Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 9/2001

Jak i po co dyskutować?
Poprzedni Następny

Polemiki

Z indeksami cytowań jest jak z demokracją: można długo krytykować i biadolić, ale i tak nikt nic lepszego nie wymyślił i chyba nie wymyśli.

Grzegorz Racki

Fot. Stefan Ciechan

W nauce światowej istnieje
ogromna konkurencja,
u nas natomiast jest przyjemnie.
(A. Łomnicki, „Polityka” 11/1993)

 

Dr Władysław Kraus (WK) wielokrotnie (Laterna magika, „FA” 11/2000; Przy-miarka, „FA” 12/2000; Odwrotne prawo alchemii, „FA” 2/2001; Wskaźniki i jakość badań, „FA” 3/2001; Laterna magika II, „FA” 6/2001) i niezmiennie krytycznie pisał o bazach cytowań filadelfijskiego Institute for Scientific Information (ISI), eksponując złudne możliwości ich wykorzystania w wartościowaniu osiągnięć naukowych (por. Szum dezinformacyjny, „FA” 7-8/2001). Należy docenić fakt że „Forum Akademickie” jest jedynym polskim czasopismem, w którym tak dużo dyskutuje się na ten ważny temat. Z pewnością sprzyja to popularyzowaniu złożonych problemów naukoznawstwa. Jednocześnie trudno jednak nie zauważyć, że charakter tej wymiany poglądów rażąco odbiega od standardów polemik naukowych, służących wyłącznie ścieraniu się racji i argumentów. Tej sytuacji nie powinien usprawiedliwiać publicystyczny charakter wypowiedzi ze względu na rangę i złożoność poruszanych problemów oraz możliwy zakres dezinformacji. Zaczyna się zresztą od nieprzestrzegania ogólnej zasady: artykuł inicjujący dyskusję – krytyka – odpowiedź (i na tym koniec!).

Przykładem nierzetelności i manipulowania faktami jest choćby miażdżąca krytyka rankingu polskich czasopism KBN „Index Copernicus” (patrz: www.cisi.org) w Laterna magika II. WK zapomniał jedynie podać, iż (1) dotyczy on nauk medycznych i pokrewnych w Europie Środkowej, a nie całego obszaru nauki w Polsce, (2) obowiązuje zatem tylko w Zespole KBN P05 Nauk Medycznych, oraz (3) „urzędnicze” gremia, definiujące tak ułomne zasady oceny parametrycznej, tworzą uczeni wybrani przez społeczność naukową (do kogo należy więc zgłaszać pretensje?). Oczywiście, sam ranking budzi zastrzeżenia metodologiczne, ale w zasadzie nie takie, które są roztrząsane na dwóch stronach „FA”. Tego typu bibliometryczne klasyfikacje są istotnie niełatwą i potencjalnie dwuznaczną sprawą, co przedstawiłem szczegółowo cztery lata temu na przykładzie polskich czasopism geologicznych („Przegląd Geologiczny” 45/2, 1997).

CZYM JEST INFORMACJA W NAUCE?

Komercyjny charakter działalności ISI nie jest żadną tajemnicą i nie należy mieć za złe, że na informacji naukowej kapitaliści zbijają majątki. Trudno jednak zgodzić się z osobliwą tezą przemycaną przez WK, że „obrót” cytowaniami w nauce ma atrybuty zwyczajnej operacji handlowej. Przede wszystkim, nawet jeśli uznamy wszystkie zapewnienia ISI o wyłącznie merytorycznych zasadach kompletowania czasopism źródłowych (The Journal Selection Process, http://www.isinet.com/isi/hot/essays/selectionofmaterialforcoverage/199701.html) za zabieg czysto reklamowy, to jakość tego produktu jesteśmy w stanie sami zweryfikować jako naukowcy. A lista filadelfijska, zdefiniowana przez prof. A.K. Wróblewskiego (Po co „lista filadelfijska”? „Sprawy Nauki” 42/1998), nie budzi moich wątpliwości jako geologa, podobnie jak specjalistów z wielu innych dziedzin. Oczywiście, nie musi to być dobór idealny i bywa on chyba słusznie krytykowany, np. w odniesieniu do literatury Trzeciego Świata (W. Wayt Gibbs, „Świat Nauki” 10/1995) czy nauk technicznych (R. Tadeusiewicz, „FA” 10/1998). Można jednak próbować wpłynąć na ISI w tym względzie. Co do hipotetycznego indeksowania ok. 1700 periodyków nierecenzowanych (Laterna magika II): proponuję dotarcie na owe rzekomo nienaukowe łamy z prawdami o bazach cytowań i współczesnej nauce objawionymi w „FA”.

Cytowania nie są taką samą informacją, jak skład proszku do prania czy cena masła. Nie należy zapominać, że publikacje w klasowych periodykach muszą przedrzeć się przez gęste sito recenzentów i redaktorów. Np. w polskim periodyku z listy filadelfijskiej, „Acta Palaeontologica Polonica”, odrzucany jest co czwarty nadesłany manuskrypt, a w „Geology” – ponad połowa. Wykaz przytaczanych źródeł też jest brany pod lupę. Publikacja jest środkiem różnorodnej komunikacji w nauce i odniesienia muszą mieć UZASADNIENIE MERYTORYCZNE – przede wszystkim w sensie socjologicznym, jako forma spłaty długu intelektualnego wobec poprzedników.

O STYLU POLEMIKI

WK przyznaje się do inspiracji krytycznym w stosunku do mojej osoby tekstem prof. Jacka Wojciechowskiego (Niedomiar krytycyzmu, „FA” 5/2000). Istotnie, wymienione na wstępie artykuły WK dobrze wpisują się w pewien schemat długiej serii krytycznych wypowiedzi w „FA” na temat baz ISI. Niekiedy prowadziło to do wręcz karykaturalnej prezentacji tej problematyki, choćby przez uparte lansowanie stereotypu, że pewne działy nauki polskiej (i to bynajmniej nie z kręgu filologii) są pomijane w indeksach cytowań („FA” 9/1999; „Nauka” 1/2001), zaś polskie periodyki – a dokładniej te, w których publikują polemiści – są bezkonkurencyjne w świecie („FA” 5/2000). Obszerniej i bez ogródek już pisałem na ten temat w artykule Przeciw zaściankowości w nauce („FA” 3/2000). Pomijając kwestie szczegółowe, do najważniejszych cech diagnostycznych owego serialu, rozmywających sens merytoryczny debaty, zaliczam:
Lakoniczne i nieprecyzyjne stawianie zarzutów merytorycznych. Mylić się jest rzeczą ludzką i każde pouczenie warto starannie rozważyć. Zmusza to adresata krytyki do próby zdemaskowania swego dyletanctwa, a więc konieczności publicznego przedstawienia dowodu, czy jest wielbłądem (por. zwalczanie przeze mnie polszczyzny, „FA” 7-8/2000; przytaczanie „surowych” statystyk z baz ISI, „FA” 7-8/2001).
Rzadkie przytaczanie źródeł zawierających opinie czy wyniki badań, na które powołują się autorzy. Akurat WK pozytywnie wyróżnia się w tym względzie, ale i tak musimy mu uwierzyć na słowo w kluczowej kwestii braku związku między miejscem publikowania a poziomem cytowań w krajach postkomunistycznych, a także, iż tworzony jest chiński rejestr cytowań, wzrost dotacji powoduje spadek „produkcji” naukowej itd.
Werbalne odżegnywanie się od argumentacji ad hominem i ad personam, co powoduje operowanie „miłosiernymi” eufemizmami i zwrotami zastępczymi typu: wielu polskich dyskutantów i jeden z polemistów. Należy przypomnieć też taką kuriozalną prezentację adwersarza: pewien wpływowy profesor nauk matematyczno-przyrodniczych, zajmujący czołowe stanowisko w „niewidzialnym kolegium” rządzącym polską nauką (Z. Żmigrodzki; „FA” 9/1999). Z tego tylko powodu czasem nie wiadomo, kto lub co jest podmiotem krytycznego komentarza. Zasada anonimowości jest jednak chętnie poświęcana w imię wyższych celów (np. w Przy-miarce dla prof. Ireny Marszakowej-Szajkiewicz). Sztandarowym przykładem argumentacji ad personam pozostaje jednak tekst prof. Żmigrodzkiego pod przewrotnym tytułem O stylu polemik naukowych („FA” 9/2000; to samo w: „Nauka” 1/2001). W tej osobliwie pojmowanej debacie czytelnika epatuje się tym, kto gdzie pracował i pracuje, jaką pełni funkcję, co i od ilu lat wykłada itd.
W połączeniu z oszczędnym gospodarowaniem argumentacją ad rem, wyraźna jest tendencja do rozwlekłego prezentowania spraw drugorzędnych i nierzadko wyrafinowanej grafomanii. WK pół kolumny tekstu Laterna magika na s. 31 poświęcił faktom, które jakoby dla niego (i czytelników?) nie miały żadnego znaczenia. Wiąże się z tym nachalne lansowanie niereprezentatywnych czy wręcz ekstremalnych przypadków, jako – domyślnie – standardów współczesnej nauki.
Last but not least: brak jakichkolwiek konstruktywnych wniosków co do sposobów wartościowania efektywności naukowej, które raz na zawsze odstraszyłyby ponure widmo ISI wiszące nad nauką polską. WK na prawie 14 (!) stronach „FA” też nie uchylił rąbka tajemnicy, jak konkretnie odróżnić postęp RZECZYWISTY od POZORNEGO w tej tak ważnej i skomplikowanej materii, czyli naukometrię od „naukometrii”. Ja przynajmniej nie jestem w stanie rozszyfrować w ten sposób dywagacji przedstawiciela nauk podobno ścisłych.

CZEMU SŁUŻY TA „DEBATA”?

Z indeksami cytowań jest jak z demokracją: można długo krytykować i biadolić (sam mógłbym dodać niejedno o niesolidności ISI jako monopolisty), ale i tak nikt nic lepszego nie wymyślił i chyba nie wymyśli. Bo tak naprawdę, te zwały pisaniny i propagowany szum informacyjny są tylko po to, żeby wszystko zostało PO STAREMU. A nieodparty urok jakościowych opinii znawców problemu polega na tym, że można je do woli dezawuować jako niesłuszne, nierzetelne i stronnicze. Oceniający to tylko ludzie... Dowodem niech będą nieustające polemiki wokół kryteriów ocen poziomu i różnorakich rankingów szkół wyższych, co niezwykle trafnie podsumowali ostatnio prof. Stanisław Mrówczyński („Polityka” 18/2001) i prof. Tadeusz Wojciechowski („FA” 7-8/2001). Warto też zwrócić uwagę na ważny tekst Swobodny recenzent (H. Sugier; „FA” 3/2001), gdyż opisane tam niedoskonałości natury ludzkiej przejawiają się nie tylko przy opiniowaniu rozpraw doktorskich (por. też felieton P. M?ldnera-Nieckowskiego w „FA” 7-8/2001).

Ponownie należy przypomnieć, że bazy ISI nie powinny być jedyną wyrocznią w sprawach dorobku naukowego, a jedynie bezcennym statystycznym uzupełnieniem czy też pośrednią weryfikacją wszechstronnych ocen eksperckich (np. A. Ziabicki, „Nauka i Szkolnictwo Wyższe”, nr 3/1994). Tak zwane mity dotyczące naukometrii – nawet jako jedynie pomocniczej metody ewaluacji – są dlatego tak zaciekle atakowane, gdyż przy znajomości podstawowych zasad i zachowaniu ostrożności interpretacji indeksy cytowań ISI umożliwiają całkiem obiektywne sprawdzenie aktywności i pozycji naukowej wielu (choć nie wszystkich – niestety!) samozwańczych ekspertów, podwórkowych papieży i innych „robiących w nauce”. Oczywiście, im węższe pole badawcze podlega analizie, tym większa wiarygodność takich porównań (choć wskaźnik zerowy będzie zawsze zerem). Każdy może sprawdzać każdego, a jawność taka może stanowić dla niektórych autorytetów zagrożenie. Król nierzadko bywa nagi – tego typu motywację osobistą jednego z niezłomnych malkontentów ujawnia Marszakowa-Szajkiewicz w „Nauce” (3/2000). A nie tylko o prestiż dziś chodzi, bo i o dotacje z KBN. Komuż bowiem przede wszystkim wadzi nowy system finansowania nauki premiujący faktyczną aktywność badawczą i sukcesy na międzynarodowym rynku nauki? Odpowiada prof. Łukasz Turski: większość pracowników nauki, w tym profesorowie tytularni, od lat nie napisała ani jednej pracy naukowej (patrz: „Wprost” 22/1999). I stąd te wciąż odgrzewane emocje...

Tasiemcowa debata w „FA” o bazach cytowań dowodzi, że z wymiany poglądów między naukowcami można niekiedy o wiele więcej dowiedzieć się o naturze człowieka niż o naukowym przedmiocie ich sporu. Zbyt często chodzi nie o twórcze ścieranie się poglądów i dochodzenie do prawdy, ale o przypominanie podstawowych FAKTÓW, co staje się już nudnawe. I dlatego – powtarzam raz jeszcze na koniec – narzekać na bazy cytowań ISI łatwo, ale dopóki dr Kraus (lub ktoś inny) nie przedstawi jednoznacznie racjonalnych propozycji modernizacji systemu oceny efektywności naukowej w realiach polskich, dalsza polemika jest stratą czasu dyskutantów, redaktorów i czytelników. Dużo bardziej owocne są spotkania na te tematy tak reprezentatywnych gremiów, jak zespoły KBN, komitety PAN czy Konferencja Rektorów Uniwersytetów Polskich. A wielu innych palących problemów naszej nauce na początku XXI wieku nie brakuje.
 

Prof. dr hab. Grzegorz Racki, geolog, paleontolog, jest kierownikiem Katedry Stratygrafii Ekosystemowej Uniwersytetu Śląskiego i pełnomocnikiem rektora ds. analizy naukometrycznej w UŚ.

Komentarze