|
|
Na marginesach naukiLeszek Szaruga Jaki uniwersytet? To pytanie powraca dość regularnie i cały czas nie udaje się sformułować zadowalającej wszystkich odpowiedzi. Mam zresztą nadzieję, że takiej odpowiedzi nie będzie, gdyby się pojawiła, zaprzeczyłaby istocie uniwersytetu jako organizmu rozwijającego się, zdolnego do funkcjonowania w zmiennych okolicznościach, żywego. Ale zapewne wolno się zastanawiać nad „zasadą” istnienia uniwersytetu. Z niechęcią odnoszę się do tych wszystkich wypowiedzi, które określają uniwersytet jako instytucję. Instytucjonalizacja wartości i instytucjonalizacja wiedzy wydają mi się sprzeczne z ową „zasadą”. Najbardziej przemawia do mnie określanie uniwersytetu mianem wspólnoty. Wspólnota ta, oczywiście, by funkcjonować, musi mieć charakter zorganizowany. Lecz już kwestia tycząca tego czy ma to być organizacja hierarchiczna, a jeśli tak, to jak owe hierarchie winny być zbudowane, pozostaje otwarta. W zasadzie należałoby się zastanowić także nad tym, czy i do jakiego stopnia może owa wspólnota korzystać z zasad demokratycznych. Odpowiadam sobie zawsze, że owszem, jest to demokracja, lecz równość zachowuje się tutaj na poziomie prezentacji wiedzy lub – co czasem ważne – niewiedzy, ale już nie na poziomie pełnionych funkcji. Jednak najważniejszym zagadnieniem wydaje mi się nie sama organizacja wewnętrzna owej wspólnoty, lecz określenie jej miejsca w społeczeństwie. Od swych początków były uniwersytety wspólnotami szczególnymi i od początku ową szczególną ich pozycję społeczeństwa nie tylko akceptowały, ale też kultywowały. Posiadanie uniwersytetu było dla owych społeczności powodem do dumy. Określenie mówiące, że jakieś miasto jest „miastem uniwersyteckim” przydawało owemu grodowi wartości, było jego swoistą nobilitacją. Nawet dziś, szczególnie w miastach, które nie osiągnęły statusu metropolii, w której życie społeczne poddane zostaje prawom życia społeczeństwa masowego, fakt powstania uniwersytetu jest wydarzeniem znaczącym. Ale na czym owo znaczenie polega? Jaki to powód do dumy? Bo przecież uniwersytety na ogół na siebie nie zarabiają, trzeba je zatem utrzymywać ze środków publicznych, a więc – wydawać by się mogło – są obciążeniem i, przynajmniej dla wielu, hodowlą darmozjadów, którzy całymi dniami tylko gadają albo nawet piszą: a cóż to za praca? Ale nawet ci, którzy życie uczelni tak właśnie widzą, na ogół z faktu jej posiadania są zadowoleni, w jakimś stopniu ich to kontentuje. Dlaczego? Otóż, myślę, między innymi dlatego, iż wiedzą oni, że prędzej czy później taki uniwersytet wydaje z owego grona nierobów i darmozjadów osobę, która zyskuje rozgłos w świecie i rozsławiając swój uniwersytet rozsławia też społeczność, w której on funkcjonuje. To może nawet – czasami – przynieść zyski nie tylko duchowej natury. A przecież jest i tak, że uniwersytet nie tylko owe osoby z siebie wydaje, ale również podobne osoby do społeczności sprowadza, co też tę społeczność jakby uświetnia. Ale oto, gdy pisałem słowa powyższe, sam siebie zapytałem: czy aby na pewno jeszcze gdzieś takie myślenie funkcjonuje? Kogo w gruncie rzeczy owe uniwersytety obchodzą? Komu naprawdę – poza członkami tej wspólnoty – na nich zależy? Kto świetność uniwersytetu dostrzega jeszcze? I gdy tak sam siebie zapytywałem, oko me padło na okładkę „Odry” (nr 11/02) i zatrzymało się na tytule „Uniwersytet w zbójeckich czasach”. Że czasy są zbójeckie, o tym chyba nie trzeba dziś nikogo specjalnie przekonywać, a kto wciąż w to nie wierzy, niech się odda lekturze felietonów Stanisława Lema, choćby „Rozważań sylwicznych” w tejże „Odrze”. Ale że mają one wpływ na nasze myślenie o uniwersytecie, tegom nie dostrzegł. Chociaż, gdy przeczytałem artykuł Manuela Castellsa „Globalna gospodarka przestępcza”, od razu zacząłem się zastanawiać, jakie w niej miejsce może zajmować właśnie uniwersytet. Lecz była to refleksja poboczna, gdyż naprawdę skupiłem się na szkicu Jerzego Brzezińskiego „Czy potrzebny jest uniwersytet w zbójeckich czasach?”, a szczególnie zajęły mą uwagę słowa następujące: „Uniwersytet nie może się ograniczać do przekazania młodym ludziom wyłącznie ‘zimnej’ wiedzy. Zgoda, jest to podstawowe zadanie uniwersytetu, ale nie zadanie jedyne. (...) Człowiek uniwersytetu to nie tylko ‘specjalista-barbarzyńca’, ale człowiek wrażliwy – wrażliwy na inne wartości, otwarty na różnorodność w tej sferze, empatyczny, czyli człowiek dobrze wykształcony”. I oto, gdym czytał te słowa, przyszło mi do głowy, iż nie do końca się z nimi zgadzam. Nie jestem bowiem wcale przekonany o tym, iż „podstawowym zadaniem uniwersytetu” jest przekazywanie wiedzy. Powiedziałbym nawet, że jest to zadanie tylko do pewnego stopnia istotne – wtedy, gdy nauczyciele akademiccy są owej wiedzy twórcami, gdy ich przekaz ma walor autorski. Często jednak – zwłaszcza w humanistyce – jest trochę inaczej: uczony, owszem, formułuje w trakcie wykładu własne koncepcje i ukazuje nowe kombinacje znanych powszechnie faktów, ale też często daje syntezę wiedzy już zgromadzonej. Otóż, gdy jest tak właśnie – a jest tak jednak w większości wypadków – wówczas nie przekazywanie wiedzy jest istotne, a nauczenie docierania do źródeł i korzystania z nich, a także wskazanie, jak ważne jest krytyczne podejście do już sformułowanych koncepcji czy teorii. Lubię powtarzać w trakcie wykładu, że ja tu jedynie prezentuję własny punkt widzenia, mówię też tylko o tym, nad czym aktualnie pracuję, natomiast gromadzenie wiedzy podstawowej pozostawiam studentom jako czytelnikom licznych opracowań i podręczników. |
|
|