|
|
Felieton redakcyjnyByło słonecznie i rześko, mówią jedni. Wspaniałe warunki dla narciarzy. I komu to przeszkadzało? A teraz tylko deszcze, powodzie, mgły i grypa! Było już nie do wytrzymania zimno, mówią inni. Podniebne hałdy śniegu oraz gołoledź dopiekły i kierowcom, i pieszym. Jak długo można? Spór trwa od zawsze i nie spodziewam się jego zakończenia. Sam należę zdecydowanie do stronnictwa ciepłolubnych, więc kapryśne przedwiośnie jest dla mnie znakiem odchodzenia w niepamięć tego, co skostniałe, i zapowiedzią bliskiego okresu kwitnienia. Wszystko, czego nie znoszę – a przede wszystkim przenikający aż do rdzenia zamróz – spływa właśnie z wiosennymi powodziami do dalekiego morza. Nawet chmury, z których często pada ni to deszcz, ni to śnieg, nie są już tak czarne, bo za nimi słońce. Niebagatelne znaczenie ma też stopniowe pozbywanie się kolejnych warstw wierzchniego okrycia. „Lekko mi, rzeźwo, lubo”, jak mawiał Poeta. Malkontent powie, że spod topniejącej zmarzliny wyłaniają się wszechobecne śmiecie, które biały całun litościwie skrywał przed naszymi oczami. Prawda, ale to, że śmieci nie widać, nie znaczy, że ich nie ma (tegoroczna zima pokazała to szczególnie dobitnie!). Od czegóż zresztą wiosenne porządki? W tym roku potrwają aż do czerwca. Dla leserów to przykra wiadomość, ale nie można się skarżyć. Poziom naszej higieny nie jest szczególnie wygórowany. Przyda się żelazna miotła. A potem już wakacje! Cierpliwości! Marek Remiszewski |
|
|