|
|
Szkiełko w okuPiotr M?ldner-Nieckowski W czasie pewnej – dosłownie i w przenośni – akademickiej dyskusji nad stylem nauczania na studiach wyższych, a właściwie nad potrzebą gruntownej reformy dydaktyki, obracano się wokół problemu doboru szczegółów z zakresu poszczególnych przedmiotów. Każdy z dyskutantów, a byli to profesorowie naprawdę wybitni i znani, starał się przeforsować swój wąski zakres dziedziny, którą reprezentuje, i udowodnić, że absolwenci, którzy nie znają jakichś bardzo drobiazgowych elementów wiedzy, nigdy nie będą umieli korzystać z niej jako całości. Szczerze mówiąc byłem tą przepychanką, bo trudno to nazwać inaczej, zgorszony. Jak centralizm w polityce, tak zmuszanie studentów do bezmyślnego wkuwania rzemiosła musi przynosić złe skutki. Dziwi nas, dlaczego nasi uczniowie, ludzie z dyplomami wcale niezłych uczelni są słabymi pracownikami, szukają nowych zawodów i nie nadają się na przywódczą kadrę narodu. Codziennie stykamy się z marnymi urzędnikami, kierownikami czy biznesmenami. Może nikt nie ma odwagi pokazać ich palcem, ale przecież wiemy, że jest ich wielu, zbyt wielu. W czasach wczesnej młodości w poszukiwaniu rozwiązania tego problemu czytywałem prace Stefana Garczyńskiego, Adama Troskolańskiego, Zbigniewa Pietrasińskiego czy Jarosława Rudniańskiego. Niestety, niewiele się dowiedziałem. Nauczyłem się łatwego zapamiętywania i szybkiego czytania, konstruowania prac naukowych, korzystania ze znanych wzorców rozwiązań, ale nie dowiedziałem się, jak być samodzielnym. Musiałem to zrobić sam. Kiedy podchodzi do mnie na korytarzu studentka i pyta, czy mógłbym jej w skrócie powiedzieć wszystko o szyku wyrazów w zdaniu, bo jest to temat jej pracy magisterskiej, to chce mi się płakać. Nie pomyślała nawet, że skoro profesor zgadza się na taki temat, to pewnie nie jest to dziedzina, którą można streścić w ciągu trzech minut. Nigdy nie usłyszała, jak to się stało, że jej promotor doszedł do tytułu naukowego i kierownictwa katedry. Być może jedynym jej skojarzeniem było karierowiczostwo, a resztę uznała za przypadkowy dodatek do kariery. Jakiej kategorii musiały być wykłady tego nauczyciela, jeśli uczniowie niczego nie zrozumieli? Skarżył mi się jeden z adiunktów, że po obszernym wykładzie na temat pleonazmów i tautologii, dość typowych błędów językowych, polegających na powtarzaniu znaczeń w zdaniu, studentka zapytała go, czy będzie „schodził w dół” do dziekanatu. Śmiał się, że nie zauważyła, iż zwrot „schodzić w dół” jest pleonazmem. Po trzech godzinach zajęć na ten temat! Co można powiedzieć o takim wykładowcy? Tylko tyle, że trzy godziny to naprawdę aż nadto, żeby w studentach na zawsze wyrobić nawyk rozpatrywania zdań pod kątem nielogicznych powtórek. Nasz adiunkt jednak tego nie zrobił. Nie ośmieszył błędów, ale siebie. Nie pokazał, jak on unika pleonazmów, jak rozwiązuje problemy nieekonomiczności tekstów i jak krytycznie patrzy na wypowiedzi. Natomiast beznamiętnie przeczytał wypisy ze słownika. Uznał, że to wystarczy, bo liczba przykładów przekroczyła setkę. e-mail: pmuldner@mp.pl |
|
|