Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 1/2001

Najwyżej nic nie wygram
Poprzedni Następny

Szkielko w oku

Piotr M?ldner-Nieckowski

Fot. Stefan Ciechan

Na przełomie listopada i grudnia przez prasę przetoczyła się fala nieporozumień wokół praw autorskich do książek Alana Milne’a o Kubusiu Puchatku. Agencje podały, że spadkobiercy autora mają zamiar sprzedać te prawa jakiejś wielkiej firmie. Wieść wywołała oburzenie, jakże charakterystyczne dla ludzi, którzy nigdy nie stworzyli niczego ważnego, ale po cichu, bezprawnie i za darmo korzystają z cudzych dóbr.

Już w samej informacji zawarto przekłamanie. Prawa autorskiego nie można sprzedać. Przepisy na całym świecie wyraźnie określają, że jest ono niezbywalne ani za życia autora, ani wiele lat po jego śmierci (w Polsce 50, na Zachodzie 75, a przewiduje się wydłużenie tego okresu do 100). Utwór artystyczny, bez względu na jakość, rodzaj, wielkość i popularność, jest niejako częścią autora (lub przez określony czas, jego spadkobierców), jak np. mózg albo twarz. Sprzedać można jedynie prawa do korzystania z dzieła, i to na warunkach określonych przez właściciela praw.

Właśnie ten zapis w Prawie autorskim jest dla wielu nie do pojęcia. Sądzą, że dzieło jest czymś tak ulotnym, że nie można go w żaden sposób zakwalifikować jako rzecz. Uważają także, że napisanie powieści czy wiersza, namalowanie obrazka, skomponowanie piosenki lub symfonii to sprawa raczej błaha – wystarczy przysiąść fałdów, mieć cierpliwość i zrobić, a następnie (jak na etacie) dostać raz pieniądze za odsiedziane godziny i już. Żaden nie pomyśli, co by było, gdyby to chodziło o niego. Niech jednak spróbuje zarobić na to honorarium, które tak lekceważy.

Ale nie koniec na tym. Ci, którzy przy tej okazji podnieśli w prasie wrzawę, chcą wmówić w publiczność, że dzieje się jej krzywda (nie będzie „Kubusia” w teatrach lalkowych!), bo właściciel praw do tego dzieła negocjuje z firmą, która być może zabroni wystawiania „Kubusia”. Prasa unika jednak przypominania prawdy, że stworzenie jakiegokolwiek dzieła, które ma wartość nie tylko duchową, ale i materialną, jest często jednostkowym osiągnięciem autora, że musiał na nie ciężko zapracować i że jest to źródło jego dochodów. Że do stworzenia czegokolwiek trzeba się przyłożyć (nie wspominając o konieczności skorzystania z talentu). Wreszcie, że dysponować dziełem może tylko jego twórca (właściciel praw autorskich). Jest ono bowiem przedmiotem, jest rzeczą. Można je nazwać, opisać, zobaczyć, usłyszeć. Zmaterializowało się. Ktoś, kto ma w zasięgu ręki (np. w domowej bibliotece) uprzedmiotowiony utwór, odnosi wrażenie, że ten utwór jest jego. Przecież może z niego skorzystać w każdej chwili. Jednak jego własnością jest tylko egzemplarz z wydrukowanym dziełem, nie samo dzieło, a to wielka różnica. Czym innym jest fotografia czyjejś twarzy i czym innym twarz oryginalna. Właściciel twarzy ma prawo nie pozwalać na robienie jej kopii.

Przyzwyczajenie do kradzieży praw autorskich jest u nas powszechne. Jedni robią plagiaty, inni nawet nie udają, że sami coś stworzyli. Po prostu kradną – jak spinacze w pracy. Oto do drukarni zgłasza się obywatel z grubą księgą i żąda, żeby przeskanowano z niej obrazki i wydrukowano jako pocztówki. Na pytanie o zgodę autora zleceniodawca wzrusza ramionami: „Przecież to było wydane 10 lat temu w Argentynie”. To właśnie tak wygląda. Ów osobnik, mówiąc językiem policyjnym, dokonuje zaboru cudzego mienia i tłumaczy to tym, że nikt nie zauważy przestępstwa. Gdyby zamówił rysunki u artysty, musiałby zapłacić, a woli tego uniknąć. Samochodu, butów czy chleba już nie da się w ten sposób powielić, lecz gdyby taka możliwość zaistniała, kopiujących znalazłyby się miliony.

Niektóre firmy robią na szaro setki tysięcy nieświadomych ludzi, żywcem obrabowują ich z gotowych pomysłów. Przed laty tak okradziono mojego 11-letniego syna, który namalował uroczy plakat antyalkoholowy. Dano mu symboliczną nagrodę, po czym wydrukowano jego dzieło w ogromnych nakładach. Tak było za komuny, w majestacie ówczesnego braku prawa, a jak jest dzisiaj?

Poczta Polska SA ogłosiła konkurs na rysunek „Polska XXI wieku w oczach dziecka”, żądając od uczestników podpisania następującej klauzuli: „Wyrażam zgodę na nieodpłatne wykorzystanie nagrodzonej w konkursie pracy (...) mojego dziecka (imię i nazwisko) na znaczkach pocztowych oraz w wydawnictwach marketingowo-reklamowych”. Nagrody – m.in. komputer.

Firma tytoniowa z Radomia załączyła do papierosów „Spike” ulotkę, którą „wystarczyło wypełnić” (podając oczywiście swoje dane osobiste do bazy), przy okazji wpisując propozycję hasła reklamującego. Nagrody – m.in. odtwarzacz DVD.

To samo zrobił Orlen SA, ustanawiając konkurs dla kupujących paliwo: wpisz swoje dane, wymyśl nazwę sklepu przy stacji benzynowej, zaznacz, ile stacji ma firma, wrzuć do urny, a „wygrasz jeden z 50 samochodów”.

Bulwersujące były i inne konkursy, np. organizowane przez firmę komputerową Corel Corp. na rysunek wykonany za pomocą programu CorelDraw! Z całego świata nadeszły miliony gotowych utworów plastycznych, a nagrody dla zwycięzców okazały się co najwyżej ochłapem rzuconym psom przy pańskim stole. Prawie nikt nie protestował, a wartość skradzionych dzieł wyniosła, jak obliczył pewien prawnik, ponad 2 mln dolarów.

Ten numer znany jest wszystkim, którzy udzielają wywiadów. Radio prywatne, telewizja (każda) i większość gazet uważają, że dla osoby, która oddała swój wizerunek albo głos, wystarczającą rekompensatą będzie publikacja. Nic bardziej fałszywego. To po prostu kant, zwłaszcza w odniesieniu do osób „niepublicznych”. Media przecież żyją z tego, że pokazują ludzi, więc powinny im odpowiednio płacić.

Przedsiębiorstwa za bezcen tworzą bazy anegdot, znaków graficznych, powiedzeń, nazw (i przy okazji adresów), słowem nieprzebrane bogactwo. Gdyby za każde z niezliczonych dziełek i dzieł musiały zapłacić choćby złotówkę, nie mówiąc o normalnych cenach, wydałyby majątek. Są to zatem gry o łatwe miliony. Ludzie, wiedzeni nieomylnym instynktem konsumpcji, dają się nabierać: oto mają szansę zdobyć auto, komputer, odtwarzacz, koszulkę! Nie czują, a więc nie wiedzą, że są okradani. Wprowadzeni zaś w błąd sądzą, że wytwory ich myśli są bez wartości. „Najwyżej nic nie wygram” – myśli większość i lekką ręką pozbywa się genialnego pomysłu.

e-mail: pmuldner@mp.pl

Komentarze