Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 11/2002

Priorytet
Poprzedni

Na marginesach nauki

Leszek Szaruga

Fot. Stefan Ciechan

 Jako człowiek już niemłody dziwię się niewielu rzeczom, a już najmniej politykom i urzędnikom państwowym. Przyzwyczajony jestem w dodatku do tego, że jeśli kogo los pokarał udziałem we władzy, na ogół oznacza to jego zgłupnięcie, czasem nawet gwałtowne. Podkreślam: na ogół, gdyż użycie w tym wypadku dużego kwantyfikatora byłoby zaprzeczaniem faktom. Niemniej, nawet w tych nielicznych wypadkach, gdy do zgłupnięcia nie dochodzi, z ludźmi dzieją się rzeczy dziwaczne i trudno wytłumaczalne. Być może nie potrafimy sobie zresztą pewnych spraw wytłumaczyć z tego prostego powodu, iż nie wiemy, jak działa mechanizm obejmowania władczego stanowiska. Zapewne dotychczasowy pretendent otrzymuje od właściwego urzędnika papiery z informacjami, o których ubiegając się o stanowiska nie miał najmniejszego pojęcia. I oto program, z którym startował w wyborach, okazuje się realny w nikłym procencie, gdyż zderzenie planów z realiami dotąd nieznanymi redukuje gwałtownie możliwość ich realizacji. Delikwent słyszy wówczas od fachowców: oto są wiadomości, które pan minister jako minister znać powinien. Na ogół są to wiadomości niejawne, stanowiące rodzaj tajemnicy państwowej. Tak przynajmniej to sobie wyobrażam.

Jak dotąd, po roku 1989 kolejni wysocy funkcjonariusze państwowi, szczególnie ci, którzy poszli w profesory, jakoś niewiele uwagi przywiązywali do spraw rozwoju nauki i oświaty. Pisałem tu o tym niejeden raz, złoszcząc się na brak zrozumienia faktu dla mnie dość oczywistego: że w sytuacji naszego kraju właśnie rozwój nauki i kultury winien być niekwestionowanym priorytetem. To nie znaczy, iż nie zdawałem sobie sprawy z potrzeb choćby wojska i policji, służby zdrowia czy jakiejkolwiek innej dziedziny naszego życia społecznego i państwowego. Jednakże myśląc o przyszłości przekonany byłem o tym, że jeśli mamy mieć szanse na stworzenie lepszych warunków naszej egzystencji, to właśnie poprzez inwestycje w dziedzinach, które stanowią podstawę rozwoju wszelkich innych, a do nich należą kultura i nauka. „Ucz się dziecię, ucz, nauka to potęgi klucz” – tak mi wmawiano od dzieciństwa. Aby się uczyć, nie wystarczą dobre chęci – konieczne jest stworzenie po temu odpowiednich warunków. Koszta poniesione na owych warunków stworzenie nie zwracają się z dnia na dzień, lecz dopiero po latach, a nawet dziesięcioleciach, co dla polityków zbyt atrakcyjne nie jest, gdyż rytm ich życia wyznaczają daty kolejnych kampanii wyborczych, w trakcie których miło jest pochwalić się wymiernymi osiągnięciami.

I oto „stał się cud pewnego razu...”. Profesor ekonomii, pełniący – po raz drugi zresztą – funkcję ministra od pieniędzy, uznał za priorytetowe wydatki na naukę i kulturę. Od ekonomii specjalistą nie jestem, wszakże ten pomysł pana ministra Kołodki wydaje mi się nie tylko przedni, ale będący dość ważnym precedensem w naszym życiu publicznym. Przyznam, że siedząc przed telewizorem i oglądając program, w którym ta rewelacja została ujawniona, myślałem, że śnię. I nie jest w tej chwili ważne to, jak dalece ogłoszenie wydatków na naukę i kulturę za priorytetowe ma się do możliwości zrealizowania zaproponowanego na rok przyszły budżetu państwa. Ważne jest, że w ogóle coś takiego zostało publicznie ogłoszone. Muszę przyznać, że prof. Kołodko mnie zadziwił. Byłoby dobrze, gdyby zechciał ujawnić publicznie, w jaki sposób udało mu się przekonać do takich priorytetów pozostałych członków gabinetu. Bo przecież – choć to z pewnością budżet autorski – ogłoszenie takich rewelacji publicznie było możliwe jedynie za zgodą całej ekipy.

Jak powiadam, na ekonomii się nie znam. Do tego stopnia, że musiałem zdawać komisyjny egzamin z przedmiotu zwanego „ekonomią polityczną socjalizmu”, który straszył na wszystkich kierunkach studiów. Teraz podobno ekonomię zrozumieć się da, lecz to już nie dla mnie – wolę analizować wiersze, co zresztą wcale proste nie jest. Muszę zatem wierzyć fachowcom. A tych jest u nas dostatek i każdy mówi co innego, jak to często wśród profesjonalistów bywa. Niektórzy z nich powiadają, że budżet wykreowany przez prof. Kołodkę jest nierealny, inni, ostrożniejsi, że jest zbyt optymistyczny. Ale to nie ma większego znaczenia, przynajmniej dla mnie, choć oczywiście życzę autorowi sukcesów (co nie zmienia faktu, że przyłączyłem się do protestu przeciw ustawie o abolicji podatkowej, z dwóch zresztą powodów: primo – jest to ustawa moralnie podejrzana, secundo – nie wierzę, że w tej postaci przyniesie dodatkowe wpływy do budżetu). Znaczenie ma dla mnie natomiast fakt ogłoszenia wszem i wobec, iż możliwe jest uznanie za priorytetowe wydatków na rozwój umysłowy i kulturalny społeczeństwa. Wielkie to naprawdę dzieło i sądzę, że dla tego jedynie faktu prof. Grzegorz Kołodko pozostanie na długi czas we wdzięcznej pamięci tych wszystkich, którym dobro Rzeczypospolitej na sercu leży. A przynajmniej powinien zostać, gdyż jak to u nas z ową wdzięczną pamięcią jest, to sprawa na osobną (psycho)analizę.

I żeby nie było niedomówień: mówię to całkiem serio. Nie ma bowiem dla mnie większego znaczenia, czy rządzi lewica, czy prawica, czy nawet centrum. Znaczenie ma tylko to, co i jak robi (pomijam tu, rzecz jasna, kwestię rozliczeń z przeszłością, odpowiedzialności za uczestnictwo w czynieniu zła – ta sprawa zresztą, o ile mi wiadomo, pana wicepremiera Kołodki nie dotyczy). W tym konkretnym zaś przypadku znaczenie ma fakt, iż jest to pierwszy wysoki urzędnik III Rzeczypospolitej, który oto powiedział, że państwo winno nakłady na naukę i kulturę uczynić swym priorytetem.

Komentarze