Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 2/2003

Schodzenie w dół
Poprzedni Następny

Szkiełko w oku

Piotr M?ldner-Nieckowski

Fot. Stefan Ciechan

W czasie pewnej – dosłownie i w przenośni – akademickiej dyskusji nad stylem nauczania na studiach wyższych, a właściwie nad potrzebą gruntownej reformy dydaktyki, obracano się wokół problemu doboru szczegółów z zakresu poszczególnych przedmiotów. Każdy z dyskutantów, a byli to profesorowie naprawdę wybitni i znani, starał się przeforsować swój wąski zakres dziedziny, którą reprezentuje, i udowodnić, że absolwenci, którzy nie znają jakichś bardzo drobiazgowych elementów wiedzy, nigdy nie będą umieli korzystać z niej jako całości. Szczerze mówiąc byłem tą przepychanką, bo trudno to nazwać inaczej, zgorszony. Jak centralizm w polityce, tak zmuszanie studentów do bezmyślnego wkuwania rzemiosła musi przynosić złe skutki. Dziwi nas, dlaczego nasi uczniowie, ludzie z dyplomami wcale niezłych uczelni są słabymi pracownikami, szukają nowych zawodów i nie nadają się na przywódczą kadrę narodu. Codziennie stykamy się z marnymi urzędnikami, kierownikami czy biznesmenami. Może nikt nie ma odwagi pokazać ich palcem, ale przecież wiemy, że jest ich wielu, zbyt wielu.
Myślę, że wspomniana dyskusja w pewien sposób odpowiada na pytanie, czy moglibyśmy uczyć młodzież lepiej. Odpowiada ? rebours. Dydaktyka akademicka powinna być bowiem zaprzeczeniem myślenia standardowego, schematycznego i powierzchownego. Mówi się nawet – w czasie oficjalnych wystąpień i patetycznie rzecz jasna – że nauczanie wyższe polega na pogłębionym podawaniu wiedzy. Pytanie tylko, jak ludzie rozumieją przymiotnik „pogłębiony”? Szczegółowy? Sięgający aż do podstaw? Dokładny? Odnoszę wrażenie, że niestety nie inaczej. Przeciętny nauczyciel akademicki jest niezadowolony, jeśli w czasie wykładu zapomniał studentom o czymś powiedzieć, na przykład wspomnieć, że omawiana cząstka jądra atomowego może przybierać jeszcze inną formę niż była mowa. Albo że poziome ułożenie serca może być nieszkodliwą odmianą genetyczną. Biedni przyszli fizycy! Biedni młodzi lekarze! Nie będą wiedzieli tak ważnych rzeczy!
Takie rozumienie dydaktyki nazywamy szkolnym albo licealnym. Oczywiście, zrąb wiedzy wymaganej do wykonywania rzemiosła na wysokim poziomie jest niezbędny. Ale jest równie oczywiste to, że nawet w ciągu pięciu czy sześciu (medycyna!) lat studiów student nie będzie w stanie nauczyć się wszystkiego. Natomiast powinien się nauczyć samokształcenia.
Kazimierz Obuchowski pisze, że w naszej kulturze preferowanym sposobem obierania zawodu jest wczesne jego określanie, ze wskazaniem od razu wąskiej specjalizacji. Jest to równie niebezpieczne, jak zbyt ogólne formułowanie sensu życia, bez konkretyzowania, co się przez to rozumie. Tej tendencji poddają się nie tylko kandydaci na dorosłych, ale i sami dorośli, w tym nauczyciele. Z pozoru może się wydawać śmieszne, że profesor analizy uważa swój przedmiot za królową matematyki, ale kto uważnie słucha, o czym się mówi na radach wydziału, ten wie, jak częste to zjawisko.

W czasach wczesnej młodości w poszukiwaniu rozwiązania tego problemu czytywałem prace Stefana Garczyńskiego, Adama Troskolańskiego, Zbigniewa Pietrasińskiego czy Jarosława Rudniańskiego. Niestety, niewiele się dowiedziałem. Nauczyłem się łatwego zapamiętywania i szybkiego czytania, konstruowania prac naukowych, korzystania ze znanych wzorców rozwiązań, ale nie dowiedziałem się, jak być samodzielnym. Musiałem to zrobić sam. Kiedy podchodzi do mnie na korytarzu studentka i pyta, czy mógłbym jej w skrócie powiedzieć wszystko o szyku wyrazów w zdaniu, bo jest to temat jej pracy magisterskiej, to chce mi się płakać. Nie pomyślała nawet, że skoro profesor zgadza się na taki temat, to pewnie nie jest to dziedzina, którą można streścić w ciągu trzech minut. Nigdy nie usłyszała, jak to się stało, że jej promotor doszedł do tytułu naukowego i kierownictwa katedry. Być może jedynym jej skojarzeniem było karierowiczostwo, a resztę uznała za przypadkowy dodatek do kariery. Jakiej kategorii musiały być wykłady tego nauczyciela, jeśli uczniowie niczego nie zrozumieli?

Skarżył mi się jeden z adiunktów, że po obszernym wykładzie na temat pleonazmów i tautologii, dość typowych błędów językowych, polegających na powtarzaniu znaczeń w zdaniu, studentka zapytała go, czy będzie „schodził w dół” do dziekanatu. Śmiał się, że nie zauważyła, iż zwrot „schodzić w dół” jest pleonazmem. Po trzech godzinach zajęć na ten temat!

Co można powiedzieć o takim wykładowcy? Tylko tyle, że trzy godziny to naprawdę aż nadto, żeby w studentach na zawsze wyrobić nawyk rozpatrywania zdań pod kątem nielogicznych powtórek. Nasz adiunkt jednak tego nie zrobił. Nie ośmieszył błędów, ale siebie. Nie pokazał, jak on unika pleonazmów, jak rozwiązuje problemy nieekonomiczności tekstów i jak krytycznie patrzy na wypowiedzi. Natomiast beznamiętnie przeczytał wypisy ze słownika. Uznał, że to wystarczy, bo liczba przykładów przekroczyła setkę.
Szkoda było czasu. Tą wiedzą, skrzętnie notowaną przez słuchaczy, niczyjego myślenia nie uruchomił.

e-mail: pmuldner@mp.pl 

Komentarze