|
|
Badania naukoweCzy Polska będzie zmuszona do importowania specjalistów od energetyki jądrowej Marian Nowy
W czasie 25. Zjazdu Fizyków Polskich wprowadzenia do dyskusji okrągłego stołu na temat „Czy Polska potrzebuje energetyki jądrowej?” dokonał niekwestionowany autorytet w tej dziedzinie, prof. Andrzej Hrynkiewicz. – W ustroju demokratycznym – mówił – władze kraju są wybierane przez społeczeństwo i są przed wyborcami, a więc przed społeczeństwem, odpowiedzialne. Wobec tego, w kluczowych dla rozwoju kraju sprawach, muszą brać pod uwagę opinię ludności, a nawet uciekać się do ogólnokrajowego referendum. W dzisiejszym świecie, w którym decyzje o kierunkach rozwoju powinny opierać się na naukowych podstawach, władze polityczne powinny obierać kierunki rozwoju wskazane przez ekspertów, a tymczasem presja niezorientowanego lub wprowadzonego w błąd społeczeństwa zmusza do rezygnacji z właściwej drogi. Na podejmowanie decyzji wpływa wiele dodatkowych czynników, takich, jak: krótkoterminowość zajmowanych stanowisk, a w związku z tym troska o wynik kolejnych wyborów, ataki ze strony rywalizujących partii opozycyjnych, a także niezdolność rozróżnienia między merytorycznie poprawnymi i tendencyjnymi ekspertyzami. Na szczególną uwagę zasługuje rola środków masowego przekazu, których nieodpowiedzialne informacje i komentarze pogłębiają bezradność społeczeństwa w wyrobieniu rozsądnej opinii i rozbudzają opór przeciwko decyzji władz.
Trudną, lecz jedyną drogą, która w warunkach demokracji wiedzie do podejmowania mądrych decyzji, jest edukacja społeczeństwa i jego reprezentantów, twierdzi prof. Hrynkiewicz. Bez tego powstaje błędne koło. Brak wiedzy prowadzi do niedoceniania roli nauki i ograniczania jej finansowania, a kraj, w którym nauka jest lekceważona, nie będzie mieć ani mądrych doradców władzy, ani dobrych nauczycieli, którzy podniosą poziom wykształcenia społeczeństwa. Dlaczego boimy się energetyki jądrowej? Lęk ten występuje niemal na całym świecie. Zdaniem prof. Andrzeja Hrynkiewicza, jest to zjawisko irracjonalne, o charakterze zbiorowej psychozy i dlatego tak trudno je wyeliminować: – Przeciętny człowiek, nieufny w stosunku do poczynań władzy i nieprzekonany o bezstronności ekspertów, nie jest jednocześnie zdolny do wyrobienia sobie własnego zdania, gdyż często brak mu elementarnych wiadomości. Jest zagubiony, a jego opinie są kształtowane przez środki masowego przekazu, które w pogoni za sensacją lansują niesprawdzone informacje i prezentują bzdurne komentarze. Wielce nieetyczne i naganne jest podawanie fałszywych faktów i pobłażliwy stosunek do głosicieli kłamstw antagonizujących opinię społeczną. Energetyka jądrowa jest dziedziną – podkreśla prof. Hrynkiewicz – w której demagogiczne wystąpienia łatwo wzbudzają emocje i prowadzą do różnych form protestu. NIEZBĘDNY TEMELINTemelin – 25 kilometrów od Czeskich Budziejowic, 5 km od miejscowości Tyn, nad rzeką Wełtawą. Albert Brezi, budując tu w połowie XIV wieku zamek, nie przypuszczał, jak nieoczekiwane funkcje będzie on pełnił kilkaset lat później. W samym zamku jest biuro informacyjne i prezentacja elektrowni jądrowej w Temelinie. W sali kinowej na trójwymiarowym ekranie wycieczki oglądają dwa krótkie filmy. Jeden opowiada, jak to człowiek od początku swego istnienia poszukiwał różnych źródeł energii, aż w końcu doszedł do energii jądrowej: czystej, nie zaśmiecającej środowiska, wygodnej. Drugi pokazuje znudzonego młodego człowieka siedzącego przed komputerem, przypadkowo otwierającego różne strony internetowe, aż trafia na stronę poświęconą Temelinowi. I wtedy się ożywia: to rzeczywiście jest interesujące! Potem jest wystawa. Kolorowa, migająca światełkami. Makiety budynków i poszczególnych urządzeń. Wzory matematyczne, wyliczenia ekonomiczne, opisy działania reaktora, urządzeń zabezpieczających. Dla dzieci przygotowano bogate w rysunki książeczki tłumaczące zalety nowoczesnej energetyki. Są też mapy. Jedna z nich przedstawia rozmieszczenie elektrowni jądrowych w Europie: w Wielkiej Brytanii jest ich 14, we Francji 10, w Szwajcarii 4, w Hiszpanii 7, w Niemczech 13, w Szwecji 4, w Danii 2, na Węgrzech 1, w Bułgarii 1, w Rumunii – jedna czynna, druga w budowie, podobnie jest na Słowacji. W Austrii i w Polsce nie ma żadnej. Tu wycieczki kończą swą trasę. Beztroskie szesnastolatki – cieszą się zapewne, że tego dnia przepadły im lekcje – wrócą do Budziejowic i opowiadać będą rodzicom swe wrażenia. Polski dziennikarz, żeby zobaczyć więcej – samą elektrownię – musi uzyskać zgodę kilku instytucji, w tym gospodarzy. Ci ostatni przyjmują gości grzecznie, acz bez entuzjazmu. Pewnie są już zmęczeni. Czują się jak właściciele mieszkania, do którego przychodzą zupełnie obcy ludzie i sprawdzają, czy są dobrze zakręcone kurki. Bo a nuż sąsiadowi zaleje sufit. Chyba mają już dość tych wizyt. A jest ich sporo. Przyjeżdżają politycy i naukowcy – oglądają, badają, pytają, chcą wiedzieć, czy będzie bezpiecznie. Tylko przedstawiciele Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej byli tu w czasie 10 lat osiemnaście razy. POD NADZOREM
Decyzja o budowie elektrowni zapadła w 1980 roku. Przygotowanie terenu rozpoczęto w 1983 r. Projekt elektrowni był wykonany przez Energoprojekt Praga w 1985 r. W 1990 rząd Czechosłowacji zdecydował o zmniejszeniu potencjału i rozmiarów elektrowni. Potem było kilka lat niepewności i dopiero w marcu 1993 r. rząd Republiki Czeskiej podjął decyzję o ukończeniu budowy. Wprowadzono wiele zmian konstrukcyjnych w stosunku do oryginalnego projektu, aby dostosować niezawodność i bezpieczeństwo elektrowni do standardów zachodnioeuropejskich. Kierownikiem centrum sterowania awaryjnego jest Miroslav Vlk. Tu ma swą siedzibę sztab awaryjny elektrowni, działający w przypadku nadzwyczajnych wydarzeń. Każdy ma swoje miejsce. Komputery pokazują aktualny stan poszczególnych urządzeń. Co pół godziny odbywa się konfrontacja wszystkich danych. – Mamy wszystkie możliwe środki łączności. Zapasowe źródła energii elektrycznej, własny system wentylacyjny, a nawet żywność na 72 godziny. Stąd też obserwuje się otoczenie elektrowni – mówi inżynier Vlk. To wszystko jest oczywiście „na wszelki wypadek”, bo w opinii fachowców czeska elektrownia uchodzi za bezpieczną. Wprawdzie projekt jest radziecki, ale dokonano w nim wielu zmian. Urządzenia, logistyka i paliwo pochodzą z renomowanych zachodnich firm. Występujące obecnie w elektrowni problemy dotyczą obiegu wtórnego, a jedną z ich przyczyn jest turbina wyprodukowana w Czechach. Niektórzy nawet sobie żartują, że do kłopotów Czechów przyczyniła się ich ambicja, bo gdyby turbinę kupili, tak jak pozostałe urządzenia, prawdopodobnie uniknęliby wielu problemów i prasa nie miałaby o czym pisać. Dla mediów i polityków zła praca jakiegokolwiek elementu elektrowni jądrowej od razu dyskwalifikuje całą elektrownię. Media informują wówczas, że wyłączono elektrownię z powodu awarii, nie wchodząc w szczegóły. – Nie mamy złudzeń, że za krytycznym stosunkiem do naszej elektrowni stoją względy polityczne – mówi Milan Nebesar, przedstawiciel Temelina. – Dlatego niczego nie ukrywamy, działamy przy otwartej kurtynie. Jesteśmy chyba jedyną elektrownią jądrową, której uruchomienie jest bezpośrednio obserwowane przez media. I z zazdrością patrzą na inne kraje, w których energetyka jądrowa ma się zupełnie dobrze, jak np. w Szwecji, gdzie, mimo różnych nastrojów społeczeństwa i władz, pracuje normalnie. Nie o wszystkim gospodarze chcą jednak mówić. Zapytani o środki bezpieczeństwa związane z terroryzmem odpowiadają, że są i to kilkustopniowe, ale właśnie ze względów bezpieczeństwa nie mogą ich ujawnić. Mogą powiedzieć tylko jedno: sam reaktor zabezpieczony jest płaszczem ochronnym z żelazobetonu, który może wytrzymać uderzenie samolotu o masie 20 ton, a więc samolotu wojskowego z załogą i pełnym wyposażeniem. W samych Budziejowicach jest spokojnie. Odnosi się wrażenie, że większości mieszkańców Budziejowic elektrownia nie przeszkadza. Z drugiej strony jednak, właśnie w Budziejowicach powstały dwa stowarzyszenia – jedno przeciwne elektrowni („Budziejowickie matki”) i drugie popierające budowę i uruchomienie Temelina („Budziejowiccy tatusie”). Elektrownia jest przez Czechów obserwowana bacznie, ale też spokojnie. Chwalą ciągły nadzór mediów, uważają go za bardzo pożyteczny. Daje gwarancję, że pracownicy elektrowni nie będą mogli robić za plecami opinii publicznej, co im się tylko spodoba. 29 listopada 2001 roku Austria i Czechy osiągnęły w Brukseli porozumienie w sprawie elektrowni atomowej w Temelinie. Kończy ono długotrwały spór między Wiedniem i Pragą oraz usuwa ważną przeszkodę na drodze do członkostwa Czech w Unii Europejskiej, bo pozwoliło Czechom zamknąć rokowania z UE w dziale „energetyka”, dotychczas zagrożone austriackim wetem. Praga zgodziła się spełnić siedem warunków technicznych dotyczących bezpieczeństwa Temelina. Nie znaczy to, że strona austriacka dała Czechom spokój, wciąż odzywają się ekologowie i niektórzy politycy. Jednak czescy atomiści odnieśli już pierwszy prestiżowy sukces. W czasie ostatniej powodzi wszystkie wodne zapory zostały przelane i wodne elektrownie zostały wyłączone do połowy 2003 roku. Przez pięć dni nie działała żadna elektrownia konwencjonalna (zalało tory i nie było jak dowieźć węgla). Czesi mieli prąd tylko z elektrowni jądrowych: z Temelina i Dukovan. ZAPOBIEGLIWI SZWEDZI
Szwecja – elektrownia w Oskarshamn, a w niej trzy bloki jądrowe. Każdy blok to osobny budynek. W budynku nr. 3 znajduje się największy w Szwecji i Europie generator: 1160 megawatów. Długimi korytarzami, windami, poprzez bramki radiacyjne dostajemy się w końcu w pobliże reaktora. Jest „na wyciągnięcie ręki”. Przez ołowiową szybę widać ogromną metalową pokrywę zbiornika, w którym znajduje się reaktor, przykrytą grubą warstwą wody. Cisza, spokój. Trudno tu spotkać człowieka, wszystko jest zautomatyzowane, ludzie tylko kontrolują pracę reaktora. – Przeprowadzone w Szwecji w 1980 roku referendum ograniczyło rozwój energetyki jądrowej. Z dwunastu pracujących reaktorów, zamknięto jeden i określono czas pracy innych. Ale to było przed laty i pod dużym naciskiem „zielonych”. Teraz wraca się do energii jądrowej, bo kraj potrzebuje prądu – mówi Jan Petrini, przedstawiciel elektrowni. – Prawdziwym problemem jest dla nas co innego: zagospodarowanie odpadów promieniotwórczych. Pracujemy nad tym. Zużyte paliwo jądrowe przez około 9 miesięcy schładzane jest w najbliższym sąsiedztwie reaktora. Potem przewożone jest specjalnie zaprojektowanym do tego statkiem do tzw. pośredniego przechowalnika wypalonego paliwa.A oto i sam przechowalnik – ogromne baseny z wodą. To dobrze, że przed wejściem Brita Freudenlich kazała nam zdjąć marynarki. Jest ciepło i parno. Dwóch pracowników składowiska steruje urządzeniami, które ustawiają przywiezione właśnie pojemniki w basenach, w specjalnie przygotowanych stojakach. Tu zużyte paliwo będzie spoczywać przez 50 lat. Potem będzie wyjęte i przewiezione do innego składowiska, gdzie spocznie na setki czy tysiące lat. Zapyta ktoś: dlaczego od razu nie jest wiezione do ostatecznego składowiska? Odpowiedz jest prosta: bo go jeszcze nie ma. Niewielki plac, wokół duże drewniane budynki. Na placu dwa samochody. Wsiadamy do jednego z nich. Mija kilka minut i wjeżdżamy do tunelu. Jedziemy powoli, bo tunel jest wąski i cały czas schodzi w dół. Widać tylko po obu stronach lampy i sznury kabli. Szumi w uszach. – A wie pan – opowiada siedzący obok dr Andrzej Mikulski z Państwowej Agencji Atomistyki w Warszawie – że gdy Szwedzi zamknęli jeden blok energetyczny, zabrakło im energii elektrycznej i zaczęli ją sprowadzać z Danii, z elektrownii węglowych. Te z kolei musiały zwiększyć z tego powodu swą produkcję, wskutek czego pogorszyła się czystość powietrza na sąsiednich terenach Szwecji... To prawda, iż Unia Europejska kilka lat temu zdecydowała, że ilość energii produkowanej z tzw. źródeł odnawialnych będzie stopniowo rosła. Ale okazało się, że koszty tej operacji są ogromne, dlatego, według ostatnich wypowiedzi Komisji Europejskiej, nie należy wykluczać możliwości budowy nowych elektrowni jądrowych w Europie. Wreszcie jesteśmy na miejscu. Okazało się, że przejechaliśmy w tunelu 3600 metrów i jesteśmy 450 m pod powierzchnią ziemi. To, co znajduje się wokół nas, to jedno olbrzymie laboratorium wykute w granitowej skale. Tu bada się warunki „wieczystego” przechowywania odpadów nuklearnych. Jeżeli wyniki badań będą pozytywne, wówczas w takich właśnie głębokich miejscach, zapakowane w specjalne pojemniki, spoczną na setki czy tysiące lat odpady z elektrowni jądrowych. – Chodzi o to, by nie zostawiać po sobie przyszłym pokoleniom nuklearnych śmieci – mówi Jenny
Hamilton. POLSKIE PERSPEKTYWY
Wzrasta liczba ludności naszego globu, liczniejsze rzesze dążą do coraz wyższego standardu życia, a to oznacza wzrost zapotrzebowania na energię, zwłaszcza energię elektryczną. Musimy więc produkować więcej energii, ale jednocześnie obniżać – w stosunku do poziomu dzisiejszego – emisję do atmosfery dwutlenku węgla (i innych gazów cieplarnianych). Musimy przestać spalać kopaliny, nawet „czysty” gaz, ale jeśli już musimy spalać, to tylko paliwa odnawialne – wytwarzające w czasie spalania tyle samo dwutlenku węgla, ile go wiążą w naturalnym procesie fotosyntezy. Musimy nauczyć się lepiej wykorzystywać energię promieni słonecznych, wiatru, rzek, fal i pływów morza, wreszcie – ciepło Ziemi. Ale musimy też sięgać po olbrzymie zasoby energii wyzwalanej w procesach jądrowych. Bez energii jądrowej ludzkość nie przetrwa, uważa niezmiennie od lat prof. Jerzy Niewodniczański, prezes Państwowej Agencji Atomistyki. Sytuacja polskiej energetyki jądrowej przeczy temu stanowisku. Budowę pierwszej polskiej elektrowni jądrowej w Żarnowcu przerwano ze względów politycznych (olbrzymia opozycja „zielonych”) i ekonomicznych (trudna sytuacja gospodarcza państwa na przełomie lat 80. i 90.). Efekt: wyrzucony w błoto miliard dolarów. Rząd Leszka Millera w ramach odchudzania administracji rządowej podporządkował Państwową Agencję Atomistyki Ministerstwu Środowiska, odebrano też jej nadzór nad instytutami atomistyki, zmniejszono finansowanie. Co będzie dalej z polską energetyką jądrową, z jej perspektywami? – W Polsce jest w tej chwili nadmiar mocy produkcyjnej w elektrowniach. Dotyczy to zresztą całej Europy, może z wyjątkiem jej krańców południowych. Wobec tego nie myślimy o nowych źródłach energii elektrycznej. A jeśli już będzie potrzeba, to w pierwszej kolejności budowana będzie elektrownia związana z wykorzystaniem złóż węgla brunatnego w rejonie Bełchatowa. Wobec tego nie ma miejsca na elektrownię jądrową – odpowiada prof. Jerzy Niewodniczański. – To nie znaczy, że my takiej elektrowni nie chcemy, po prostu w tej chwili jej nie potrzebujemy. W dłuższej perspektywie, informuje prof. Niewodniczański, gdy stan obecnych elektrowni pogorszy się, trzeba będzie wybudować elektrownię jądrową. Będą dwa powody: ochrona środowiska oraz zwiększenie energetycznego – w politycznym tego słowa znaczeniu – bezpieczeństwa. I dlatego w dokumentach oficjalnych opcja jądrowa nie jest wykluczona. Polska nie zamknęła przed sobą tej drogi jądrowej. Gdy jednak wejdziemy do Unii Europejskiej i na jej wolny rynek, wówczas sytuacja się zmieni. Może się okazać, że będziemy kupować tańszy prąd z innych krajów, nie bacząc na to, z jakiego typu elektrowni on pochodzi, węglowej czy jądrowej. Trzeba jednak pamiętać, że energia z elektrowni węglowych i gazowych jest uzależniona politycznie, bo łatwo zrobić strajk, zamknąć dla węgla tory lub zawór na gazociągu, podczas gdy w elektrowni jądrowej, w niewielkim magazynie, można zgromadzić zapas paliwa, np. na pięć lat. Dlatego, mówi prof. Niewodniczański, obserwuje się obecnie w świecie wielki renesans energetyki jądrowej. Powstają nowe elektrownie jądrowe, zwłaszcza na Dalekim Wschodzie. Wydłuża się też okres eksploatacji już istniejących elektrowni w Europie i Stanach Zjednoczonych i myśli się o reaktorach nowych generacji. Na Zachodzie energię jądrową ceni się bardziej niż u nas, bo jest bezpieczna politycznie, nie droższa od innych i coraz bardziej akceptowana przez ekologów. Sprawa zawieszenia jądrowego programu energetycznego w Polsce ma jednak także inne aspekty. – Brak zapotrzebowania na fachowców z zakresu nauki i technik jądrowych sprawia, że wyższe uczelnie praktycznie zaprzestały ich kształcenia. Wytwarza się groźna luka generacyjna. Ludzie specjalizujący się w zagadnieniach energetyki jądrowej są coraz starsi, a młodych, chętnych do studiowania na nielicznych kierunkach jądrowych, praktycznie nie ma – mówi dr Stanisław Latek, dyrektor Departamentu Szkolenia i Informacji Społecznej PAA. – Taka sytuacja może spowodować rozliczne przykre konsekwencje. Może utrudnić bezpieczną eksploatację istniejących w Polsce obiektów jądrowych, np. reaktora badawczego MARIA, postępowanie na wypadek awarii jądrowej, choćby u sąsiadów, postępowanie z odpadami jądrowymi, działalność badawczą i rozwojową. A co będzie, jeśli w przyszłości w Polsce zapadnie decyzja o budowie elektrowni jądrowej? Kto oceni, jaki typ reaktora wybrać, skąd weźmiemy ludzi na stanowiska operatorów, dozymetrystów, inspektorów dozoru jądrowego? Czy Polska będzie zmuszona do importowania specjalistów z Rumunii, Indii, Chin czy Korei Południowej?
|
|
|