|
|
Poczta elektronicznaJeśli w hierarchii wartości studenta pojęcia „człowiek kulturalny” czy „przygoda intelektualna” znajdują się znacznie poniżej rymowanki „fura, skóra i komóra”, to lepiej nie będzie. Paweł Misiak Szanowny Panie Redaktorze! Od dawna znane jest powiedzenie, iż myślenie ma przyszłość. Dziś zapewne nadal wielu by się pod nim podpisało. Wszelako wydaje się, że dziś inaczej trzeba owo myślenie rozumieć. Można z grubsza powiedzieć, że myślenie polega na operowaniu w świadomości symbolami, wyobrażeniami i relacjami między nimi. Podobnie rachowanie – to manipulowanie w świadomości pewnymi specyficznymi obiektami wedle określonych reguł. Jest więc liczenie rodzajem myślenia. Jednak do kogoś nawet najbardziej biegłego w rachowaniu „w pamięci” określenie „myśliciel” raczej nie pasuje. Tym bowiem mianem zwykło się obdarzać jednostki w dziedzinie myślenia wybitne. Zwykle też ma się przy tym na uwadze myślenie całościowe, nie specjalistyczne czy wycinkowe. Słownik języka polskiego definiuje myśliciela jako człowieka dążącego do poznawania i rozumienia rzeczywistości, realizującego to dążenie w pracy myślowej. W internetowych wydaniach encyklopedii osobnego hasła „myśliciel” nie znalazłem, ale wyszukiwanie wedle niego zwraca kilkadziesiąt nazwisk ludzi, skądinąd znanych z dziejów ludzkości, jak Arystoteles, Goethe czy Leonardo da Vinci. Podobnie jak z „myślicielem”, ma się rzecz z „uczonym”. W interesującym mnie tu znaczeniu wspomniany słownik utożsamia go z naukowcem mającym wybitne osiągnięcia, encyklopedie zaś nie definiują go, lecz jedynie egzemplifikują. Szukając obu pojęć poczyniłem obserwację, iż o połowę większej liczbie osób zasłużonych w intelektualnych dziejach ludzkości przydaje się miano uczonego niż myśliciela, co wynika z różnicy znaczeniowej obu określeń. Ciekawsze jednak, że owe zbiory uczonych i myślicieli mają bardzo nieliczną część wspólną. Konkretnie, są to te trzy postacie wymienione powyżej. PRZETWARZANIE INFORMACJINie da się ukryć, że „myśliciel” to brzmi dumnie. Podobnie też, nawet mniej górnolotne, określenie „myślący facet”. To ostatnie przez sam fakt jego używania w niektórych sytuacjach, wskazuje, iż czynność myślenia nie jest równie powszechna, jak na przykład oddychanie. Więcej nawet, dla niektórych bywa ogromnie męcząca, więc niezmiernie rzadko wykonywana. Na czym konkretnie czynność myślenia polega, zastanawiają się filozofowie i naukowcy od dawien dawna. Pomysł, iż myślenie to w gruncie rzeczy liczenie, a przynajmniej, że być nim powinno, nie jest nowy. Sugerowano to już paręset lat temu, na przykład Hobbes i Leibniz. W ubiegłym wieku modne stały się koncepcje „komputerowe”, przedstawiające nasz organ myślenia jako swego rodzaju organiczną, „zbudowaną” przez ewolucję biologiczną, maszynę liczącą. W takim modelu myślenie to w zasadzie przetwarzanie informacji na sposób komputerowy. Mamy dane wejściowe (np. ze zmysłów), przetwarzający je procesor (mózg) i program (logika, wiedza, ale też odruchy i emocje) i dane na wyjściu – wynik myślenia, na przykład w postaci decyzji czy działania. UCZELNIA JAK SKLEPCoraz powszechniejszy staje się pogląd, iż człowiek znaczy tyle, co konsument. Jego wartość mierzona jest głównie bieżącą i przewidywaną siłą nabywczą, a także wpływem, jaki może mieć na zachowania innych. Celem działania takiego człowieka jest maksymalizacja korzyści, osiąganych za pomocą konsumpcji na wszystkich poziomach i niemal we wszystkich aspektach życia. Media masowe próbują nawet sugerować, że konsumpcja jest oryginalnym działaniem twórczym, a miarą wybitnych zdolności intelektualnych jest wygranie dużej forsy w głupawym teleturnieju. Podobnie w głównym obszarze działalności uczelni, czyli kształceniu. Studenci-konsumenci przychodzą na uczelnie jak do sklepu. Dobrze, jeśli jeszcze dostosowują się do obowiązujących tu reguł. Polega to z grubsza na tym, że korzystają z nauczania, potem zaś poddawani są kontroli jakości zdobytej wiedzy, a także umiejętności myślenia. Ze zrozumieniem i zastosowaniem się do tych relacji mniejszy problem mają chyba studenci „bezpłatni”. W ich wypadku postawa czysto konsumencka jest jakby „zmiękczona” przez fakt, że kształcenie za darmo (przynajmniej w wymiarze indywidualnym) wymaga przestrzegania ustalonych reguł. Innymi słowy, na dyplom trzeba sobie zapracować skutecznym zdobyciem pewnej wiedzy – przynajmniej tak rozumiem ideę wyższego wykształcenia. W przypadku studentów „płatnych” sprawa jest bardziej skomplikowana. Płacą, więc mogą wymagać – osiągnięcia korzyści, za które zapłacili. Dlaczego od nich ma ktoś czegoś wymagać? W uczelni pełniącej wobec nich rolę korporacji rynkowej, której produktem są stopnie naukowe czy zawodowe, widzą się w roli konsumentów, a nie członków społeczności akademickiej. W tych warunkach często coś, co nosi nazwę studiów, staje się li tylko spektaklem, odtwarzaniem rytuałów pozbawionych treści i sensów zawartych w pierwowzorze. Zapewne udział w tej „sztuce” jest tu jednym z istotnych „towarów” (wszak dobrze być studentem...). W tym kontekście warto śledzić analizy i rozważania dotyczące kryzysu koncepcji uniwersytetu liberalnego w odniesieniu głównie do uczelni amerykańskich. Może będzie szansa, by uniknąć niebezpieczeństw, które inni „już przerabiali”. MYŚLENIE PIENIĘDZMIWróćmy jednak do studiów państwowych, formalnie bezpłatnych. Ciekawa sprawa dotycząca postaw studenckich pojawia się w tekście prof. Ludwika Komorowskiego, zamieszczonym w ubiegłorocznym „Forum Akademickim” nr 7-8. Chodzi o stypendia za wyniki w nauce. Autor pisze: Zasada przyznawania tych stypendiów byłaby prosta: płacić najlepiej – najlepszym, gdyby nie twarde żądanie studentów, aby stypendium było przewidywalnym zarobkiem. Przed zakończeniem semestru chcą wiedzieć, jakiej średniej potrzeba, żeby otrzymać stypendium w następnym. Prace nad systemem rankingowym upadły. Ranking ocen oznaczałby szeregowanie studentów każdego wydziału wg średniej ocen, a stypendia otrzymaliby najlepsi od góry, w liczbie zależnej od dostępnego funduszu. Po wstępnych zachęcających rozmowach samorząd przedstawił zniewalający argument: w systemie rankingowym studenci zaczęliby wzajemnie konkurować. Studenci wykazują więc postawę jakże podobną do naszych polityków – dać lub przynajmniej obiecać coś jak największej liczbie potencjalnych wyborców. Swoista „wrażliwość społeczna”. Kojarzy mi się to jednocześnie z ekonomią polityczną socjalizmu i roszczeniowym solidaryzmem grupowym – ta obawa przed wzajemną konkurencją. Czyżby już na tym etapie życia ich celem była, marna, bo marna, ale ciepła i pewna, posadka? Po studiach wejdą na rynek pracy, na którym konkurencja jest ostra, a jedyną możliwością zapewnienia sobie w miarę przewidywalnego dochodu jest uzyskanie zasiłku dla bezrobotnych. A jeśli i w tej kwestii zaczną obowiązywać jakieś rankingi? Prof. Komorowski pisze jeszcze, że przewidywana konkurencja między studentami o jak najwyższą lokatę na liście wyników w nauce była dla władz uczelni argumentem za systemem rankingowym. Dlaczego? Dość łatwo mi sobie wyobrazić, że owa rywalizacja mogłaby się przyczynić na przykład do zmniejszenia zjawiska „ściągania” na egzaminach. Nie dlatego, że egzaminowani zapragną być kryształowo uczciwi i nie będą chcieli korzystać ukradkiem z pracy lepszych kolegów, lecz z tego powodu, iż ci ostatni, mając na względzie osiągnięcie jak najlepszego miejsca w rankingu, nie będą dawać innym okazji do ściągania, by ich tym sposobem nie wyprzedzili. Tak oto, przez odwołanie się do owego prostego „myślenia pieniędzmi”, mógłby powstać mechanizm ograniczający zachowania nieuczciwe. Mogę zaryzykować twierdzenie, że tylko tego rodzaju metody mogą się okazać skuteczne wobec dość powszechnej erozji poczucia uczciwości i przyzwoitości. Dla studentów jest to jednak argument przeciw... CNOTY I WARTOŚCIJest jeszcze jeden aspekt tej sprawy, dotyczący relacji między nauczanymi a nauczającymi. Chodzi o stosunek studentów do uczelni – traktowanie sytuacji studiowania w kategoriach konfliktu między nami – studentami i „onymi” – uczelnią. Takie relacje są niejako naturalne w więzieniu, wojsku czy szkole niższego szczebla, instytucjach, gdzie przymus i konieczność podporządkowania się rodzi poczucie opresji. Trudno prowadzić „wyprawę” w poszukiwaniu Prawdy czy choćby przygody intelektualnej, gdy przez jej potencjalnych uczestników jest się traktowanym z niechęcią lub wręcz wrogością. A to w wielu wypadkach reguła, nie wyjątek. Istnieje chyba głębszy związek między takim stosunkiem do uczelni jako systemu represji a stanowiskiem studentów w sprawie stypendiów. Coś, jak w przypadku związków zawodowych, walczących z wyzyskiwaczem-krwiopijcą (niezależnie od tego, czy jest nim chciwy kapitalista, czy państwo), który z jednej strony wyzyskuje, z drugiej jednak daje pracę. Nie wiem, jakie jest wyjście z tej, niezdrowej w wielu aspektach, sytuacji. Czy preferować studia darmowe (czyli finansowane przez podatników) i związane z nimi zachowania jakby inspirowane dziełami Marksa i Lenina, czy płatne, z towarzyszącą im roszczeniową filozofią „konsumencką”. W jednym i drugim przypadku chodzi o pieniądze (choć na różnych płaszczyznach), i o relacje między nauczanymi i nauczającymi. Ważne, by w jak najszerszej dyskusji próbować znaleźć jakieś rozwiązania, pozwalające zachować przynajmniej te najistotniejsze cnoty i wartości, bez których nie ma Uniwersytetu przez duże U, a w szerszej perspektywie także demokratycznego społeczeństwa wolnych i świadomych obywateli. W nadziei, że na łamach „Forum Akademickiego” owe cnoty i wartości będą stale przypominane, przesyłam Panu Redaktorowi wyrazy szacunku Paweł Misiak |
|
|