|
|
Życie akademickieZgodnie z prawem, miałem obowiązek powiadomić prokuratora. Mikołaj Korzec W lipcowym numerze „Forum Akademickiego” (2002) ukazał się mój artykuł Taki wydział. Opisywałem rozmaite nieprawidłowości (m.in. 2 tys. „zrealizowanych”, nie obliczeniowych, godzin dydaktycznych, przeprowadzonych przez jednego z pracowników, problemy z obsadą zajęć, stan badań naukowych wydziału i parę innych) i wyrażałem moje obawy o to, czy uczelnia, w której pracuję, da sobie radę na rynku edukacyjnym. Tekst napisałem w maju. W czerwcu dowiedziałem się, że „kalam własne gniazdo” i zostanę ukarany. NIE MA WYJŚCIAW tym miejscu niewielkie usprawiedliwienie. O wszystkich opisanych w liście faktach poinformowałem dokładnie rok wcześniej (30 maja 2001 roku) władze wydziału i uczelni. Nie mogłem uczynić inaczej, bo rekordzista prowadzący owe 2 tys. godzin pracował akurat w kierowanym przeze mnie zakładzie i, mimo iż o tym nie wiedziałem, czułem się za to w jakiejś mierze odpowiedzialny. Ten sam pan nakłamał też sporo w tzw. arkuszu ocen, a ja, mając poważne (jak się potem okazało, uzasadnione) wątpliwości co do prawdziwości podawanych danych, arkusza nie podpisałem. Pikanterii dodaje sprawie fakt, iż za pracę dydaktyczną (tzn. owe 2 tys. godzin w roku i prowadzenie 32 godzin jednego dnia) otrzymał on ocenę wyróżniającą, a pracujący znacznie od niego lepiej koledzy tylko oceny pozytywne. Małe wyjaśnienie. Specyfiką naszego wydziału jest to, iż jedyną osobą, która bez specjalnych zabiegów ma wgląd w takie informacje o pracowniku, jak np. jego obciążenie dydaktyczne czy oceny okresowe, jest dziekan. Zajęcia przydzielają dyrektorzy instytutów i nie mają obowiązku informować o tym kierowników zakładów, a komisja oceniająca pracownika nie pyta tych kierowników o ich ocenę. Tak więc miałem do wyboru: powiadomić władze uczelni o zaistniałych nieprawidłowościach lub zataić sprawę i być odpowiedzialnym za fałszerstwo arkusza ocen i współodpowiedzialnym za ewidentną lipę w przydziale zajęć. Moja sytuacja była tym gorsza, że sprawdzając (oficjalnych informacji od dyrektorów instytutów nigdy nie otrzymałem) liczbę „prowadzonych” przez naszego rekordzistę zajęć, sporządziłem kserokopie rozkładów zajęć z naniesionymi „zdublowanymi” godzinami (przez połączenie dwu i więcej grup ćwiczeniowych można pobierać nienależną wielokrotność wynagrodzenia) i w ten sposób uzyskałem informację o przestępstwie (wyłudzenie, przedawnia się po 10 latach). Zgodnie z prawem, miałem obowiązek powiadomić o tym prokuratora. Zamiast prokuratora wybrałem rektora. Musiałem też jakoś zareagować na wypowiedzi oburzonych tą oceną kolegów naszego bohatera, którzy sugerowali m.in. związek wyjątkowej przychylności dziekana dla niego z faktem, iż należąca do owego bohatera firma zaopatrywała wydział i znaczną część uczelni w sprzęt komputerowy. Nie wspominam tu, jak widać, o takich drobiazgach, jak np. opublikowany przez Komitet Etyki w Nauce PAN zbiór Dobrych obyczajów w nauce, bo nie chciałbym uchodzić za dziwaka czy jakiegoś dinozaura. Chcę po prostu pokazać, że naprawdę nie miałem innego wyjścia, jak tylko oficjalne powiadomienie władz o stwierdzonych „przekrętach”. Reakcją na to powiadomienie były najpierw przeróżne groźby, a potem próby „rozmydlenia” sprawy. Rzecz cała trwała ponad rok, a efektów, poza rozmaitymi szykanami pod moim adresem, widać nie było. W tym czasie pisałem mnóstwo pism, prosiłem o uzasadnienie podejmowanych przez władze decyzji i wielokrotnie informowałem o zamiarze napisania listu do prasy. Bez rezultatu. PISMO NA PORTIERNINie chciałbym zanudzać opisem kolejnych etapów sprawy, zmierzam więc do finału. W dniach 26-28 września ubiegłego roku byłem na konferencji w miejscu oddalonym o ok. 180 km od miasta, gdzie pracuję. Pierwszy referat miałem 26 września ok. 1100 rano. W przeddzień o 1855 dziekan, pozostawionym w portierni pismem (o piśmie dowiedziałem się przypadkiem od kolegi, który wieczorem był w pracy, i specjalnie przyjechałem, by je odebrać), poinformował mnie, że w związku z rozwiązaniem Zakładu ... prosi o przekazanie wszelkiego sprzętu będącego na wyposażeniu Zakładu ... do kierownika ... w terminie w dniu 30.09.2002. 25 września byłem w pracy od ok. 1000 do 1600 (przygotowywałem materiały na konferencję) i można było przekazać mi to pismo w normalny sposób. 30 września o 1730, również z pozostawionego w portierni pisma (informacja o piśmie również przypadkowa), dowiedziałem się, iż dziekan przenosi mnie do Zakładu ... z dniem 1.10.2002. W dniu tym również byłem w zakładzie w godzinach pracy administracji. Okazało się też, że każdy pracownik „mojego” zakładu przeniesiony został do innego, tak by w żadnym nie było dwóch o „niepewnym” pochodzeniu. Nikt z nas nie ma pojęcia o tematyce, którą zajmują się zakłady, do których nas przydzielono (ja np. jestem matematykiem, a przeniesiono mnie do Zakładu Zarządzania Rozwojem Organizacji, na którym to przedmiocie zupełnie się nie znam). W dniach 1-2 października byłem służbowo (delegację podpisał dziekan) w Warszawie. Po powrocie dowiedziałem się, że wszystkie znajdujące się w pomieszczeniu zakładu przedmioty zostały zajęte przez władze wydziału, a ja mogę mieć do nich dostęp we wtorki i czwartki w godzinach pracy administratora budynku. Sporządzono też protokół obejmujący wyłącznie wyposażenie pokoju, tj. meble i komputery. O dokumentach, moich notatkach, pisanych pracach itp. ani słowa. Wystąpiłem o protokolarne przekazanie mi moich rzeczy. Nie przekazano mi niczego. Zamiast tego sporo należących do mnie przedmiotów wydano – bez jakiegokolwiek pokwitowania – moim kolegom, którzy w dobrej wierze przynieśli mi to do domu. Niektóre dokumenty, np. protokoły egzaminacyjne, wydano pracownikom dziekanatu. W pokoju pozostały m.in. inne protokoły egzaminacyjne, prace studentów i, oczywiście, moje prywatne rzeczy. Spowodowało to problemy w uzyskiwaniu przez studentów zaliczeń, bo nie mając ich prac ani notatek nie mogłem wpisywać ocen. Tak jest do dziś. Mam również poważne problemy z przygotowaniem zajęć. Przez pół roku przygotowywałem do nich materiały (m.in. slajdy), z których obecnie nie mogę korzystać. Nie mogę również kontynuować pisania prac znajdujących się na dyskach komputera, z którego korzystałem, oraz na dyskietkach znajdujących się w zakładzie. Mam wprawdzie kopie sporej części tych prac, jednak odtworzenie pozostałych zajęłoby mi wiele miesięcy. Winny jestem oczywiście ja, bo bez protokołu nie chciałem niczego przejmować. WNIOSEK O UKARANIEOd maja prosiłem o przydział zajęć dla mnie i innych pracowników zakładu. Do 7 października nie otrzymałem żadnej odpowiedzi, a 8 dowiedziałem się, że przydzielono mi zajęcia wraz z terminami ich odbywania dokładnie w te dni, kiedy planowałem udział w seminariach w Warszawie. Nie otrzymałem jednak żadnego formalnego przydziału, a tylko informację ustną od pani z dziekanatu. Ponieważ na kupionym w wydziale rozkładzie zajęcia te przydzielone były innej osobie, poprosiłem o pisemne potwierdzenie przydzielenia mi tych zajęć lub potwierdzoną kopię prawidłowego rozkładu. Nic z tego. W zamian skierowano do Komisji Dyscyplinarnej wniosek o ukaranie mnie za nieodbywanie owych nieprzydzielonych mi zajęć. Idzie o zajęcia z dwóch tygodni, potem – mimo braku oficjalnego przydziału – zajęcia odbywałem. Epilog jest następujący. Mimo iż wszystkie opisane wyżej fakty potrafię udowodnić (mam stosowne pisma), a nieprzepracowane zajęcia odrobiłem w innych terminach, rzecznik dyscyplinarny skierował sprawę do Komisji. Eks-dziekan – odpowiadający za nadużycia finansowe (ok. 70 tys. zł z tytułu „zdublowanych” godzin i kilka lub kilkanaście – nikt nie wie ile, NIK też nie potrafiła tego ustalić – milionów z tytułu niepłacenia uczelni należności przez jej nielegalne filie i bałagan na wydziale – otrzymał wysoką nagrodę pieniężną i piastuje teraz stanowiska kierownika zakładu oraz zastępcy dyrektora instytutu. Finansowo chyba jeszcze zyskał. Nasz stachanowiec, pracujący 2 tys. godzin rocznie (to tylko u nas i bez tzw. godzin przeliczeniowych za prace dyplomowe; licząc wszystkie aktywności jest to ponad 3000 godzin, a z przeliczeniami ok. 4 tys.), ma się dobrze i został właśnie dziekanem w jednej ze szkół prywatnych, gdzie eks-dziekan jest udziałowcem. Ciekaw jestem opinii Redakcji i Czytelników. Zainteresowanym mogę udostępnić kopie pism związanych ze sprawą. Nie chcę szkodzić uczelni (ani sobie) bardziej niż muszę; proszę więc o zachowanie moich danych do wyłącznej wiadomości Redakcji. 15 stycznia 2003 Publikujemy artykuł pod pseudonimem. (red.) |
|
|