Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 3/2002

Wycieczka na Marsa
Poprzedni

Na marginesach nauki

Leszek Szaruga

Fot. Stefan Ciechan

 Już zaczynało wyglądać, że wycieczkę na Marsa odłożono na czas nieokreślony, że zatem zostaniemy na naszej planecie, a co najwyżej podrepczemy sobie po powierzchni naszego naturalnego satelity. A przecież perspektywa marsjańskich podróży to perspektywa Wielkiej Przygody i pionierskiego wysiłku. Oczywiście, Księżyc to też coś, czym pogardzić się nie da, ale Czerwona Planeta kusi od dawna, także pisarzy. I oto czytam: „Pierwsza wiadomość od sondy Odyssey na orbicie Marsa: – Widzę sporo wody zamrożonej płytko w gruncie w postaci zmarzliny. Zwiększa to szanse na znalezienie życia, ułatwi też załogowy lot na Czerwoną Planetę – komentują naukowcy”. Sądzę, że komentują nieco inaczej: powiadają zapewne, że obecność wody na Marsie nie tyle „ułatwi” lot załogowy, co stanie się bodźcem, impulsem przyspieszającym jego zorganizowanie. Woda oznacza, jeśli nie istnienie życia na Czwartej Planecie, to możliwość jego na niej zakorzenienia – a to zarysowuje perspektywę obniżenia ewentualnych kosztów eksploatacyjnych i realnych zysków już nie tylko w skali jakiegoś kraju, lecz całego człowieczeństwa. O tym, jak wielowymiarowe mogą być te zyski, pisano wielokrotnie, nie ma zatem do czego wracać.

Gdy to piszę, zdaję sobie nagle sprawę z tego, że posługuję się pierwszą osobą liczby mnogiej: zostaniemy, podrepczemy... Ale wydaje mi się, że do pewnego stopnia jest to uprawnione. Dawne Wielkie Wyprawy mogły być przedsiębrane przez małe grupy lub nawet przez pojedynczych ludzi. W wymiarze naszej planety wciąż takie przygody są możliwe i nikt nie powiedział, że osiągnięcie bieguna czy wdrapanie się na najwyższy szczyt, a nawet zejście w najbardziej otchłanne głębiny to „mały krok człowieka, ale wielki krok ludzkości”. Tymczasem z wyprawami kosmicznymi tak właśnie jest. Cały świat w jakiś sposób w tych przedsięwzięciach uczestniczy. Do wyprawy na marsa, jak słyszę właśnie w radio, przygotowują się także Polacy: oto grupa młodych konstruktorów próbuje, na bazie poczciwego, starego samochodu ciężarowego, produkowanego niegdyś w Starachowicach, zbudować prototyp marsjańskiego wehikułu, co może nawet zakończyć się sukcesem – przez pierwszy etap „eliminacji” autorzy już przeszli.

Jak na nasze warunki, nieźle. W garażach, w kuchniach, w różnych zakątkach czasem dalekich od potężnych warsztatów, hal montażowych czy kosztownych laboratoriów powstają rzeczy nowe, czasem dziwaczne, niekiedy zdumiewające. Jedną z takich sensacji wynalazczości kuchennej była w zeszłym roku wiadomość o tym, że jednemu z naszych rodaków udało się skonstruować pocisk skutecznie obezwładniający, ale nie eksplodujący, zatem możliwy do użycia w samolotach przeciw terrorystom. I co? Dalszego ciągu tej informacji nie ma. Jednodniowy news, który przepadł w natłoku kolejnych wieści? Szkoda. Strasznie nam potrzebny jakiś sukces. (Tym razem pierwsza osoba liczby mnogiej już w innym znaczeniu: my – Polacy.) Tymczasem to jeden człowiek. Dorobił się na tym? Przeszedł przez wszystkie biurokratyczne zawiłości urzędów patentowych? Ktoś podjął się produkcji tych pocisków? Cicho wszędzie, głucho wszędzie. Czeska komedia „Nikt nic nie wie”. A przecież, jeśli to rzeczywiście taki wielki wynalazek, jak można by sądzić z pierwszych doniesień, jakiś ciąg dalszy winien nastąpić.

Miejmy też nadzieję, że nastąpi dalszy ciąg historii związanej z przekonstruowaniem naszego stara. Myślę, iż prawdopodobieństwo uczestnictwa takiego pojazdu w marsjańskiej wyprawie jest średnio lub wręcz mało prawdopodobne, wszakże cieszy sam fakt obecności polskich konstruktorów w technicznych zmaganiach. Czytam o tym z uwagą, choć jest to dziedzina niezwykle odległa od tej, którą sam uprawiam. To, co mnie tu naprawdę interesuje, to przede wszystkim odwaga wyobraźni ludzi, którzy, wiedząc, że startują do „wyścigu” z pozycji raczej nie wróżących sukcesu, nie rezygnują z własnych aspiracji, podejmują wyzwania czasu i potrafią przezwyciężyć ograniczenia, jakie wynikają z ogólnego niedorozwoju technicznego kraju. Nie oni jedni zresztą. Rzecz bowiem w tym, iż nie sam sukces jest tu ważny, ale po prostu dążenie do maksymalnego wykorzystania skromnych możliwości, jakimi dysponujemy.

Mars jest wyzwaniem dla wyobraźni. Jest jednak już nie tylko domeną literackiej fantastyki, lecz także pewną realnością. Zbyt wielkie pieniądze i zbyt wiele środków zaangażowano w marsjański program, by można było go bez niezwykle poważnych przyczyn zarzucić. Ale Mars jest też do pewnego stopnia symbolem wszystkich wyzwań, jakie stają przed człowiekiem. Jest wyrazistym wskazaniem, iż „niemożliwe” przekształcić można w „możliwe”. I zmienia sposób myślenia o ludzkich aspiracjach. Dowodem na to moja niedawna, przyziemna niezwykle, podróż autobusem. W pewnym momencie władowała się doń spora grupa dzieci ze szkoły podstawowej. Wrzask, hałas – jak zwykle, ale w tym harmiderze dzieci o czymś ważnym rozmawiały. O tym mianowicie, jaka je czeka przyszłość, jakie mają marzenia. Podsłuchiwałem trzech chłopców, którzy dyskutowali o tym, jak zostać kosmonautą i do jakich odległych miejsc w kosmosie będą w przyszłości podróżować. Nie opowiadali sobie treści przeczytanych powieści. Rozmawiali o własnym życiu, o swoich aspiracjach. To, oczywiście, naiwne. Z drugiej jednak strony uświadomiłem sobie, że ja w ich wieku nie tylko takich marzeń nie miałem, ale i mieć nie mogłem. W ciągu bez mała połowy stulecia sfera realności ludzkich doświadczeń uległa olbrzymiemu przeobrażeniu. Dla tych dzieci kosmos jest już w zasięgu ręki. I, myślę, warto zdawać sobie z tego sprawę. Ich wyobraźnia zupełnie inaczej funkcjonuje, a osadnictwo na innych planetach traktują jako coś zwyczajnego, co i im się może – najzwyczajniej w świecie – przydarzyć. I pewnie się przydarzy. Czego im, rzecz jasna, zazdroszczę.

Komentarze