Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 7-8/2002

Rekrutacja
Następny

Felieton redakcyjny

Po 1989 roku szybkie tempo powstawania nowych szkół wyższych w Polsce dla jednych było powodem do dumy (tzw. polski fenomen edukacyjny), innym spędzało sen z powiek – niosło przecież ze sobą rzeczywiste obniżenie jakości kształcenia. Coraz większa liczba studentów kontentowała jednak niemal wszystkich, bo pnący się w górę współczynnik skolaryzacji wyraźnie wskazywał, że nadrabiamy straty wobec państw cywilizowanych. Oprócz maturzystów studiować chcieli i ci, którzy nie dostali się na studia dzienne w okresie reglamentacji miejsc w uczelniach, i pracujący, od których pryncypałowie domagali się podwyższania kwalifikacji. Skorzystały na tym nie tylko uczelnie państwowe, znacznie rozszerzając ofertę płatnych studiów zaocznych oraz wieczorowych i reperując w ten sposób swe nadwątlone niedofinansowaniem budżety, ale przede wszystkim cały legion szkół niepaństwowych, utrzymujących się z opłacanego przez młodych ludzi czesnego. W tym gwałtownym rozroście nie sposób było, oczywiście, uniknąć rozmaitych patologii: a to rozbuchanej wieloetatowości wśród kiepsko opłacanych nauczycieli akademickich, a to obfitości rozmaitych filii czy placówek zamiejscowych, otwieranych bez troski o poziom kształcenia, za to często niezgodnie z prawem, a to zwykłego naciągactwa. Lista grzechów jest dość długa.

Rynek edukacyjny zaczyna się chyba jednak stabilizować. Asumpt do takich dywagacji dają tegoroczne egzaminy wstępne na wyższe uczelnie, bowiem miejsc na studiach było więcej niż chętnych do studiowania. Niektóre uczelnie, zwłaszcza z grona niepaństwowych, obawiają się, że jak tak dalej pójdzie – a przed nami przecież niż demograficzny – będą musiały zniknąć z rynku. Czyżby oto zakończył się okres budowania i rozwoju infrastruktury akademickiej? Wygląda bowiem na to, że liczba szkół wyższych na kilometr kwadratowy kraju jest już wystarczająca, choć kolejka oczekujących na rejestrację nowych uczelni jest jeszcze długa. Nadchodziłby więc czas konkurencyjnej codzienności? Dyplom ukończenia studiów, jako taki, przestał być celem samym w sobie odkąd bezrobocie dotknęło również magistrów. To szansa na wzrost znaczenia jakości oferty dydaktycznej, atrakcyjności i prestiżu uczelni, przystępności opłat za usługi edukacyjne itp. Ilość powinna powoli zacząć przechodzić w jakość.

Działanie Państwowej Komisji Akredytacyjnej oraz środowiskowych komisji akredytacyjnych to szansa na podniesienie poziomu kształcenia. Podobnie wzmocnienie nadzoru MENiS nad uczelniami (zwłaszcza niepaństwowymi) i decyzja o możliwości samodzielnego tworzenia filii tylko przez uczelnie mające prawo doktoryzowania (choć szkoły niepaństwowe głośno mówią o nieuczciwej konkurencji). Wciąż gorącym tematem dyskusji pozostają środki budżetowe i zasady ich sprawiedliwego podziału między uczelnie. Powraca stale idea bonu edukacyjnego. Czy to oznacza, że polskie szkolnictwo wyższe pokonało już okres przejściowy?

Na pewno jednak jeszcze przez czas jakiś będziemy żyli w ciekawych czasach.

Marek Remiszewski

Komentarze