|
|
Na marginesach naukiLeszek Szaruga System na ogół pozwala na życie uporządkowane, bezpieczne, przewidywalne. System nas chroni. Ale bywa też, że staje się naszym wrogiem. Od zawsze przecież bunt przeciw Systemowi był impulsem powodującym wyrwanie z rutyny, z mechanicznego powtarzania gotowych schematów postępowania. Piszę o tym nie bez powodu. Oto mamy do czynienia z instytucją przyznającą pieniądze na projekty naukowe – niech nią będzie np. KBN (ale tylko na przykład, bardzo proszę mnie o nic nie podejrzewać!). Zgłaszamy do owej instytucji nasz pomysł i czekamy na decyzję. Instytucja, by decyzję podjąć, korzysta z usług naszych koleżanek i kolegów po nauce, do których wysyła przygotowany przez nas konspekt prac badawczych z prośbą o ocenę. Dostawszy taki konspekt i prośbę o recenzję zabieramy się do roboty, wiemy bowiem, że koleżanki i koledzy czekają na naszą opinię. Solidnie analizujemy przedstawiony projekt, zastanawiamy się nad możliwością jego realizacji w takich, a nie innych warunkach, piszemy sążnistą – lub przeciwnie: kilkuzdaniową – recenzję, obliczamy punktację. Wkładamy w to wszystko sporo wysiłku, chcąc nie tylko rzetelnie sprawę załatwić, ale też pozostać uczciwym wobec siebie. Projekt nam się podoba, nawet bardzo. Dostrzegamy wszakże, że być może zespół nad nim pracujący to nie tylko geniusze, ale też kilku przeciętniaków (odejmujemy jeden punkt). Widzimy jakieś mankamenty, drobne, ale których nie sposób pominąć (a skoro je widzimy, znów odejmujemy punkt). Piszemy sążnistą recenzję, w której podkreślamy, że pomysł jest jak najbardziej nowatorski, pionierski nawet, wart pieniędzy, które na jego realizację są niezbędne. Listem poleconym priorytetowym (chodzi o termin!) wysyłamy rzecz do instytucji. Tymczasem my, którzyśmy prędko i rzetelnie projekt naszych koleżanek i kolegów recenzowali, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku opowiadamy o tym znajomym przy piwie. Powiadamy im, że jest taki fantastyczny projekt – bez szczegółów, bez nazwisk – który się nam niezwykle spodobał, są w nim niewielkie mankamenty, owszem, ale to w końcu bez znaczenia dla obrazu całości i dla korzyści, jakie przyniesie realizacja przedsięwzięcia. I tu wspominamy mimochodem o dwóch-trzech odjętych punktach. Wiecie jak jest, mówimy, w końcu w recenzji wszystko jest wyjaśnione, a przecież nie mogę, gdy nie jestem przekonana/przekonany, dawać maksimum. Na to słyszymy: No, toście dopiero zrobili koleżankom lub kolegom przysługę niedźwiedzią, utopiliście świetny projekt, załatwiliście sprawę na cacy. Słysząc to zaczynacie się dziwić (i od razu widać, jacy to wy naiwni jesteście): No niby dlaczego utopiliśmy, przecież przeciwnie, bardzo, ale to bardzo podkreślaliśmy potrzebę tych badań, owocność tego przedsięwzięcia. Słyszycie na to: Czegoś tak śmiesznego od dawnaśmy nie słyszeliśmy, to niezwykle zabawne. Patrzycie na waszych rozmówców i już kompletnie nie wiecie, o co chodzi, dlaczego ich tak skręca, skąd taka radość w nich podejrzana. Ale za chwilę już będziecie wiedzieli, o co naprawdę chodzi. Ktoś bierze was na bok i poucza: Czyście z byka spadli? Czy nie wiecie, na jakim to świecie nam żyć przyszło? Trochę to pytanie was zastanawia i odpowiadacie pytaniem obronnym: No, na jakim? Na to wasz interlokutor: Ha, na takim, że jak nie dacie stu punktów na sto, to mowy nie ma o kasie. Trzeba dawać maksimum. Recenzji w tych komisjach nie czytają, tylko na punkty patrzą. Reszta to podkładka, na przykład dla Najwyższej Izby Kontroli. Taka jest prawda i innej nie ma. Taki jest System. Dzieje się więc tak, że znajomi znajomych – już na ogół wtajemniczonych w działanie Systemu – na recenzentów typują i cała ta karuzela kręci się dalej. Szkoda, myślisz sobie, na to pieniędzy. Może po prostu od razu wszyscy niech sobie te sto procent stu procent przyznają, a komisja niech losuje. Będzie i taniej, i szybciej. I w dodatku higienicznie będzie, dorzucasz. |
|
|