Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 1/2002

Ciuciubabka
Poprzedni Następny

Szkiełko w oku

Piotr M?ldner-Nieckowski

Fot. Stefan Ciechan

Znowu złapałem się na tym, że w myślach pochwaliłem albo pogrążyłem tego czy owego, że mi się coś spodobało lub nie, bo wydałem opinię, kierując się chwilową niechęcią albo nieusprawiedliwionym zachwytem. Co chwila w wyobraźni dokonują się jakieś wybory, układanie porządków, stawianie jednego wyżej a drugiego niżej, przymierzanie wielu wartości do jednej lub odwrotnie. To zostawia ślady w postaci wypowiedzi ustnych i, co gorsza, pisemnych. Dlatego potem przychodzą listy, np. elektroniczne, w których można przeczytać ocenę jakiejś swojej oceny. Właśnie przeczytałem jedną z nich, niestety króciutką: „Zgadzam się z tym, co pan napisał w felietonie. Dr B.K.”. Nie wiem, w którym felietonie, zupełnie się nie domyślam, o czym dr B.K. chciał mnie uwiadomić ani kto się kryje za tymi inicjałami, jednak zawsze to przyjemnie zobaczyć pochwałę pod swoim adresem. Pochwałę, świetnie, ale czy prawdziwą? Czy takiego listu przypadkiem nie trzeba znowu oceniać? Może to nie pochwała, ale chwilowy impuls radości? Skoro nie podano sprawy i schowano się za kryptonimem, to może raczej chodziło o przyganę: „Wszystko, co pan pisał do tej pory, było kiepskie”? Myśl zaczyna błądzić wokół nieznanego, penetruje dno cudzej koncepcji i dobudowuje nieistniejące znaczenia – czasem z lęku, czasem na skutek podrażnienia ambicji, a niekiedy po prostu dlatego, że taki rodzaj niedopowiedzenia bulwersuje.

Codziennie stykamy się z ocenami, których nie rozumiemy, ale które mają na nas ogromny wpływ. Dopiero co szukałem opinii o moim nowym samochodzie, który mi się szalenie podoba, wszedłem więc na odpowiednią stronę motoryzacyjną w Internecie i przeczytałem kilka sensownych i dla mnie miłych ocen (bo pozytywnych). Natknąłem się też na taką: „Witam. Odradzam kupno tego samochodu. I tyle. Waldek”. Właściwie powinienem był odrzucić ten anonimowy, bzdurny tekst i zająć się innymi, ale właśnie on mi utkwił w pamięci jak zadra. Zaraz potem czytam jakąś gazetę, a w niej wiadomość o wynalezieniu lasera o niebieskim świetle i zwięzły, jednozdaniowy komentarz pewnego znanego naukowca: „Zasługą autorów jest to, że wyprzedzili innych badaczy z firm zachodnich”. I tyle. Wkrótce w dziale kulturalnym jednego z tygodników znajduję minirecenzję książki Janusza Wiśniewskiego „Samotność w sieci”: „Jest to najlepsza powieść, jaka w ostatnich latach ukazała się po polsku”. Też: i tyle.

Tak co krok. Rzadko spotyka się pogłębione analizy, zestawienia argumentów, polemizowanie, za to coraz częściej zdawkowe, ale psychologicznie znaczące wypowiedzi, które działają jak reklama. Żadnej z powyższych wypowiedzi nie powinno się akceptować, wszystkie wydają się z gruntu kłamliwe, a jednak właśnie nimi nas się karmi, wyręczając w wyciąganiu wniosków. I, trzeba przyznać, to działa. Zaczynam podejrzliwie patrzeć na moje ukochane, nowiutkie auto. Przestaję się zachwycać krótkofalowym laserem i zazdroszczę wynalazcom wielkiej kasy, którą zgarną za tempo działania (nie za osiągnięcie!). W księgarni bez trudu wyłowiłem wzrokiem nudziarską „Samotność w sieci”, choć obok leżały książki naprawdę dobre. Odruchy zostały zaprogramowane skutecznie, nie ma co.

Czasem trafi się nawet chwyt rodem z serii dowcipów o radiu Erewan, choć wcale nie żartobliwy. W okresie szycia butów Lechowi Wałęsie jedna z gazet wyprodukowała notatkę zatytułowaną „Wałęsa spaceruje po Oliwie w szlafroku”. Tytuł bił w oczy. W treści informacji drobnym drukiem napisano, że prezydent w niedzielę po zmroku lubi wyjść do swego ogrodu w szlafroku, żeby przemyśleć sprawy, jakie go czekają w nadchodzącym tygodniu. Spacerował po Oliwie? Tak, bo jego dom stoi właśnie w tym mieście. W szlafroku? Trudno zaprzeczyć. A więc tytuł jest prawdziwy? Bez wątpienia. A jednak była to manipulacja, bo, jak łatwo się domyślić, więcej ludzi przeczytało nagłówek niż treść po nim następującą i Wałęsa po raz kolejny wyszedł na durnia. Wyszkoleni dziennikarze wiedzą, że informacje należy budować według schematu zwanego odwróconym trapezem (dłuższą podstawą, czyli najważniejszą wiadomością do góry). Zapamiętywanie konkluzji tekstu gazetowego odbywa się odwrotnie niż w rozmowie, której podsumowanie należy do ostatniej osoby, która je wypowiedziała. Czytelnik chętniej zapamiętuje bowiem to, co zobaczył na początku, często artykułu nie czyta do końca, a zdarza się, że wcale.

Ponieważ już to wszystko wiem, rozpoznałem prawdziwe zagrożenia ze strony mediów i pojąłem, jak próbuje się mną sterować, powinienem też wiedzieć, co robić, żeby się uchronić przed wciskaniem ciemnoty. Doświadczenie nakazuje podchodzić do współczesnych anonsów z ogromną nieufnością. Wciąż jednak się okazuje, że to nie takie proste. Jestem bowiem na celowniku nie tylko w mediach. Jeśli w sklepie na produkcie przyklejono cenę „99,99”, to dla mnie nie jest to już „100”, ale wręcz „90”, a zanim się zorientuję, że ktoś nabija mnie w butelkę, już tę rzecz kupiłem i wyszedłem ze sklepu.

Rodzi się więc pokusa, żeby postępować tak jak socjotechnicy, specjaliści od kreowania wizerunków i reklamy. Informacja powoli przestaje być pojęciem etycznym, przeradza się w narzędzie robienia kariery i (albo) pieniędzy. Politycy uczą się wpływania na tłumy za pomocą pozornie mało znaczących gestów, dziennikarze preparują wieści tak, żeby wbić ludziom do głowy jakieś szczególne poglądy, twórcy sprytnie pomniejszają dorobek konkurentów, handlowcy przydają swoim towarom cech, których nie mają, słowem nieźle się wszyscy bawią.

Nie ma co ukrywać, to rodzaj ciuciubabki, której istotą jest ciemna opaska na oczach. W najlepszym razie końskie okulary. Kiedy pewnego dnia spróbujemy zerwać przesłonę z twarzy, zobaczymy, że świat jest zupełnie inny niż nam się przedstawiał. Ale wtedy może być już za późno, może się okazać, że rozumiemy jedynie proste komunikaty, a nasze asertywne dzieci na wołanie o pomoc z podniesionym czołem odpowiedzą „Nie!”. I tyle.
 

E-mail: pmuldner@mp.pl

Komentarze