Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 3/2002

To tylko sonda
Poprzedni Następny

Szkiełko w oku

Piotr M?ldner-Nieckowski

Fot. Stefan Ciechan

Kilka lat temu ogłoszono bulwersujące wyniki badań wiedzy i umiejętności odczytywania i rozumienia tekstów przez obywateli kilku krajów, m.in.: Kanady, Niemiec, Szwajcarii, Szwecji, Holandii, Polski, USA.* W zeszłym roku podano do wiadomości wyniki podobnych badań, a że nie różniły się one znacząco, można przyjąć, że stan wykształcenia w naszym kraju jest dość stabilny. Prasa nie omieszkała tych wniosków zamieścić, ale zostały one, delikatnie mówiąc, zanadto złagodzone i pozostały bez echa.

Badania przeprowadzono na bardzo dużej populacji (w Polsce testy były reprezentatywne dla 24 mln osób), dlatego ich wiarygodność jest niepodważalna. Okazało się, że ponad 42 proc. Polaków w ogóle nie potrafi przeczytać i zrozumieć treści artykułu prasowego, utworu prozatorskiego i wiersza. W innych krajach grupa analfabetów obejmuje od 7,5 proc. (Szwecja) do 21 proc. (USA). Tylko 3,1 proc. naszych rodaków jest w stanie przeczytać i w pełni zrozumieć teksty poglądowe, artystyczne lub naukowe.

Jeszcze gorzej jest w grupie tekstów informacyjnych, np. rozkładów jazdy, planów pracy, map, tabel, wykresów itp. Szwecja ma tu 6 proc. analfabetów, Szwajcaria i Kanada 18 proc., a Polska aż 45,5 proc. Liczba osób umiejących skorzystać z mapy w Polsce jest większa niż w grupie tekstów literacko-dziennikarskich, wynosi 6 proc. Autorzy uważają, że jest tak dzięki zmianom polskiego systemu polityczno-ekonomicznego, które wymusiły dokształcanie zawodowe.

Podobnie kształtują się wyniki badań rozumienia i umiejętności wykorzystania prostych operacji arytmetycznych, zawartych w zamówieniach handlowych, propozycjach finansowych (np. w reklamach), bilansach przychodów i wydatków itp. Aż 40 proc. Polaków przyjmuje wszystko na wiarę, a dokumenty wypełnia źle. W żaden sposób nie potrafią ocenić przedstawianych liczb, wzorów (np. w PIT-ach) i rachunków. Tylko 7 proc. biegle daje sobie z tym radę. Na drugim miejscu, ale zachowując duży dystans do Polski, znalazła się Kanada z wynikami odpowiednio 17 i 22 proc.

Badania uwzględniły także podział na stopień i rodzaj zatrudnienia i wykształcenia. Np. polscy studenci mają wyniki aż 12 proc. na poziomie analfabetyzmu i tylko 6 proc. na poziomie najwyższym. Słuchać hadko, tym bardziej że zagranica nagłaśnia te dane. „Financial Times” w kółko posługuje się nimi jako argumentem ekonomicznym.

Nie dziw, że pewien wspaniały nauczyciel uczył mnie sztuczki, którą nazwałbym „prowadzeniem przez telefon”. Polegała ona na takim przedstawianiu problemu, sytuacji albo wiadomości, żeby odbiorcy bez najmniejszego trudu rozumieli moją wypowiedź i na pewno umieli ją wykorzystać. Doświadczony inteligent już wtedy rozumiał, że wiadomość nie jest tylko kompletem niezbędnych danych (co wydaje się oczywiste), ale że koniecznie musi być uzupełniana informacjami sterującymi. „Inaczej zawsze ktoś coś zepsuje albo przeinaczy”, mówiło się. Jeśli więc mamy podać adres, to trzeba do tego dodać szczegóły identyfikacyjne, np.: „to jest na rogu ulic takich i takich, naprzeciwko takiego to a takiego baru, w dzielnicy takiej i takiej, piechotą idzie się tyle a tyle, a tramwajem jedzie tyle”. Słyszało się też, że ówczesna władza skrupulatnie pilnuje deprymującego systemu edukacji, który ma oduczać Polaków orientacji w czasie i przestrzeni. Może to konstatacja zbyt daleko idąca, ale coś w tym jest, skoro po 50 latach rządów komunistycznych tak bardzo zostaliśmy w tyle. Dzisiejszy marszałek Senatu pan Longin Pastusiak był łaskaw rok temu przypomnieć sukcesy PRL w wydobywaniu kraju z analfabetyzmu, ale zapomniał dodać, że nie wytrzymują one porównania z osiągnięciami zgniłego Zachodu.

Kiedy pytam osoby pracujące w ośrodkach decyzyjnych telewizji publicznej, dlaczego tak bardzo zmienił się program, dlaczego dominują kiepskie seriale i idiotyczne quizy, zawsze słyszę tę samą odpowiedź: bo widz (w radiu słuchacz) niczego innego nie rozumie i wobec tego nie akceptuje ('przełącza na inny kanał'), a badania oglądalności decydują o liczbie reklamodawców. Skoro tak, to żaden menedżer telewizyjny nie odważy się puszczać audycji literackich czy filozoficznych, ambitniejszej publicystyki, a nawet takich programów satyryczno-komediowych, jak niezapomniane 'Polskie zoo'. To za trudne! I rzeczywiście, jedna czwarta telewidzów z dowcipów Andrzeja Zaorskiego i Jerzego Kryszaka nie rozumiała ani słowa. Oglądano śmieszne lalki i zgadywano, kogo przedstawiają.

Księgarnie upadają jedna po drugiej (nie mówiąc już o hurtowniach książek), prawdopodobnie z tego samego powodu. Jeszcze niedawno biblioteczka w domu była powodem do chwały i ludzie nieczytający snobowali się na to, ale kiedy sprawa stała się publicznie bezsensowna, nikt już się w takie kolekcjonerstwo nie bawi. W domu powinna być tylko książka telefoniczna i encyklopedia zdrowia.

Przeprowadzona przed budynkiem Akademii Medycznej w Warszawie sonda telewizyjna pokazała studentów, którzy bez żenady mówili: 'nie czytam, bo mam dużo nauki pamięciowej, a moją ostatnią lekturą był podręcznik laryngologii'. To tylko sonda, do jej wyników może nie należy przywiązywać wagi, ale te pogardliwe uśmieszki i lekceważące wypowiedzi młodych inteligentów do ogólnopolskiej kamery naprawdę wiele mówią.

* „Literacy, Economy and Society”. Organisation for Economic Co-operation and Development, Statistics Canada, Paris-Ottawa 1995. Ze strony polskiej w badaniach brał udział zespół z Uniwersytetu Warszawskiego i Ministerstwa Edukacji Narodowej.

e-mail: pmuldner@mp.pl 

Komentarze