Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 12/2002

Dyskomfort
Poprzedni Następny

Życie akademickie

Biblioteki są niedoinwestowane, ale mogłyby lepiej wykorzystać 
swój potencjał, gdyby zwiększyły personel. 
Biorąc pod uwagę istniejące w nich płace, nie byłby to koszt nadmierny.

Janusz Dunin

Fot. Stefan Ciechan

Żyję z dydaktyki na stacjonarnych oraz zaocznych studiach uczelni państwowej i prywatnej. Od szeregu lat przeżywam dyskomfort: czy jest to w porządku, że biorę pieniądze nauczając tych, którzy nie zdobędą pracy w wybranych zawodach albo i wcale? Pocieszam się tym, że niektórzy moi słuchacze zostaną inteligentami i to jakoś zwiększy ich życiowe szanse.

MITY O BEZROBOCIU

W sprawie bezrobocia funkcjonuje kilka bałamutnych mitów. Pierwszy z nich mówi, że gdy wejdziemy do Unii, to sytuacja na rynku pracy zmieni się radykalnie. A przecie we wszystkich krajach Europy istnieje zagrożenie bezrobociem. Nasi pracownicy będą mogli szukać swojej szansy tylko wtedy, gdy będą znacznie lepsi od konkurentów albo od nich tańsi. Obie możliwości mogą budzić niepokój. Lepsi w międzynarodowej konkurencji będą zawsze nieliczni, stratę poniesie ten, kto ich wykształcił, i stracimy ich. Jeśli nasi absolwenci okazaliby się tańsi od innych mieszkańców Europy i wygrywali konkurencję z imigrantami, to zarobią sobie na niechęć tych, których z rynków wyparli oraz na wszelkie konsekwencje z tego płynące.

Drugim powszechnym mitem jest przekonanie, że można coś rozwiązać nauczając absolwentów, jak należy walczyć o miejsce pracy. Cała ta nauka sprowadza się do tego, jak się najlepiej zareklamować i wyeliminować kogoś z rynku. Nie zwiększa to zatrudnienia.

Trzecim mitem jest to, że narastający wyż emerytów wymaga zwiększenia roczników produkcyjnych, które zobowiązane są do utrzymania najstarszego pokolenia. A przecie, jeśli się nic nie zmieni, to na barki pracujących spadnie obowiązek wykarmienia również młodych bezrobotnych.

Sądzę też, że budzi wątpliwości wiara wielu ekonomistów, jakoby zasilając bogatych można było zmusić ich do zatrudnienia współobywateli. Wierzę, że badania psychosocjologiczne wykazałyby, że są oni (my?) bardziej skłonni tylko do wyjazdów zagranicznych i zakupów towarów z tzw. górnej półki, a więc nie wykonywanych krajowymi rękoma. Towarzyszy temu przekonanie, że lepiej brać od biednych, ci mają niewiele, ale jest ich więcej, więc jako płatnicy taksówkarze są lepsi np. od twórców estrady. Nie pamięta się przy tym, że mniej zasobni wydają swoje pieniądze na lokalnym rynku, płacą podatki, płacą je też sklepy i producenci, i tak się to jakoś toczy. W każdym razie wiara, że uda się żyć z handlu z zagranicą dusząc własny popyt, zdaje się jednak złudzeniem. Bankrutujące dziś masowo sklepy i firmy mego miasta nie tylko świadczą o upadku rynku, ale też tworzą atmosferę społecznego pesymizmu, za który przyjdzie kiedyś zapłacić. Nawet najlepsze wskaźniki makroekonomiczne mogą okazać się zawodne, gdy do ratowania społeczeństwa zabiorą się żwawi populiści. Bezrobocie staje się tykającą bombą.

Naturalnie nie wolno przedsiębiorstw, zwłaszcza prywatnych fabryk czy kopalni, namawiać do produkcji tego, czego nie da się zbyć.

PODZIELIĆ SIĘ PRACĄ

Społeczeństwo ma jednak w ręku środki do podniesienia jakości życia obywateli i równoczesnego zmniejszenia bezrobocia, i to nie najwyższym kosztem – a więc do zmniejszenia narastającej w kraju frustracji przez podwyższenie standardów pracy instytucji w taki czy inny sposób zależnych od władz. Sklepy, restauracje, kina, hotele i nawet ubikacje nabrały po reformach nowego blasku. Służba zdrowia, szkoły, biura, komunikacja zbiorowa, służby graniczne i wiele im podobnych działają źle i chyba niewiele się zmieniły od czasu PRL. Pozostają też pod ciągłym naciskiem, aby zmniejszyć w nich zatrudnienie. Produkują coraz nowych bezrobotnych, a tymczasem szkoły wyższe ciągle opuszczają specjaliści tych dziedzin. Miast zwiększenia zatrudnienia wierzy się, że parozłotowe podwyżki podniosą wydajność tych, którym udało się utrzymać na posadzie.

Warto podzielić się pracą i podnieść jakość instytucji, znieść kolejki i poprawić usługi. Na przykład sądzę, że w obecnych warunkach i cenach przejazdów, konduktor w każdym wagonie autobusu czy tramwaju podniósłby dochody przedsiębiorstw i ustrzegł przed kosztowną dewastacją sprzętu. Warto by też wprowadzić szerzej rozsądną politykę półetatów zamiast prac zleconych. Wielu ludzi, zwłaszcza żyjących w zasobniejszych rodzinach, zadowoliłoby to rozwiązanie. Również bezrobotni częstokroć zdecydowaliby się na takie rozwiązanie, dające pewność zatrudnienia i uprawnienia. Nawet jeśli ich dochody byłyby zbliżone do zasiłku. Nie wychodziliby z zawodu, utrzymywali ciągłość, zaliczali staże i nie tracili nadziei.

W dziedzinach, w których przygotowuję specjalistów, sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna. Czy może być dobra szkoła, w której dba się, by każda klasa miała przynajmniej 30 uczniów? Czy w szkołach nie powinno być pielęgniarek, lekarzy, dentystów, psychologów itp.? Znamienne jest, że pani minister przy skromnych podwyżkach, nie zapomina cichcem podnieść nauczycielskiego pensum i przygotować zwolnienia, które nasilą się wraz z niżem demograficznym.

Wiele placówek kulturalnych marnuje swoje możliwości, ponieważ brak personelu ogranicza ich działalność. Najlepiej znana jest mi sytuacja bibliotek. Są one niedoinwestowane, ale mogłyby lepiej wykorzystać swój potencjał, gdyby zwiększyć personel. Biorąc pod uwagę istniejące w nich płace, nie byłby to koszt nadmierny.

Setki tysięcy studiujących, uczących się w różnych systemach i często już pracujących ma utrudniony dostęp do książek. Pojawiają się rygorystyczne i nie zawsze w pełni uzasadnione ograniczenia wypożyczeń na zewnątrz, a równocześnie, z powodu braku etatów, biblioteki pracują w skróconym czasie. Jest to szczególnie uciążliwe dla studentów pracujących. Trzeba pamiętać, że wiele bibliotek uczelnianych na świecie działa piątek czy świątek od wczesnego rana do późnych godzin nocnych. Niektóre są czynne przez całą dobę.

Wolno nawet zdecydować się na obciążenie lepiej sytuowanej części społeczeństwa, jeśli da to w rezultacie poprawę usług społecznych i jakości życia. Sądzę, że dobrym przykładem służy koncept winiet na budowę dróg, który może nie tylko dać nieco kilometrów nawierzchni, ale też nowe miejsca pracy. Jest on bezlitośnie krytykowany, wraz z różnymi bezsensownymi pomysłami fiskusa, jako to liczenie obrazów na ścianie czy obciążanie dobrze ostatnio działających taksówek.

NAIWNA WIARA?

Nienowy jest pomysł, aby dawać państwu rady, co ma zrobić, bez wskazania, skąd brać środki ma określone cele. Łatwiej zmusić budżet do wydania miliardów na samolot, który nie obroni nas przed żadnym naprawdę istotnym zagrożeniem, a przyczyni nam niechętnych w Stanach Zjednoczonych albo we Francji czy w Anglii i Szwecji, niż przekonać niektórych, że tzw. budżetówka produkuje coś w istocie ważnego dla kraju. Wiara, że grosz dany na szkoły, naukę czy komunikację jest zmarnowany, zwłaszcza jeśli poszedł na zatrudnienie, jest tyleż warta, co onegdajsze twierdzenie, że w socjalizmie skaleczony palec nie będzie bolał. Problem w kraju demokratycznym jest tym trudniejszy, że dopóki jeszcze większość obywateli ma pracę, to dobrowolnie nie zgodzi się na to, aby się nią podzielić. Warto pamiętać, że kraj nędzny i destabilizowany przez bezrobocie nie będzie miał znikąd obrony.

Dyskomfort, jakiego doznaje wykładowca jednego z przedmiotów humanistycznych i jego zatroskanie o własnych studentów, jest sprawą szerszą niż tylko troska o naszą naukę. Być może wiara w to, że poprawa działania instytucji społecznych przez radykalne zwiększenie zatrudnienia może być jednym z bodźców dla gospodarki jest naiwna. Ale przekonanie, że niezłe statystycznie wyniki w ekonomii potrafią ją uchronić przed groźną ulicą, nie sprawdziły się w wielu, zda się lepiej zorganizowanych, krajach.

Prof. dr hab. Janusz Dunin pracuje w Wyższej Szkole Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi oraz na części etatu jako emeryt w Uniwersytecie Łódzkim.

Komentarze