Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 1/2002

Orłowscy
Poprzedni Następny

Rody uczone (62)

Używamy, na ogół z żalem, określenia: lekarz-humanista.
Z żalem, bo w przeświadczeniu, że takich lekarzy już nie ma.

Magdalena Bajer

Witold Orłowski

Dzieci Witolda Orłowskiego, ojca polskiej interny, syn Tadeusz oraz jego stryjeczne rodzeństwo, Olga Mioduszewska i Zbigniew Orłowski, są profesorami medycyny. Spotkawszy ich poczułam, że powinnam opowiedzieć o tym, jak przedwojenne wydanie ośmiotomowego podręcznika prof. Orłowskiego seniora, który po wojnie służył memu ojcu w nauczaniu studentów medycyny, oddałam, likwidując wrocławski dom, młodym lekarzom z rodziny. Autor podręcznika zajmuje główne miejsce w dziejach rodu, które przedstawiam czytelnikom.

Dawne dzieje zna najlepiej prof. Zbigniew, posiadacz zachowanych dokumentów. Z dokumentów zaś wynika, iż Orłowscy pochodzili z Mazowsza i po bitwie pod Płowcami, tj. w połowie XIV wieku, otrzymali herb Lubicz. Kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Torunia znajduje się miejscowość o tej nazwie, nad rzeką Brdą, która ponoć dawniej nazywała się Luba. Nieco dalej niż Jezioro Orłowskie i miejscowość Orłowo.

Z tych to okolic część rodziny powędrowała za granicę, inna część na Podole i Wołyń, a przodkowie moich rozmówców osiedli na Wileńszczyźnie. Z mroków historii wyłania się Siemion Orłowski, żyjący w ziemi mińskiej, ojciec pięciu synów, wśród których był w prostej linii ich pradziad. Dziadek zarządzał dobrami Tukałłów, ale w latach 80. XIX wieku zamieszkał w Wilnie, dając początek inteligenckiej, a w następnym już pokoleniu uczonej tradycji rodu.

POLACY KSZTAŁCENI W IMPERIUM

Trzej bracia: Witold, Zenon (ojcowie trójki dzisiejszych profesorów) i Mieczysław, ukończyli w Wilnie gimnazjum realne, po czym na dalsze nauki wywędrowali do Sankt Petersburga, aby je pobierać na Wydziale Lekarskim Carskiej Wojskowej Akademii Medycznej. Była z nimi jeszcze siostra Marysia, w przyszłości stomatolog. Najlepiej uczył się Witold i on zawsze pierwszy odpowiadał na egzaminie, co z reguły powodowało, iż pytający trzeciemu z braci stawiał równie dobry stopień, przyjmując, że skoro razem się uczyli, tyle samo umieją.

Najmłodszy Zenon zachorował podczas studiów na gruźlicę, wysłano go więc do kaukaskich uzdrowisk na leczenie klimatem i... kumysem. Wyleczył się, ale zakaził pasją balneologiczną na całe późniejsze lekarskie życie. Starszy brat Witold również praktykował przez pewien czas w tych stronach i tam poznał przyszłą żonę Alinę Trzeciakowską.

Ukończywszy studia Zenon Orłowski służył w wojsku i, zapewne w mundurze, walczył z epidemią cholery w Azji Środkowej. W 1906 roku wrócił do petersburskiej kliniki chorób wewnętrznych, znakomitej wówczas placówki naukowej, gdzie zrobił doktorat.

W rosyjskim środowisku akademickim młodzi Polacy nie tracili nic z patriotycznego wyposażenia, jakie wynieśli z domów. Dr Zenon Orłowski organizował w Rosji polskie towarzystwa lekarskie, a publikując prace naukowe po rosyjsku dbał, by ukazywały się również w krakowskim „Przeglądzie Lekarskim”. Opowiadał się głośno za niepodległością Ojczyzny, co naraziło go na uwięzienie przez CzeKa. Do kraju wrócił po pokoju ryskim w roku 1922, już jako docent (zostawiając na pół roku żonę), aby niemal natychmiast objąć katedrę, a nieco później klinikę w reaktywowanym przez Piłsudskiego Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. uniwersytet mieścił się w tym samym gmachu, gdzie przedtem gimnazjum, które ukończyli trzej bracia Orłowscy.

Najstarszy, Mieczysław, również uzyskał rosyjski dyplom. Wyspecjalizował się w dermatologii oraz wenerologii i był, w Polsce, lekarzem wojskowym, dzieląc czas między medycynę i... muzykę operową, najczęściej słuchaną z płyt, których miał imponującą kolekcję.
Podczas mojego spotkania z potomkami tamtych trzech braci, absolwentów carskiej uczelni, profesorów w Drugiej Rzeczpospolitej, słyszałam kilkakroć, że wzorem cnót i zasług jest Witold, zarówno w swej lekarskiej rodzinie, jak dla kolejnych pokoleń lekarzy, których kształcił sam albo poprzez swoje fundamentalne dzieło.

Gdy miał 25 lat i podobnie jak brat Zenon pracował w petersburskiej klinice, zwolniła się katedra interny w Kazaniu, gdzie był drugi pod względem poziomu i znaczenia rosyjski uniwersytet. Papiery na konkurs wysłała żona, Witold Orłowski katedrę otrzymał. W Kazaniu urodził się jego syn Tadeusz, który ze wzruszeniem opowiadał o tym, jak akurat w swoje 70. urodziny miał wykład w uniwersytecie kazańskim, a potem pokazano mu dawną klinikę ojca i jego gabinet.

Prof. Orłowski junior twierdzi stanowczo, że nie był nigdy społecznikiem, jak jego ojciec, który – na przełomie XIX i XX wieków – dla licznej w Kazaniu grupy „ewakuowanych” z Kongresówki Polaków założył towarzystwo kulturalne, dzieciom zorganizował szkołę, chorych sam leczył. Po rewolucji musiał uciekać przez Syberię i Japonię. Długo jeszcze w Polsce zdarzało mu się krzyczeć przez sen. matka uspokajała dzieci: – Cicho, cicho, Bolszewicy się śnią.

Społecznikowskie pasje przywiózł ze sobą i rozwinął w niepodległej Polsce. Za jego sprawą uznano gruźlicę za chorobę społeczną, dla której zwalczania wiele zrobił. Zajmował się naukowo chorobami stawów upatrując profilaktykę w wychowaniu fizycznym – zakładał poradnie WF.

Witold Orłowski zawsze interesował się nowościami w medycynie. Pierwszy w Rosji robił odmę leczniczą, pierwszy zajął się diagnostyką radiologiczną, a także różnymi innymi metodami leczenia. Do jego dziedzictwa syn chętnie się przyznaje, kontynuując je.
Trzeba wiedzieć, że prof. Tadeusz Orłowski jest specjalistą w zakresie interny, nefrologii oraz transplantologii. Z tych dziedzin ogłosił ponad 160 prac, dla ich rozwoju działał i działa w towarzystwach specjalistycznych oraz komisjach PAN, której jest członkiem. O wszystkim tym mówi nader lakonicznie, ciągle kierując uwagę ku osobie największego w rodzie lekarza i uczonego.

SYN SWEGO MISTRZA

Profesor powiada, że gdyby zliczyć jego synowskie kontakty z ojcem, rozmowy, które nie miały związku z medycyną, zebrałyby się nie więcej niż 2-3 tygodnie. Terminowanie u Witolda Orłowskiego trwało wiele lat. – Nie powiem, że chciałem być lekarzem. Miałem być lekarzem i od dawna wiedziałem, że będę. Trudno się dziwić – byli nimi dziadek, ojciec, stryjowie, ciotka, dwoje dzieci stryja Zenona, uczestniczący w rodzinnym spotkaniu ze mną, a także w kolejnym pokoleniu syn prof. Zbigniewa Orłowskiego.

Trójka rodzeństwa prof. Tadeusza, dzisiaj seniora rodu, jest różnorako powiązana z medycyną. Najstarsza siostra ukończyła SGGW oraz germanistykę w uniwersytecie, wyszła za lekarza, późniejszego profesora fizjologii i napisała podręcznik niemieckiego dla studentów Akademii Medycznej. Brat chemik pracował w farmaceutycznej firmie MOTOR i m.in. zsyntetyzował polską aspirynę, zwaną przed wojną motopiryną. Młodsza siostra, idąc w ślady ciotki, uzyskała dyplomy lekarza i stomatologa, po czym była chirurgiem stomatologicznym.

Niepodobna rozdzielić wpływów ojca na syna między te, które kształtowały przyszłego lekarza, przyszłego dociekliwego badacza i te, które formowały postawę wobec świata, własnego społeczeństwa, państwa, poglądy polityczne, zapatrywania na organizację ochrony zdrowia i organizację badań naukowych. – Nas wychowywano nie gadaniem, tylko przykładem. Jeżeli ojciec miał gdzieś być czy coś zrobić o siódmej, to znaczyło o siódmej, a nie dziesięć minut później albo pięć minut wcześniej. Jeżeli się go obserwowało przez kilkadziesiąt lat, jak ja, to przestało przychodzić do głowy, że może być inaczej. Jego wskazówki były takie: – Patrz, co robisz, bądź konsekwentny.

Rodzice zaszczepiali wszystkim moim rozmówcom cnoty najbardziej elementarne, nad których nazwaniem trzeba się namyślić, ale praktykowanie ich samo przychodziło. Tadeusz był i studentem, i asystentem Witolda Orłowskiego. Do dziś pamięta uwagę z lekcji diagnostyki o tym, że żebro nie ma „granic”, jak się wyraził, ale brzegi. Absolutna precyzja, jakiej się od ojca nauczył, przeszkadza dzisiejszemu profesorowi w życiu, ponieważ bierze on dosłownie to, co ludzie mówią. Przeszkadza czasem również wpojony przez matkę nawyk szukania winy w sobie, kiedy zdarzy się konflikt z innymi. Cała trójka profesorów macha w tym momencie rozmowy rękami, stwierdzając unisono, że wszystko to są banały: – Porządny człowiek tak postępuje i koniec.

Ich pokolenie wychowało się w zasadach deontologii lekarskiej, jakie Orłowscy wynosili z rodzinnych lekarskich domów. Uczyło się interny (to główny przedmiot na studiach medycznych) z podręcznika, który stał się słupem milowym w dziejach polskiej medycyny. Prof. Olga Mioduszewska mówi, że było to nie tylko kompendium wiedzy o chorobach wewnętrznych, obejmujące „taką całość, jaka wtedy była możliwa”, ale także wspaniały wzór systematyczności w jej przedstawianiu, porządkowaniu wedle wyrazistych schematów, ogromnej rzetelności, która przecież jest jedną z najpierwszych w katalogu cnót lekarskich. – Biorąc tę książkę do ręki czułam ogrom pracy, jaką stryj w nią włożył. Stryj-profesor kolejne tomy swego dzieła pisał odręcznie, maczkiem, poprawiając niezliczoną ilość razy.

KLIMATY DOMOWE

Zdaniem syna, Witold Orłowski miał poglądy raczej lewicowe. Stwierdzenie to uzupełnia natychmiast dodając, iż ani ojcowskie, ani jego własne, po ojcu przejęte, nie miały nigdy nic wspólnego z komunizmem. W tym momencie spotkania zaistniała drobna różnica zdań między stryjecznymi braćmi, z których Zbigniew, wywieziony po wojnie do ZSRR, ma wobec wszelkiej lewicowości rezerwę. Zdaniem pierwszego, w demokratycznym ustroju każdy z obywateli zrzeka się części swoich przywilejów na rzecz państwa, które wobec tego jest zobowiązane obywatelom świadczyć, zapewniając m.in. opiekę lekarską, niekoniecznie każdemu bezpłatną – w sytuacji, kiedy państwo jest biedne.

Ojcowie obu, jak całe tamto pokolenie, byli uwikłani w politykę, choć każdy z nich inaczej. Witold – poprzez działania na rzecz poprawy warunków życia z niepodległej Polsce, na tym polu, jakie sam uprawiał, tj. leczenia i zapobiegania chorobom. Polityką sensu stricto się nie interesował. Jego brat Zenon zaangażował się w protest intelektualistów przeciwko procesowi brzeskiemu. Podpisał list otwarty, za co władze sanacyjne zamknęły mu klinikę w Wilnie, nie mogąc pozbawić profesury, gdyż ta była dożywotnia.

Córka, prof. Olga Mioduszewska rozróżnia starannie komunizm i socjalizm dający się godzić z zasadami demokracji. Wyniosła to z domu, gdzie z ojcem, dużo starszym od matki (gdy się urodziła, miał 57 lat), niewiele się rozmawiało, ale jego słowa trwale zapadały w pamięci. Uczył swoje dzieci, że ważniejsze niż cały Dekalog jest przykazanie nakazujące kochać ludzi. Skutecznie uczył, gdyż tej właśnie idei przypisuje pani profesor swój wybór medycyny na życiową drogę. I dopowiada: – Jakaś głęboka przyzwoitość, jeśli ją mam, to jest od ojca.

Matki to wszakże w domach Orłowskich codziennym przykładem i troską o dochowywanie wierności ideałom formowały młode pokolenie. Żona Witolda, z ziemiańskiej rodziny Trzeciakowskich, była monarchistką, co jednak nie powodowało konfliktów, a ożywiało rodzinne dysputy.

Matkę Olgi i Zbigniewa doc. Zenon Orłowski przywiózł z Rosji, wywołując niejakie zgorszenie. Mówiła, że ma niedokończone studia medyczne, ale dzieci znalazły dokumenty świadczące, iż była starszą położną. Do końca życia miewała kłopoty z polszczyzną i rosyjski akcent. Nigdy nie wyrzekła się prawosławia, ale odmawiała z dziećmi pacierz, śpiewała Wszystkie nasze dzienne sprawy, a polskich kolęd oraz wierszy Olga z domu zna więcej niż jej chwalący się polskością rówieśnicy. Na pasterkę i rezurekcję oboje szli z ojcem do kościoła św. Kazimierza, dumni, że prowadzą go za ręce, a kiedy kapeluszem kłania się znajomym, przytrzymują laskę.
Z miłości do ludzi, której uczył dzieci, w naturalny sposób brała się tolerancja. Zbigniew pamięta, jak ojciec karcił go – ucznia jezuickiego gimnazjum – za uszczypliwe uwagi pod adresem matczynej niekatolickiej wiary.

Moja rozmowa z trójką profesorów Orłowskich była niemal cała wspominaniem pokolenia ich ojców, przede wszystkim wielkiego internisty Witolda. A każdy z tej trójki ma wiele osiągnięć (o Tadeuszu usłyszałam najwięcej), duże grono uczniów, przede wszystkim zastępy pacjentów, którym przywrócili zdrowie lub uratowali życie. Mimo emerytalnego wieku wciąż pracują: prof. Mioduszewska w Instytucie Marii Skłodowskiej-Curie Centrum Onkologii w Warszawie, prof. Tadeusz Orłowski w Instytucie Transplantologii AM w Warszawie, Zbigniew w łódzkiej Akademii Medycznej, zajmując się nefrologią oraz, jak jego ojciec, balneologią. Po śmierci ojca uporządkował i w znacznej mierze napisał na nowo jego niedokończony podręcznik z tej specjalności. Miał – szczęśliwie – możność nie tylko korzystania ze wspaniałego wzoru, jakim jest Interna Witolda Orłowskiego, ale również uciekania się w potrzebie do stryjowskich porad, których ten nigdy nie skąpił.

Używamy, na ogół z żalem, określenia: lekarz-humanista. Z żalem, bo w przeświadczeniu, że takich lekarzy już nie ma. Używamy tego określenia czasem trochę fałszywie, w mniemaniu, iż lekarz-humanista to ktoś, kto czyta literaturę piękną, chodzi na koncerty i wystawy. Podczas rozmowy z Orłowskimi nie dowiedziałam się o hobby żadnego z nich. Usłyszałam natomiast od prof. Tadeusza o podręczniku jego ojca (ten motyw stale wracał), że idea była zupełnie oryginalna. Każdy z tomów, poświęconych chorobom jakiegoś narządu, składał się z dwóch części – jednej ogólnej, zawierającej metody badania, rozpoznawania, zasady leczenia itd. oraz drugiej szczegółowej. Pierwszej trzeba się było nauczyć, do drugiej zaglądać w miarę potrzeby. Autor powtarzał synowi, zarazem swemu asystentowi, żeby zawsze szedł od książki do chorego i od chorego do książki. Nieustanne przemierzanie tej drogi jest zadaniem lekarza-humanisty.
Myślę, że dobrze zrobiłam oddając młodym medykom podręcznik interny Witolda Orłowskiego, z notatkami na marginesach mojego ojca. Mają do dyspozycji bardzo nowoczesne książki naukowe i takież opracowania z zakresu etyki swego zawodu. Osobno. W ośmiu, trochę pożółkłych tomach zawarta jest wiedza o tym, jak leczyć ludzi.

Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Programie BIS Polskiego Radia SA w kwietniu 2000 roku.

Komentarze