Strona główna

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 1/2003

Zakup kontrlowany
Poprzedni Następny

Szkiełko w oku

Piotr M?ldner-Nieckowski

Fot. Stefan Ciechan

Ostatnio pojawia się coraz więcej doniesień o wykroczeniach w nauce, ale dopiero niedawno „Polityka” (nr 3/2003) opublikowała obszerny artykuł Bianki Mikołajewskiej „Bazar z dyplomami” na temat nieuczciwości studentów i absolwentów szkół wyższych. Można się było tej bomby spodziewać. Kto ma dostęp do Internetu, prędzej czy później musi się natknąć na pakiety ogłoszeń tak zwanych writerów. Jest to nowa grupa zawodowa, która zajmuje się pisaniem i sprzedażą prac dyplomowych. Skupia ludzi, którzy zauważyli, że można na tym zrobić interes, bo warunki sprzyjają wyjątkowo.

Płace inteligentów wciąż są niskie, bezrobocie z kolei jest duże, a instytucjonalne zatrudnienie niepewne. Jeśli ktoś ma odrobinę oleju w głowie i uważnie czyta gazety, szybko dojdzie do wniosku, że dziś można zarabiać w każdy sposób, niekoniecznie na etacie. Wystarczy przeciętna inteligencja i opanowania pewnych schematów, żeby zostać grafomanem i mieć duże pieniądze. Wśród literatów jest to zjawisko dobrze znane, a i publiczność coś o tym wie, bo podsuwa się jej płody marnych autorów jako arcydzieła literatury. Wystarczy przypomnieć ostatnie sztandarowe przypadki Katarzyny Grocholi i Janusza Wiśniewskiego. Przeciętność jest promowana dlatego, że masy chętniej czytają rzeczy łatwe i niewymagające myślenia, gotowe pigułki na nudę i ból głowy. Tekst, który się dobrze sprzedaje, okazuje się najzwyklejszym towarem, takim jak buty i gwoździe.

Rozluźnienie, czy może nawet zniesienie kryteriów jakości w literaturze udziela się wszystkim. Już nie bardzo wiadomo, co jest naprawdę dobre. Jeśli jakąś pozycją zachwyca się dziennikarz w poważnej gazecie, to zapewne ma rację, mimo że pisze tylko o tym, co mu się wydaje i tak, jak mu się wydaje. Obok jego ubogiej intelektualnie recenzji znajdziemy kolumnę z drobnymi ogłoszeniami agencji towarzyskich. Wypromowanie miernoty nie jest trudne, bo ludzie to bez trudu chwytają.

Zatem pisanie może być dzisiaj opłacalne nie ze względu na talenty autorskie, ale dzięki ubóstwu odbioru. książka już nie zalega na półkach księgarskich dlatego, że jest zła, ale dlatego, że jest dobra. Dobra, to znaczy trudna, okupiona latami harówki pisarza.

Pisanie prac dyplomowych przez writerów jest odbiciem tej sytuacji. Trudno sobie wyobrazić, żeby zawodowiec piszący pięć doktoratów i dziesięć prac magisterskich rocznie, a takich jest wielu, mógł spłodzić coś, co sięga choćby przeciętności. Jednak istnieją sposoby, które pozwalają ukryć niski poziom takich tekstów. Do najważniejszych należy schematyzm, który, jak w wypadku literatury, jest obecnie przyjmowany za kryterium jakości. Zawsze był, ale nigdy w takim stopniu. Sztuka polega na odpowiedniej kompozycji kilku elementów: tytułu (im dłuższy, tym mądrzejszy), budowy pracy (wstęp – rozwinięcie – zakończenie), przypisów (cytaty) i pozycji piśmiennictwa (zestaw z katalogu biblioteki). Wystarczy wypełnić to masą pobraną z innych tekstów, najlepiej z uznanych książek albo dobrych prac dyplomowych, poprzestawiać akapity i rzecz gotowa.

Pracę magisterską można tak napisać w tydzień, a że według cenników internetowych kosztuje to 1-2 tys. zł, przelicznik jest bardzo korzystny. Writer może zarobić 75 tys. zł rocznie, dużo więcej niż tłumacz literatury pięknej. Nie musi wychodzić z domu, wszystko załatwia anonimowo za pomocą poczty elektronicznej. Nie musi, a nawet nie może płacić podatków, przecież żaden klient nie zechce wystawić rachunku.

Rzeczywisty odbiorca, promotor, nie może się o tym dowiedzieć. Tu właśnie leży pies pogrzebany. Tekstu nie będzie oceniał nawet dziennikarz, nie zobaczy go też publiczność. Profesor jest sam. Zmęczony, zawalony pracą administracyjną, w wolnych chwilach zajmujący się swoją karierą. Kiedy podczas niedzielnej kolacji uświadamia sobie, że w ciągu tygodnia ma do przeczytania dziesięć prac magisterskich, układa w głowie plan ominięcia raf. Ma doświadczenie i wie, że musi to zadanie potraktować schematycznie. Sprawdzi więc, czy praca ma wstęp, rozwinięcie i zakończenie, czy ma cytaty i przypisy oraz czy piśmiennictwo odpowiada tematowi. Przejrzy koniec wstępu, środek rozwinięcia i początek zakończenia. Zwróci uwagę na niezręczności językowe i merytoryczne (zrobione przez writera celowo) i odda autorowi do poprawek. Autor oczywiście ma już drugą wersję. To podobno zawsze się sprawdza, writerzy na ogół z góry przygotowują poprawki. Jeśli profesora coś tknie, bo wyda mu się, że już podobne dzieło gdzieś widział, to i tak nie ma czasu na sprawdzanie w bibliotekach. Będzie wolał całość „puścić”, niż się męczyć z odszukiwaniem dowodów na plagiat.

Wszystko dlatego, że writerzy nie muszą szukać klientów. Chętni sami się zgłaszają – odszukują odpowiednie ogłoszenie w Internecie i nie licząc się z kosztami (czas przecież jest najcenniejszy) zamawiają towar, który im odpowiada. Praktyka wskazuje, że writera i tym samym jego klienta nie sposób złapać za rękę. Za pieniądze można dziś dostać wszystko, nawet łatę na dziurawe sumienie. Jeśli zakup rozprawy wprawi doktoranta w złe samopoczucie, zawsze może pójść do psychologa, który odświeży mu duszę.

Co jednak zrobią writerzy, jeśli fiskus wyasygnuje niewielką sumę na serię zakupów kontrolowanych?

e-mail: pmuldner@mp.pl 

Komentarze