Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 9/2001

Pozostaje dorabianie na zewnątrz
Poprzedni Następny

Agora

O jakości dydaktyki i poziomie badań w uczelniach w większym stopniu zadecyduje reforma
strukturalna niż wymiana pokoleń.

Stanisław Czachorowski
 

Fot. Stefan Ciechan

Na początku lat 90., w jednym z artykułów wtedy jeszcze „Przeglądu Akademickiego” na fali reformowania szkolnictwa wyższego padło stwierdzenie, że głębsze zmiany w uczelniach nastąpią dopiero za ok. 9-10 lat. Tyle właśnie czasu trzeba, aby zrobić doktorat i habilitację. A wtedy do głosu dojdą ludzie myślący po nowemu, nie skażeni PRL-owskim sposobem widzenia świata. Sądzę jednak, że większe znaczenie mają zmiany w strukturze samych uczelni i otaczającej akademickie mury rzeczywistości niż wymiana pokoleń.

Właśnie mija owe magiczne 10 lat. Czy coś drgnęło? Samo środowisko akademickie coraz głośniej mówi o potrzebie nowej ustawy. Dotychczasowe prawo (jakkolwiek niedawno zmieniane i aktualizowane) chyba już wyczerpało swój twórczy potencjał i obecnie krępuje uczelnie w dalszym rozwoju. A osiągnięto już bardzo dużo: 5-krotny wzrost liczby studentów przy prawie nie zmienionym finansowaniu z budżetu oraz niewiele zwiększonym zatrudnieniu. Oznacza to bardzo wyraźny wzrost efektywności. Czy idą za tym większe płace? Otóż właśnie, „zastój” we wzroście płac jest źródłem niezadowolenia i przyczynia się do coraz gorętszych dyskusji i chęci reformowania.

Przykładem jest artykuł Ewy Nowakowskiej i Marcina Kołodziejczyka Desperados, czyli z życia młodego naukowca („Polityka”, 10.03.2001). Jeszcze ciekawsza okazała się dyskusja w sieci, jaka wywiązała się po publikacji ww. artykułu. W toczącej się „wirtualnej” dyskusji ujawnia się kilka wątków. Pojawiły się głosy narzekających i lamentujących oraz, co ciekawe, wyraźna dla nich dezaprobata. Podział ten nie biegnie pomiędzy „skrzywdzonymi” doktorantami a „krzywdzącymi” profesorami ani też między „elitą narodu” a pozauniwersyteckimi „japiszonami”. Coraz więcej osób ze wszystkich grup akademickich i pozaakademickich uważa, że nie wypada narzekać, bo świadczy to o nieudacznictwie.

Wiele głosów krytycznych wspomnianej dyskusji wytyka błędy i niedomagania obecnego systemu, ale również wskazuje na potrzeby bardzo głębokich zmian. Uwidocznia się niezadowolenie ustabilizowanej kadry akademickiej. Niezadowolenie wynika z niskich płac. Konsekwencją jest dorabianie poza uczelnią. Czy jest to zjawisko naganne? Kolejną grupą narzekającą są doktoranci i młodzi pracownicy. Narzekają na zbyt niskie płace (stypendia) oraz czasem na feudalne relacje z szefami-profesorami (badania – sztuka dla sztuki, kumoterstwo, preferowanie miernot).

FAZY ROZWOJU

To co się dzieje w szkolnictwie wyższym można porównać do sukcesji ekologicznej. Po roku 1990 otwarte zostały mury akademickie i możliwości tworzenia nowych miejsc w uczelniach. Było to odpowiedzią na bardzo duże i niezaspokojone potrzeby edukacyjne. Porównać można to do nowo powstałych lub uwolnionych zasobów przyrodniczych, które są kolonizowane przez gatunki pionierskie. Cechą gatunków odnoszących sukces we wczesnych fazach sukcesji ekologicznej jest to, że są mało wyspecjalizowane, lecz o dużej dyspersyjności i plastyczności. Odpowiedzią na duży popyt i małą podaż było lawinowe otwieranie nowych uczelni, głównie prywatnych, oraz zwiększanie liczby miejsc we wszystkich uczelniach. Był to wzrost przede wszystkim ilościowy.

W późnych etapach sukcesji, wobec kurczących się (lub trudno dostępnych) zasobów zaczynają dominować gatunki bardziej wyspecjalizowane, lepiej radzące sobie w konkurencji z innymi gatunkami. I właśnie w szkolnictwie wyższym mamy chyba taki punkt zwrotny. A zatem o jakościowych zmianach nie decydowałaby obecność „dobrych” lub „złych” gatunków, lecz jakość warunków „środowiskowych”. Konsekwencją tego powinien być rozwój jakościowy. Coraz większa liczba oferowanych miejsc w uczelniach oraz dziura demograficzna (od roku 2002 ubywać będzie absolwentów szkół średnich) powodują, że uczelnie silniej konkurują o studentów i pieniądze, jakie za nimi idą, zarówno z budżetu (tzw. bezpłatne kształcenie), jak i bezpośrednio z kieszeni studenta.

KONKURENCJA

Gdyby nie konkurencja, nie byłoby pięciokrotnego zwiększenia liczby miejsc. Gdyby na początku lat 90. uczelnie państwowe „dogadały się”, mogłyby uzyskiwać te same środki bez zwiększania liczby studentów, co zaowocowałoby wyższymi niż obecnie płacami. Ale dzięki bodźcom ekonomicznym i brakowi monopolu wszystkie uczelnie zwiększały nabory, aby uzyskać więcej (niż konkurenci) pieniędzy. To swoisty „wolny rynek” wymusił zaciskanie pasa i poszukiwanie wewnętrznych oszczędności, aby zwiększyć nabór. Rozwój ilościowy możliwy był tylko w warunkach nadmiaru chętnych na studia.

Ponieważ pieniądze pochodzą z dwu różnych źródeł, możemy obserwować dwa odmienne sposoby konkurowania o nie. Pieniądze budżetowe dzielone są przez MEN, uczelnie rywalizują o uzyskiwanie jak najlepszych „parametrów wskaźnikowych”. Przykładem są coraz popularniejsze akredytacje, w tym wskaźniki liczby profesorów, doktorów itp. Inaczej przebiega konkurowanie o bezpośrednie pieniądze studenta (głównie w uczelniach prywatnych), gdyż akcentowana jest przede wszystkim jakość i przydatność uzyskanego wykształcenia na rynku pracy. W obu przypadkach lepsze jest wrogiem dobrego.

Konkurencja w najbliższych latach będzie się bardzo zaostrzała. Niektóre kierunki, wydziały czy małe uczelnie (także prywatne) po prostu przestaną istnieć. Dodatkowo, wraz z przystąpieniem do Unii Europejskiej, część młodzieży zechce studiować za granicą, a uczelnie „zachodnie” będą, być może, otwierać swoje filie w Polsce. Z pewnością zaostrzy to konkurencję, a skutkiem tego będzie zwiększająca się jakość nauczania. Tak sądzę.

Samo środowisko akademickie uświadamia sobie konieczność głębokich zmian systemowych. Po to, aby umożliwić dalszy rozwój i zwiększyć finansową i jakościową efektywność kształcenia. Należy się spodziewać, że podstawowym sposobem zwiększania efektywności będzie już nie tyle zwiększanie liczby miejsc (wzrost ekstensywny), co podnoszenie jakości (wzrost intensywny). Pozostaje pytanie, co i jak trzeba zmienić, aby było to możliwe?

RYNEK CZY „ELITA NARODU”?

Pośród narzekań na jakość i mizerię finansową przebija krytyka wieloetatowości, głównie profesorów. Dodatkowe etaty traktowane są jak „fuchy” w PRL, negatywnie wpływające na jakość kształcenia. To jedno z ograniczeń obecnego systemu. We własnej uczelni nie można „dorobić”, bo wszyscy mają jednakowe płace, bez względu jak i ile pracują. Jedyną możliwością jest awans. Ale jeśli wziąć pod uwagę długi okres doktoryzowania, habilitowania oraz uzyskiwania profesury i niewielki za tym idący wzrost pensji, nie można tego traktować jako sensownej drogi uzyskiwania większych dochodów. A gdyby pracować więcej? Nic to nie da. Ze względów finansowych w wielu uczelniach nie płaci się za nadgodziny. Pozostaje więc tylko dorabianie na zewnątrz, co w sumie nie jest takie złe. Przyczynia się do lepszego kontaktu z rzeczywistością rynkową (w tym także z technologiami w przemyśle). A to z kolei owocuje bardziej funkcjonalną i odpowiadającą na potrzeby dydaktyką.
Zawód nauczyciela akademickiego nie jest pracą przy taśmie. To w dużej mierze wolny zawód, w którym nieustannie trzeba inwestować w siebie. Zbyt długie intensywne „dorabianie na fuchach” spowoduje brak publikacji (i badań), a co za tym idzie możliwość uzyskiwania tych „fuch” w przyszłości. Przypomina to inwestowanie w fundusz emerytalny: im dłużej i większe składki, tym atrakcyjniejsza emerytura.

Czy można urynkowić uniwersytety jeszcze bardziej i na czym miałoby to polegać? Obecnie uczelnie wyższe uzyskują pieniądze z dwóch zasadniczych źródeł: z dydaktyki i badań naukowych. Rynkowość dotyczy tych dwu aspektów. Duża część funduszy pochodzi właśnie z działalności dydaktycznej, zarówno z dotacji na „kształcenie bezpłatne”, jak i z bezpośrednich opłat studentów. Tutaj „niewidzialna ręka rynku” skutecznie działa już od dawna. gdyby kształcenie wyższe było zmonopolizowane, można by sztucznie ograniczać liczbę miejsc, a przez to uzyskiwać większe pieniądze przy mniejszym wysiłku. Ale uniwersytety są autonomiczne, chcąc uzyskać większe dotacje z MEN systematycznie zwiększają liczbę oferowanych miejsc, a także otwierają różnorodne płatne studia. Jednak dalszy taki rozwój ogranicza konstytucja i... rozsądek. Poprawa efektywności finansowej (ilość lub jakość lub ceny) wymaga nowych rozwiązań. Pierwszym ograniczeniem jest liczba studentów. Teoretyczny zakaz pobierania czesnego w uczelniach państwowych uniemożliwia zwiększenie wpływów. Paradoksalnie, rozwijać się mogą tylko uczelnie prywatne (choć brakuje im kadry i infrastruktury), a uczelnie państwowe ograniczać się mogą jedynie do „wypożyczania” swoich pracowników.

Zupełnie nową formą są studia doktoranckie. Mało jest wydziałów spełniających minimalne wymagania (m.in. uprawnienia do habilitowania), stąd jeszcze na razie mało konkurentów. Dodatkowo można zrezygnować z części kadry – asystentów, gdyż część zajęć dydaktycznych poprowadzą doktoranci. Ich wynagrodzenie pochodzi nie z płac, lecz z funduszu stypendialnego. Dlatego uczelnie systematycznie pozbywają się magistrów-asystentów. I nic dziwnego, że zdarzają się rozgoryczeni doktoranci, którzy często nie mogą znaleźć pracy. Dla części osób studia doktoranckie są alternatywą bezrobocia. Lepsze to niż nic, a jak stwierdził jeden ze studentów: – Jeśli nie znajdę pracy, to pójdę na studia doktoranckie. W sumie od 17 lat się uczę, więc jest to rzecz, którą umiem robić najlepiej. Masowa produkcja doktorantów powoduje, że nie wszyscy mogą znaleźć zatrudnienie w murach akademickich. Pojawia się podobny problem jak w kształceniu magisterskim: czy jest ono adekwatne do rynku pracy? Myślę, że efekt rosnącej konkurencji – podobnie jak w przypadku studiów magisterskich i licencjackich – wymusi na uczelniach coraz lepsze dostosowanie wykształcenia do potrzeb rynku pracy. I nie chodzi tu tylko o przygotowanie czysto zawodowe. Chodzi także – a może przede wszystkim – o kreatywność, innowacyjność, skuteczność działania, odpowiedzialność za samego siebie. Wymaga to od uczelni ponownego przemyślenia sylwetki absolwenta oraz programu nauczania. I tak się już w wielu uczelniach dzieje. Spóźnialskich wymiecie „niewidzialna ręka rynku”.

ZWIĘKSZANIE EFEKTYWNOŚCI

Jedną z możliwości podnoszenia efektywności ekonomicznej jest zmniejszanie liczby godzin w toku studiów oraz zwiększanie liczebności grup studenckich. Aby nie spowodować obniżenia poziomu kształcenia, konieczne jest przeorganizowanie programów studiów, tak aby więcej samodzielnej pracy wykonywali studenci. Potrzebne są więc daleko idące zmiany w dydaktyce. Weźmy pierwszy lepszy przykład. Wymogi akredytacji na kierunku biologia wymagają, aby wszystkie egzaminy miały formę pisemną. Utrudni to ewentualne „niesprawiedliwe” traktowanie studentów i umożliwi „w każdej chwili” weryfikację oceny postawionej przez profesora. Jednakże do prawidłowego kształcenia uniwersyteckiego niezbędny jest bezpośredni kontakt profesora ze studentem. Taką możliwość dawały egzaminy ustne. Wobec tego trzeba zwiększyć autentyczny kontakt na innych zajęciach. Konieczna jest aktywna dyskusja i obecność profesorów na seminariach i ćwiczeniach. Właśnie po to, aby zapewnić ten bardzo potrzebny bezpośredni kontakt.

Kolejnym widocznym ograniczeniem w rozwoju uczelni jest brak zróżnicowania pensji pracowników akademickich. Choć teoretycznie możliwe jest różnicowanie płac, praktykowany jest socjalistyczny egalitaryzm: wszystkim po równo. O pensji decyduje jedynie wysługa lat i stanowisko, a tych jest zaledwie kilka. Brakuje jakichkolwiek wskaźników ilościowych uwzględniających bądź to efekty dydaktyczne, bądź badania naukowe. Pozostaje więc tylko dorabianie na zewnętrz. Wyjątkiem mogą być jedynie studia podyplomowe. Uczelnie, we własnym interesie, muszą ten system zmienić na motywujący do lepszej pracy naukowej i dydaktycznej. W innym przypadku stracą sami pracownicy. Wobec rosnącej konkurencji mogą zostać po prostu bezrobotni. I żadne zapewnianie, że są „elitą narodu” nie pomoże. Społeczne przyzwolenie na biadolenie jest coraz mniejsze. Zwłaszcza wśród „japiszonów”.

Przy nadmiarze chętnych nie jest istotne, czy uczelnie produkują bezrobotnych licencjatów, magistrów czy doktorów. Wobec „kurczącej się kołdry” zaczyna to nabierać coraz większego znaczenia. Student swój rozum ma i często wybiera kierunek i uczelnię, które gwarantują lepiej płatną pracę. Jakikolwiek pomiar (ewaluacja) niezadowolenia jest systemem wczesnego ostrzegania. I chodzi nie tylko o ewaluację zajęć, lecz także śledzenie losów absolwentów. Wspomniana wcześniej dyskusja w sieci wokół artykułu z „Polityki” jest dobrą ilustracją takiego pomiaru, co i gdzie kogo boli.

DOCHODY Z BADAŃ

Drugim źródłem funduszy uczelni są badania naukowe. Część z nich pochodzi z budżetu, część z innych źródeł. Zwłaszcza ta druga możliwość nie jest zbytnio wykorzystywana. Konkurencja o granty z KBN wymusza obniżkę kosztów osobowych. Coraz trudniej „przemycić” wynagrodzenia w grantach. Z punktu widzenia podatnika jest to bardzo rozsądne. Ale co ma z grantu pracownik naukowy? Tylko możliwość zrealizowania badań (to jest mu niezbędne do własnej kariery zawodowej, słabo przekładającej się na sukces finansowy). Być może dlatego Polacy uzyskali tak mało grantów z Unii Europejskiej.

Tylko niektóre uczelnie wpadły na pomysł, by część z kosztów ogólnych oddać pracownikowi w formie honorarium. Jest to bezpośrednie zainteresowanie pracownika, aby realizował jak najwięcej grantów i o jak najwyższym budżecie. W większości przypadków jest w uczelni dużo więcej łatwych pieniędzy w formie badań statutowych i badań własnych. Nie warto więc się starać. Ale badania niezbędne są także do dydaktyki, do rozwoju samej kadry. Ponadto nie można być dobrym dydaktykiem bez własnej aktywności naukowej. Bez własnych odkryć można jedynie czytać na wykładach cudze książki. A studenci są „czytaci i pisaci”, sami więc mogą przeczytać.
 

BIOLOGIA W UWM

Zmiany w szkolnictwie wyższym są niezwykle potrzebne. Pozostaje jedynie wciąż aktualne pytanie, kiedy i jak je wprowadzić. A czasu mamy coraz mniej. Trudna sytuacja silniej motywuje do zmian. Przykładem może być Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie. Akademia Rolniczo-Techniczna wcześniej odczuła kłopoty finansowe i ubytek studentów. W konsekwencji szybciej wprowadzono różne zmiany finansowe. W tym czasie szybko, „ekstensywnie” rozwijająca się Wyższa Szkoła Pedagogiczna zmian takich nie wprowadzała. Po integracji uniwersytet przejął finansowe mechanizmy wcześniej wypracowane w ART. Pozwoliło to wejść bez długów w 2001 rok, mimo niespodziewanego niedofinansowania z MEN.
Jednym z wprowadzonych mechanizmów ekonomicznych jest duża niezależność finansowa wszystkich wydziałów. Większość z nich jest „pod kreską”. To wyraźna informacja dla dziekanów i rad wydziału, że trzeba coś zmienić: albo zmniejszyć wydatki, albo zwiększyć wpływy. Systematycznie rezygnuje się z asystentów i wprowadza studia doktoranckie. Niezależnie od apeli i zaleceń władz uczelni, silnym argumentem są właśnie finanse i czytelne wskaźniki ekonomiczne.

Wydział Biologii UWM jest w dużo trudniejszej sytuacji niż wydziały biologii w innych uniwersytetach, dlatego że w UWM jest kilka wydziałów przyrodniczych i eksperymentalnych. Tak więc kosztochłonna dydaktyka (wiele zajęć laboratoryjnych) nie ma dużego przelicznika kosztochłonności zajęć. W konsekwencji Wydział Biologii relatywnie ma mniej pieniędzy na kształcenie niż wydziały biologii w innych uniwersytetach. Lecz jakość dydaktyki musi być nie gorsza. Ale właśnie ta trudniejsza sytuacja wymusza szybsze zmiany. Można sądzić, że w nadchodzących trudnych czasach (biologia jest kierunkiem nieatrakcyjnym ze względu na rynek pracy) Wydział Biologii UWM w Olsztynie lepiej poradzi sobie z kłopotami finansowymi. Już teraz poszukiwane są różne rozwiązania, nawet te bolesne. Jest i marchewka, jest i kij. Narzędzia ekonomiczne kierowane są także „w dół”, do poszczególnych katedr i zakładów. Bo tam podejmowanych jest wiele decyzji skutkujących finansowo.

Myślę, że podobnych przykładów będzie coraz więcej. O jakości dydaktyki i poziomie badań w uczelniach w większym stopniu zadecyduje zaś reforma strukturalna niż wymiana pokoleń.

Dr hab. Stanisław Czachorowski, prof. UWM, Katedra Ekologii i Ochrony Środowiska, Wydział Biologii UWM w Olsztynie. E-mail: stacz@matman.uwm.edu.pl

Komentarze