Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 12/2002

Podstawa profesjonalizmu
Poprzedni Następny

Szkiełko w oku

Piotr M?ldner-Nieckowski

Fot. Stefan Ciechan

Piotr Legutko w „Rzeczpospolitej” („Plus minus” z 24-25.11.2002) napisał gwałtowny artykuł pod tytułem „Epitafium dla języka”, w którym przedstawia sytuację języka polskiego w czarnych barwach. Jego zdaniem, upadkowi polszczyzny winne są głównie media, reklama, autorzy tekstów piosenek i mizernych powieścideł. Czarno więc widzi przyszłość naszej mowy i uważa, że piękny, bezbłędny język zaczyna być zastrzeżony tylko dla kultury wysokiej. Z podtekstu wynika, że mamy do czynienia z zanikaniem polskości, której sztandarowym wyznacznikiem jest właśnie polszczyzna. Jestem nieco innego zdania.

Istotnie, dziennikarze mówią i piszą strasznie, reklama forsuje niezliczone błędy językowe z ortograficznymi na czele, a kiedy się słucha wykładów niektórych młodszych profesorów, uszy puchną. Niedawno jeden ze starszych luminarzy nauki na korekcie swojego podręcznika naniósł poprawki, których nie odważyłbym się pokazać uczniom szkoły podstawowej (np. „prosił bym dać to dużą trzcionką”, „zmiany w mikroskopie są suptelne”), a na uwagę, że to chyba powinno być inaczej, zareagował sarkastycznie: „Gdyby to miało być po angielsku, błędów by nie było, drogi panie redaktorze”. Co chwila słyszę nieporadne wypowiedzi albo czytam teksty z okropnymi błędami płodzone przez ludzi należących do tak zwanej inteligencji i jest mi przykro. Zdaję sobie bowiem sprawę, że to nie ich wina. Tak ich uczono w domu i szkole. Na lekcjach polskiego nie przywiązuje się należytej wagi do nauki języka. Nie uczy się logicznego konstruowania myśli. Nauczyciele nie znają reguł interpunkcji, dzielenia wyrazów i typologii błędów językowych. Nie mają pojęcia o syntaktyce frazeologicznej ani budowie zdania wymawialnego. Znaleźli natomiast wykręt w postaci dysleksji i dysgrafii. Skoro Jacek Kuroń publicznie oświadcza, że jest dyslektykiem, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby inni przestali się tego wstydzić. Zatem już nic nie jest hańbiące, a przezwyciężanie kalectwa umysłowego znika z zestawu celów życiowych. A pamiętam kolegę szkolnego, świętej pamięci Stasia Dąbrowę, który w 1962 r. w wieku 16 lat zginął w Tatrach. Był typowym dyslektykiem, ortografię miał beznadziejną, jednak nasza pani profesor od polskiego potrafiła go zmusić do poprawnego pisania. Potrafiła, bo chciała, i jemu też na tym zależało.
Rzeczywiście, nawałnica fatalnej polszczyzny jest faktem, Rada Języka Polskiego poświęciła temu zjawisku dwa sympozja. Niepokoi mnie jednak to, że nawet analitycy nie starają się ogarnąć tego problemu i zorientować się, z jaką strukturą mamy do czynienia. Jak to wygląda od strony demograficznej i jak można porównać z minionymi okresami? Czy naprawdę dobry język polski był kiedykolwiek wyróżnikiem wszystkich Polaków? Śmiem twierdzić, że nigdy tak nie było.

Kiedy się przegląda na przykład czasopisma lekarskie ze schyłku XIX wieku, a zwłaszcza najlepsze z nich – „Krytykę Lekarską”, można natrafić na artykuły i notatki poświęcone właśnie językowi polskiemu i wytykające rażące błędy autorom i mówcom. W przeszłości nie było więc tak dobrze, jak się czasem sądzi. A trzeba pamiętać, że w tamtym czasie polszczyzna miała specjalne znaczenie. To ona podtrzymywała ducha w narodzie i była orężem w walce z zaborcą. Dziś takiej funkcji język nie spełnia, służy do porozumiewania się, a nie wyrażania gotowości walki z najeźdźcą. Nadawca tak konstruuje wypowiedź, żeby odbiorca ją zrozumiał i w zasadzie tylko to go interesuje. Co więcej, jest również zainteresowany w tym, żeby się zanadto nie rozwodzić; używa więc skrótów, wytrychów językowych i jeśli tylko odbiorca je zna, to mu wystarczy.

Zauważyłem, że dziennikarze najpopularniejszych telewizji używają stylu, który dawniej był uważany za obelżywy. „Za chwilę zobaczycie państwo film taki a taki”, mówi zapowiadacz. A jeszcze dziesięć lat temu powiedziałby „Za chwilę zobaczą państwo”. Dlaczego? Ano dlatego, że dzisiejsze media są adresowane do ludzi prostych, że nie powiem najprostszych. Tych jest najwięcej i to oni stanowią masę, która przynosi mediom największe dochody. Oni oglądają i kupują. Trudno się dziwić Filipowi Bajonowi, kiedy mówi, że oglądanie dzisiejszej telewizji obraża jego rozum. Ta telewizja już nie jest dla nas. 

Inteligencja polska ilościowo była i jest niewielka. W Warszawie liczącej w 1900 r. 400 tysięcy mieszkańców, stanowiła nie więcej niż 3 tysiące osób, to jest mniej niż jeden procent. Dziś na podstawie badań umiejętności czytania i pisania ocenia się, że mamy 3 procent inteligentów. To co prawda bardzo niewiele w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi czy Szwecją (10-15 proc.), ale dużo więcej niż wtedy, kiedy inteligencja była w Polsce główną siłą narodu. Mimo wszystko się poprawiło. Czy może poprawiać się w przyszłości? Oczywiście może i powinno. Do Studium Edytorstwa Współczesnego*, które miałem zaszczyt założyć i które prowadzę, co roku zgłasza się wielokrotnie więcej kandydatów niż jest miejsc, bo prawie połowę zajęć poświęcamy nauce języka polskiego na wysokim poziomie. A więc ludzie potrzebują tej umiejętności i chcą ją posiąść. Zdają sobie sprawę z tego, że inteligenckość wymyka im się z rąk właśnie przez braki językowe. Inteligenckość, która nie jest jedynie powodem do chwały i wyznacznikiem zrealizowanych ambicji. Dla słuchaczy tego studium to coś więcej niż wizytówka. Sądzę, że w ich przekonaniu jest podstawą prawdziwego profesjonalizmu.

e-mail: pmuldner@mp.pl 

* Podyplomowe Studium Edytorstwa Współczesnego przy Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Komentarze