: w naszym kraju, w porównaniu z państwami „rozwiniętymi”, także nie wygląda to zachęcająco). Posługiwanie się coraz bardziej rozwiniętą technologią wymaga przynajmniej pewnego obycia, jeśli już nie specjalistycznej wiedzy. Rzecz w tym, iż owe technologie, które mnożą swe możliwości z generacji na generację, traktowane są przez ludzi niewykształconych lub wykształconych niedostatecznie – przez dzieci, ale też i przez dorosłych, którzy jako rekruci dostają do rąk narzędzia, którymi nie potrafiłby jeszcze 20 lat temu posłużyć się generał – otóż te technologie traktowane są przez nich jako „rzecz dana”, naturalna, należąca do porządku istnienia. Problem tylko w tym, iż jednak złe – w nieświadomości rzeczy – posłużenie się łukiem lub kuszą, a nawet karabinem maszynowym, nie przynosi aż tak dramatycznych skutków negatywnych, jak naciśnięcie nieodpowiedniego klawisza w komputerze. I coś z tym niebezpieczeństwem trzeba by zrobić. Tak mi się przynajmniej, w mej naiwności i prostolinijnym podejściu do skomplikowanej materii, wydaje. Raz jeszcze powtórzę tezę podstawową: możliwości technologii przez nas uruchomionych przekraczają nasze zdolności ich pojmowania. Względnie łatwo przewidzieć czy wyobrazić sobie możliwości młotka lub śrubokrętu (choć przecież może zawsze i tutaj ujawnić się coś zdumiewającego), lecz nie jest łatwo ogarnąć wyobraźnią efekty technik elektronicznych – tym bardziej iż tempo ich rozwoju wydaje się zaskakiwać najbardziej wyrafinowanych myślicieli. Jeśli – zostańmy przy tym przykładzie – najsubtelniejszą odmianą młotka stał się w pewnym okresie jego srebrny lub nawet złoty model służący do wytłukiwania ganiających po perukach wszy (pomijam już młoteczki w mechanizmie fortepianu), to można bez obawy pomyłki przyjąć, że stworzenie Internetu, w wyniku czego, jak chce Kapuściński, „w każdej wiosce znajdzie miejsce globalny świat”, może doprowadzić do niewyobrażalnych przemian w strukturze społecznej. By opanować ten nowy żywioł, w jaki przekształciła się dziś technologia i który jest efektem naukowego przyspieszenia, potrzebny jest okres „pieredyszki”, namysłu, refleksji. Konieczne jest ogarnięcie tego nie tylko mocą rozumu, lecz także mocą wyobraźni wspieranej intuicją. Proste to nie jest, zapewne. Ale przecież od lat zrozumiałe. Bo to nie przypadek, że w amerykańskich uniwersytetach zatrudniani są poeci – nawet bez magisterium. |
|
|