Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 12/2002

O moim zacofaniu
Poprzedni

Na marginesach nauki

Leszek Szaruga

Fot. Stefan Ciechan

 Co i rusz przekonuję się o własnym zacofaniu. Nie to, bym nie śledził przemian zachodzących w naszej wiedzy o świecie. Owszem, śledzę (o ile to jeszcze możliwe) to, co wyspecjalizowani dziennikarze i popularyzatorzy nauki potrafią niespecjalistom „sprzedać”. Tym bardziej zresztą ucieszyła mnie inicjatywa „Gazety Wyborczej” – a już chciałem zarzucić również jej lekturę – wprowadzająca na łamy jeszcze większą niż dotąd, tym razem codzienną porcję dokształcania szerokiej publiczności w kwestiach najnowszych zdobyczy ludzkiej wiedzy. Ale odpadam, gdy mi się zaczyna wciskać nowinki, w dodatku z powagą tłumaczone z zagranicznych, wiodących na świecie języków.

Oto przeczytałem pierwsze zdanie fragmentu książki Billa Readingsa „The University in Ruins”, w opracowaniu i przekładzie Marcina Szustera, opublikowanego na łamach „Res Publiki Nowej” (nr 11/2002). Brzmi ono następująco: „W dobie globalizacji nowoczesny uniwersytet – instytucja tradycyjnie związana z państwem narodowym – zmienia sposób funkcjonowania”. Przeraziłem się nie na żarty. Słabo się orientuję w tym, co jest „nowoczesnego” we współczesnym uniwersytecie, ale niezależnie od tego, czy on nowoczesny mniej lub więcej, zawsze byłem przekonany, że, jak sama nazwa wskazuje, uniwersytet raczej „tradycyjnie” mało miał wspólnego z państwem narodowym, a już zupełnie „nienowoczesny”, nawet „zacofany” uniwersytet w swych początkach o państwie narodowym niewiele jeszcze wiedział. Peregrynacje studentów i uczonych w poszukiwaniu mistrzów i rozsiewanej przez nich wiedzy były zjawiskiem naturalnym – czy to w dobie Renesansu, czy nawet jeszcze na początku wieku XX; zdarzało się też, że i później. I oto się okazuje, żem mylił się srodze.

Przyznam, że po przeczytaniu owego zdania ochoty na dalsze czytanie nie mam wcale (choć zapewne, z obowiązku, za jakiś czas rzecz doczytam – choćby po to, by mieć święty spokój). Jedno jest dla mnie pewne – rzecz wygląda na głupstwo okropne. I nie obwiniam o nie uczonego Readingsa, który, zdaje się, pisze z przekonaniem o trafności swych spostrzeżeń, a w dodatku z zaangażowaniem. Głupstwo zaś, które spostrzegłem, dotyczy twierdzenia, że „nowoczesny uniwersytet” jest „tradycyjnie związany z państwem narodowym”. Oczywiście, uniwersytety od początku swego istnienia przemianom ulegały i po swój kres (a kiedyś pewnie i on nastąpi) ulegać będą, podobnie jak okoliczności, w których funkcjonuje ta zacna instytucja.

Readings – już doczytałem, a jednak – czyni z zaobserwowania tych przemian odkrycie, co nie zmienia faktu, iż prawi oczywistości. Okrasza je w dodatku apokaliptycznymi nonsensami pisząc, że amerykanizacja, utożsamiana przezeń z globalizacją, „pociąga za sobą koniec kultury narodowej”. A za tym idzie taka oto groźba: „Uniwersytet przestaje być wytwórcą i strażnikiem kultury narodowej”. Co i dobrze, myślę sobie, gdyż niegdyś ani owym wytwórcą, ani tym bardziej strażnikiem nie był. Może zatem – co przyjąłbym z niejaką nadzieją – mamy do czynienia po prostu z powrotem do dawnych, uniwersalistycznych ideałów uniwersyteckich? O ile bowiem pamiętam, definiowanie uniwersytetu jako wspólnoty ludzi bezinteresownie poszukujących prawdy niewiele miało wspólnego z „narodowym” nacechowaniem tej działalności, co zresztą w najmniejszej mierze nie przeszkadzało temu, iż owa wspólnota kształciła narodowe elity – bywało nawet tak, że uniwersytety w Padwie czy Paryżu kształtowały intelektualne elity polskie.

Coś mi się uczony Readings zanadto przejęty wydaje swoimi wizjami. Tym bardziej iż wieszczy gorzej jeszcze niż można by było przypuszczać. Powiada mianowicie, że ów zglobalizowany uniwersytet „nie może już zagwarantować centralnego miejsca tradycyjnych dyscyplin humanistycznych”. Choć, z drugiej strony, znów mi się wydaje, że i niegdyś tego się obawiano, a mała grupka filozofów zawsze otoczona była wielkimi gromadami mistrzów i adeptów nauk bardziej w codziennym życiu funkcjonalnych. I co? Jakoś jednak po dzień dzisiejszy przetrwała i sądzę – na własną odpowiedzialność – że przetrwa w przyszłości. Nawet w epoce upadku – rzekomego: bo któż tego przekonująco dowiódł? – wielkich narracji. A ten swoje: „wielka narracja dotycząca uniwersytetu, skupiona na wytwarzaniu liberalnego, racjonalnego podmiotu, nie jest już nam dostępna”. Komu?

Ale uczony Readings ma i tu „argumenta”: „Liberalna jednostka nie ucieleśnia już metonimicznie instytucji. Doskonałych argumentów dostarcza tu feminizm ze swoją radykalną świadomością różnicy płciowej, a także analizy, które zwracają uwagę na sposoby, w jakie ludzkie ciało naznaczone jest przez rasę”. Uff! Może warto też zauważyć, że naznaczone jest ono (to ciało) przez różne kalectwa (wspólnota niewidomych) czy przypadłości (wspólnota alergików). Oto odkrycie: nie ma „człowieka uniwersalnego”. A był kiedy? Każdy jest jeden.

Równie wątpliwe wydają się twierdzenia powiadające, że dziś uniwersytet pracuje raczej na rzecz rynku niż na rzecz „kultury narodowej”, co nie znaczy – powtarzam – że nie kształci elit pracujących na rzecz tej ostatniej. Tego, że wykształcenie owych elit wyłącznie na potrzeby kultury narodowej nie jest i nigdy nie było podstawowym zadaniem uniwersytetu, udowadniać nie warto. Wydaje się, że autor zbyt wielką wagę przywiązuje do projektu uniwersytetu, który nazywa „humboldtowskim”. „Odtąd” – powiada, mając na myśli projekt Humboldta – „zadanie uniwersytetu jest dwojakie: prowadzenie badań i nauczanie, czyli odpowiednio – wytwarzanie i wpajanie narodowej samowiedzy”. Prowadzenie badań i nauczanie wszakże były – bez owego „narodowego” zabarwienia – zadaniami uniwersytetu od jego zarania. Nie sądzę też, by poczciwy Humboldt umyślił sobie, iż uniwersytet musi ausgerechnet nauczać bycia Niemcem – tym bardziej iż zarówno berliński, jak inne niemieckie uniwersytety tego czasu, pełne były studentów zagranicznych.

Komentarze