|
|
W poszukiwaniu korzeniJedną z gatunkowych cech homo sapiens jest umiłowanie opowieści. Dlatego ludzie lubią słuchać gawęd o ewolucji swojego gatunku. Jakkolwiek współczesne opowieści dotyczące pochodzenia człowieka pozbawione są akcentów moralizatorskich, w obecnym piśmiennictwie ciągle obecny jest pewien element struktury narracyjnej. Paleoantropolodzy, opisując wydarzenia związane z „przekształcaniem małp człekokształtnych w ludzi” nadal przedstawiają je tak, jakby każde z nich było przygotowaniem do następnego. „Nasi przodkowie stali się dwunożni, by wytwarzać narzędzia i broń oraz by ich używać, użytkowanie narzędzi umożliwiło wzrost wielkości mózgu i rozwój mowy”. W ten sposób można zacząć opis książki Lewina. Autor, znany u nas z Szóstej katastrofy, snuje opowieść o ewolucji człowieka starannie, spokojnie i, jak na wprowadzenie przystało, niezwykle jasno. Ponieważ badania związane z ewolucją człowieka cechują się złożonością metodologiczną i znajdują się, by rzec językiem Kuhna, w stadium przedparadygmatycznym (mimo wyspecjalizowanych metod, wyniki zmieniają się czasem radykalnie i w znaczącym stopniu zależne są od założeń wyjściowych), Lewin wprowadza czytelnika w kwestie ewolucji jakby na dwóch poziomach: poziomie analiz metodologicznych i poziomie treściowego wprowadzenia w zagadnienia naszego pochodzenia. Części I i II to metodologiczno-historyczny wstęp do opowieści, czyli historia poglądów na istotę człowieka i rodowód gatunku homo sapiens oraz opis podstawowych metod paleoantropologii (metody datowania znalezisk, różnice między systematyką opartą na morfologii a tą, która oparta jest na metodach biologii molekularnej). Część III daje morfologiczną, socjobiologiczną charakterystykę naszego gatunku. Z kolei części IV–VII to właściwa opowieść, po której następują rozdziały poświęcone „współczesnym” (prehistorycznym) dziejom człowieka. Marek Lechniak Roger Lewin, Wprowadzenie do ewolucji człowieka, tłum. Andrzej Jacek Tomaszewski, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2002, seria: Wprowadzenia. Nauki Przyrodnicze.
Kultura za Odrą
Ludzie prości, ludzie niepokorni... to zbiór esejów łączących spojrzenie historyka i antropologa. Norbert Schindler jest naukowcem o szerokim kręgu zainteresowań. Oprócz nauk politycznych i germanistyki, studiował filozofię oraz historię. Jest cenionym badaczem kultury ludowej, a książkę, o której mowa, pisał w latach 80. To jego pierwsza praca, jaka trafia do rąk polskiego czytelnika. Każdy z esejów dotyka odrębnego tematu. Schindler pisze m.in. o: ekonomii w kulturze społeczeństwa mieszczańskiego i warstw ludowych, o logice przezwisk czy też o kulturze śmiechu w XVI w. Darmo szukać tu spranych schematów czy powielanych interpretacji. Do obrazu kultury niemieckiej badacz wnosi indywidualne spojrzenie. Na podstawie materiałów źródłowych udaje się mu przejść ponad surowymi faktami i beznamiętnymi uogólnieniami. Zbliża się natomiast do tego, co jednostkowe, stara się pokazać konkretnego człowieka. Historia kultury nie spełnia się tu w statystykach ksiąg urodzeń czy zgonów, wychodzi również poza akta procesowe i inne dokumenty, na których opierał się niemiecki historyk. Pod piórem Schindlera zwyczaje mieszczan czy ludu nabierają rumieńców. Kiedy na przykład czytamy o karnawałowym obyczaju ciągnięcia pługa przez niezamężne kobiety, które w ten sposób karcono za zbyt długie pozostawanie w stanie panieńskim, przed oczami rysuje się dziwaczna we współczesnym odbiorze scena. Wplecione w opis fragmenty oryginalnych mów, wierszy i ludowych przyśpiewek dopełniają obrazu. W innym z esejów znajdziemy rozważania na temat nocy, a ściślej – zakłócania ciszy nocnej. W szkicu o Historii społecznej nocy w początkach nowożytności poznajemy najbardziej zmasowany atak rytuału katolickiego na porę nocną, jakim była organizacja w XVI w. wielkopiątkowych procesji. Miał to być jeden ze sposobów zastąpienia nocnych hulanek bardziej chwalebnymi praktykami. Co prawda, przy okazji dochodziło do scen niezamierzonych i spłycenia działań rytualnych, czego dowodem są słowa ówczesnego kaznodziei obserwującego procesje: Niektórzy żarli, chlali, grali, bluźnili tak, że się ziemia rozstąpić chciała, ale w Wielki Czwartek tak się biczowali, że broczyli krwią niczym świnie... Ludzie prości... nie są może lekturą najłatwiejszą, choćby ze względu na momentami wyszukany język czy obfitość przypisów. Niektórym czytelnikom odbiór może utrudniać nikła znajomość zagadnień kręgu kulturowego, w którym porusza się Schindler. Zapewniam jednak, że gra jest warta świeczki. Osoby lubiące historię albo zwyczajnie zainteresowane korzeniami kultury europejskiej spędzą przy tej książce niejedną pasjonującą chwilę. Beata Maj Norbert Schindler, Ludzie prości, ludzie niepokorni... Kultura ludowa w początkach dziejów nowożytnych, tłum. Barbara Ostrowska, Wydawnictwo Wiedza Powszechna, Warszawa 2002, seria: Klio w Niemczech.
Kumulacyjna ewolucja kulturowa
Jaki mechanizm biologiczny spowodował istotne zmiany w zachowaniu i poznaniu w tak krótkim czasie? Zdaniem Michaela Tomasello, stało się tak za sprawą procesów transmisji kulturowej. Są nimi m.in.: naśladowanie przez młode ptaki śpiewu typowego dla gatunku, uczenie się przez młode szympansy używania narzędzi poprzez obserwację dorosłych osobników czy przyswajanie przez dzieci konwencji językowych innych członków własnej grupy społecznej. Ale czy istnieją różne rodzaje transmisji kulturowej? Czy któryś z nich jest specyficzny dla człowieka? Dowody na to są nie do odparcia. Podstawowy to fakt, iż tradycje kulturowe i wytwory człowieka akumulują modyfikacje w czasie, w sposób, jakiego nie znajdziemy u żadnego innego gatunku zwierząt. Proces ten nazywa się kumulatywną ewolucją kulturową. Właściwie żaden ze złożonych wytworów człowieka ani żadna praktyka społeczna (...) nie zostały stworzone przez pojedynczego człowieka czy grupę ludzi nagle i raz na zawsze. Poszczególne jednostki lub grupy tworzyły raczej prymitywną wersję danego przedmiotu lub praktyki, a następnie późniejsi użytkownicy modyfikowali je lub „ulepszali”. Kumulacyjna ewolucja kulturowa wyjaśnia znakomitą część spektakularnych osiągnięć poznawczych człowieka. Dzięki niej, ludzki rozwój poznawczy zachodzi w środowisku coraz nowszych wytworów i praktyk społecznych, które w każdym momencie reprezentują coś, co można nazwać zbiorową mądrością całej grupy społecznej, zgromadzoną w trakcie całej historii jej kultury. Dzieci mogą więc w pełni uczestniczyć w tej „wspólnocie poznawczej” już od około dziewiątego miesiąca życia, kiedy po raz pierwszy pojawiają się próby wspólnego z innymi członkami gatunku zwracania uwagi na coś oraz uczenia się naśladowczego od i przez innych. (...) Nowe rozumienie i nowe zdolności tworzą zatem podstawę wejścia dziecka w świat kultury. W efekcie każde dziecko, które jest w stanie rozumieć członków swego gatunku, jako podobne sobie istoty intencjonalne/mentalne, czyli każde dziecko, które posiada społeczno-poznawczy klucz do historycznie ukształtowanych poznawczych wytworów swej grupy społecznej, może uczestniczyć w kolektywności (wspólnocie) znanej jako poznanie ludzkie. Taką optymalną sytuację Tomasello zestawia z sytuacją dziecka autystycznego i wyobrażonego dziecka „dzikiego”. W pierwszym przypadku nie może się ono wspiąć na dostępne „ramiona poznawcze”, w drugim są one dla niego niedostępne. Autor stawia też i udowadnia hipotezę, iż poznanie ludzkie posiada specyficzne dla Homo sapiens właściwości zarówno na poziomie filogenetycznym, historycznym, jak i ontogenetycznym. (ami) Michael Tomasello, Kulturowe źródła ludzkiego poznawania, tłum. Joanna Rączaszek, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2002, seria: Biblioteka Myśli Współczesnej.
W słabej kondycji
Transformacja ustrojowa i jej moralne skutki to rzadko bezpośredni przedmiot badań socjologicznych. Fakt ten, a zwłaszcza ważność problematyki moralnej w radykalnie zmieniającym się społeczeństwie polskim, skłoniły Komitet Socjologii PAN do przygotowania ekspertyzy dotyczącej kondycji moralnej społeczeństwa polskiego. Miała ona uwzględnić zarówno aspekty instytucjonalne, jak i mentalno-kulturowe zmian. Badania rozpoczęto po 1989 r. w dziedzinie społecznej, gospodarczej i politycznej, starając się odseparować przemiany wynikające z przeszłości od tych, które były odzwierciedleniem aktualnych tendencji. Owocem badań jest ta praca. Autorzy zwracają uwagę, że doświadczenie względności wartości i norm moralnych staje się składnikiem tzw. nowoczesności, a względność ta zaznacza się zarówno na poziomie refleksji teoretycznej, jak i, przede wszystkim, na poziomie oceny postaw i zachowań. Daje się zaobserwować proces przejścia w etyce od orientacji normatywnej do sytuacyjnej. Polskie społeczeństwo, spośród wielu konkurujących propozycji etycznych, zaczęło wybierać wartości odpowiadające mu w danej chwili. W braku ważnych i niezmiennych reguł etycznych nastąpiła, i nadal trwa, erozja moralności propagowanej przez oficjalne systemy etyczne. Zaobserwowany kryzys moralności polega m.in. na zastępowaniu wartości etycznych pragmatycznymi i prakseologicznymi. Stan ten spowodował zachwianie obiektywnego porządku moralnego, niezbędnego do samorealizacji osoby. Zatarcie bądź zniesienie granic między dobrem a złem w pewnych kręgach społecznych spowodowało dezorientację moralną. Zmianie uległo również pojmowanie szczęścia. Dziś oznacza ono zaliczanie krótkotrwałych, intensywnych wrażeń lub doznań, niekiedy dość ryzykownych. Nastąpił też nawrót do machiawelizmu. Powszechne stają się postawy osiągania celów bez względu na środki. Naczelnym postulatem nowoczesności staje się możliwość dokonywania wyboru spośród wielu proponowanych wartości i norm, także w dziedzinie moralnej. W sekularyzowanym świecie, w którym funkcjonuje permisywizm i relatywizm moralny, istnieje także niebezpieczeństwo nihilizmu moralnego, związanego z negacją lub nieobecnością w życiu codziennym nawet podstawowych wartości i norm moralnych. W warunkach nasilającej się anonimowości i postępów indywidualizmu zmniejsza się gotowość do oceny postępowania innych pod kątem moralnym. Coraz rzadsze są reakcje oburzenia moralnego, które tak bardzo zespalało społeczność – szczególnie wiejską – do początku lat 90. XX w. Autorzy dochodzą do wniosku, iż w warunkach radykalnych przemian społeczno-kulturowych, gospodarczych i politycznych kondycja moralna społeczeństwa polskiego wydaje się coraz bardziej wieloznaczna, niejasna, a więzi moralne bliskie niekiedy atrofii. Pogorszenie się jednak kondycji moralnej nie wyklucza szans rewitalizacji. Nie jesteśmy bowiem poddani jedynie procesom rozkładu wartości i norm moralnych. Poszczególne osoby, grupy społeczne, instytucje bronią i proponują wartości moralne zdolne przeobrazić społeczeństwo od wewnątrz. Bogdan Bernat Kondycja moralna społeczeństwa polskiego, red. J. Mariański, Wydawnictwo WAM, POLSKA AKADEMIA NAUK, Komitet Socjologii, Kraków 2002.
Jak inwigilowano profesorów
Teczki prowadzone były pod różnymi kryptonimami, np. „Senat” czy „Wenecja”. Zawsze starano się uzasadnić wrogość w stosunku do Polski Ludowej, jej ustroju i władzy. A nie było to łatwe, gdyż nie istniały faktyczne podstawy do podejrzeń. Wiele spraw celowo przedstawiano jako wrogą działalność. Profesorowie UJ nie byli wrogami Polski Ludowej, nie spiskowali przeciwko władzy, nie zakładali żadnych organizacji zbrojnych czy politycznych. Rzecz jasna, wychowani w XIX-wiecznej tradycji myślenia politycznego, nie myśleli kategoriami marksizmu–leninizmu, nie kochali nowego ustroju i często dawali to do zrozumienia. Stąd doniesienia, śledztwa, inwigilacja, czasami bardzo kosztowna, jak chociażby zakładanie podsłuchów telefonicznych w mieszkaniach. Działania tego typu, często niesłychanie drobiazgowe, mogły być prowadzone tylko dzięki donosom. Uczelnia była pełna szpiclów. Z dogłębnej analizy tekstów wynika, że oficerowie UB i SB, nie mogli zamknąć sprawy, gdyż wciąż wpływały nowe doniesienia o rzekomej wrogiej działalności. Tworzyło to przysłowiowe błędne koło. Wystarczyło, że Henryk Wereszycki poczęstował swego rozmówcę koniakiem, a już pojawiały się zarzuty, że prowadzi burżuazyjny styl życia, gdy naród buduje socjalizm. Jeszcze gorzej było, gdy któryś z profesorów oblał na egzaminie niedouczonego aktywistę organizacji młodzieżowej. Sytuacja ta utrudniała profesorom życie, stawała się trudna do zniesienia. Donosiciele byli wszędzie, wywodzili się spośród studentów, pracowników dziekanatów, młodszych pracowników naukowych, zdarzali się też profesorowie. Zainteresowania tajnych służb były wszechstronne. Zarzucano wielu profesorom, że w pierwszych latach powojennych utrzymywali stosunki z premierem polskiego rządu na emigracji Stanisławem Mikołajczykiem, a później już w kraju, gdy był wicepremierem i prezesem PSL, że wspierali go w działalności politycznej. Wiele spraw było wyraźnie naciąganych i celowo wyolbrzymianych, aby zgodnie z wówczas obowiązującą doktryną, stworzyć nastrój zagrożenia ludowego państwa. Zgodzić się trzeba z podstawową tezą książki Terleckiego, że w tym czasie UJ miał dwa oblicza. Jedno oficjalne, które toczyło się według określonych zasad, nawet z manierami akademickimi. Na pierwszy rzut oka wyglądało, że wszystko jest w porządku. Drugie życie było niejawne, pełne intryg, podstępów tajniaków i ich współpracowników, politycznych intrygantów i zwykłych karierowiczów, których nie brakuje w każdej epoce. Wpływało to na życie profesorów i ich dorobek naukowy. Nie pozwalano im na publikowanie niektórych książek, zabraniano wznowień, cenzurowano, niektórym uniemożliwiano też zdobycie tytułów naukowych. Ludwik Malinowski Ryszard Terlecki, Profesorowie UJ w aktach UB i SB, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002.
Książki nadesłane
|
|
|