Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 3/2003

Zacofaństwo i coś jeszcze
Poprzedni

Na marginesach nauki

Leszek Szaruga

Fot. Stefan Ciechan

 Z przyjemnością wyłowiłem z przeglądu prasy „Tygodnika Powszechnego” smakowity cytacik z „Nature” o tym, że „polskiej nauce potrzebna jest gruntowna reforma”. Zdanie to poparte jest wypowiedzią prof. Leszka Kaczmarka, pracującego w Międzynarodowym Instytucie Biologii Molekularnej i Komórkowej, który powiada: „Najważniejszy problem polega na tym, że w Polsce finansuje się instytucje, a nie naukowców, i że 90 proc. polskich profesorów przechodzi na emeryturę w tej samej instytucji, w której zaczynali pracę”.

W tym samym przeglądzie czytam wypowiedź szefa KBN, Michała Kleibera: „Trudno jest przekonać ludzi w Polsce, by inwestowali w naukę”. Nadzieją jest Unia Europejska, której urzędnicy, zdaje się, mają lepsze zrozumienie tego zagadnienia. Ale czy rzeczywiście można na owych urzędnikach polegać? Pytam nie bez powodu. Oto bowiem – swoją drogą, chyba za dużo czasu poświęcam lekturze prasy – czytam z kolei w „Polityce” artykuł prof. Jerzego Kowalskiego-Glikmana zabawnie zatytułowany „Kwantowy stan Griszki z Igorem”, a w nim takie oto wynurzenia na temat nauki: „Jest ona kosztownym przedsięwzięciem, na które społeczeństwa łożą olbrzymie pieniądze. Ich podziałem zajmuje się armia biurokratów. Muszą oni na przykład ocenić, którym ze startujących w konkursie projektom badań należy przyznać granty. Ponieważ biurokracja rządzi się swoimi procedurami, za główne kryterium oceny dorobku naukowego przyjęło się uważać liczbę prac opublikowanych w periodykach specjalistycznych. W ten sposób powstał wymierny i łatwy w obsłudze wskaźnik jakości nauki, a jednocześnie cała odpowiedzialność za podział pieniędzy została zrzucona na barki samych naukowców, którzy w tych periodykach pełnią społecznie funkcje recenzentów”.
Cóż, raz społecznie, raz niespołecznie, to jednak nie ma większego znaczenia. Wśród kryteriów przyznawania grantów bierze się w końcu pod uwagę nie tylko ocenę dorobku naukowego petenta. Ważna jest końcowa liczba punktów, jakie projekt zgromadził – pisałem o tym niedawno – a opinia wyrażona w rubryce „słownie” nikogo z tych biurokratów, a już niebawem i eurokratów, w najmniejszym stopniu nie obchodzi. Rzecz najsmutniejsza, że również nasze koleżanki i nasi koledzy, którzy pojawiają się w gremiach mających wpływ na rozdział pieniędzy, z biegiem czasu – na ogół dość przyspieszonym biegiem – nabierają urzędniczych zwyczajów, przestają zwracać uwagę na „detale”, a skupiają się na tym, co stanowi istotę ich działalności: na kompletowaniu podkładek, dzięki którym, w razie wszelkich kontroli czy innych sprawdzianów, mogą być kryci. Tak działa ten mechanizm, tak funkcjonuje zrutynizowany fundament dalekich od rutyny – jeśli mają być owocne i kreatywne, muszą się od rutyny oddalać – badań.

Pognębia ową sytuację dodatkowo fakt, iż rzeczywiście inwestycje w naukę są na ogół dofinansowywaniem instytucji, nie zaś łożeniem na naukowców. System grantowy ma się temu w jakimś stopniu przeciwstawiać – w końcu to finansowanie konkretnych, prowadzonych przez podpisanych z imienia i nazwiska badaczy, projektów – ale on też się, ze swej właśnie biurokratycznej natury, musi wypaczać. O tym, że te wszystkie mechanizmy działają nie tak, jak byśmy sobie tego życzyli, nawet nie warto dyskutować – koń, jaki jest itd. W efekcie, jak relacjonuje autor omawiający artykuł z „Nature”: „Polska profesura nie chce poddać się ocenie z zewnątrz, co jest rutyną w UE”.

Wnioskować z tego należy, że owładnięta jest ta polska nauka niezwykle już groźnym zacofaństwem. I pewnie tak jest, a obrazu nie zmieniają odkrycia i osiągnięcia, często nawet niezwykle widowiskowe, jak choćby odnotowywane przez prasę osiągnięcia polskiej astronomii, w szczególności w sferze odkrywania nowych planet i innych ciał niebieskich czy odkrycie u wybrzeży Antarktydy nowej wyspy, którą polscy uczeni mają prawo po swojemu nazwać. Zacofaństwo nasze jest, bez wątpienia, efektem braku środków, ale w dużej mierze także skutkiem złej organizacji, utrzymywania mechanizmów sprzyjających rutynie i zasiedziałości.

To ostatnie wydaje się interesujące. Zastanowiło mnie przytoczone wyżej zdanie, iż „90 proc. polskich profesorów przechodzi na emeryturę w tej samej instytucji, w której zaczynali pracę”. Wedle autora tej wypowiedzi, jest to stan niepożądany. Dlaczego jednak? Czy rzeczywiście duża mobilność kadry naukowej ma być oznaką zdrowia i wskaźnikiem rosnącej dynamiki rozwojowej? Owszem, kontrakty to rzecz ważna i, bez wątpienia, pozwalająca pobudzić profesjonalizm pracownika lepiej niż stały i bezpieczny etat zakończony ciepłą emeryturą. Ale to przecież nie jest jedyne rozwiązanie. W szczególności wówczas, gdy mamy do czynienia ze społeczeństwem raczej mało mobilnym, nieskorym do nagłego porzucania wymoszczonego gniazda i podążania w niewiadomą siną dal. I choć trudno zaprzeczyć temu, iż odnajdywanie się w nowej przestrzeni i budowanie nowych kontaktów często pobudza intelektualnie, to przecież nie wszystkich i nie zawsze.

Taki model życia – ludzi w ruchu, swoistych nomadów, także w nauce – jest dość oczywisty w Stanach Zjednoczonych, gdzie przenoszenie się z jednej uczelni na drugą czy ze stanu do stanu jest rzeczą niemal oczywistą. Ale w mniejszej mierze ten sposób bycia sprawdza się w Europie. Owszem, i tutaj ma swych zwolenników. Obserwuję w Niemczech – przynajmniej w porównaniu z tym, co się dzieje u nas – dość żywą mobilność mych koleżanek i kolegów. Wszakże nie jest to regułą i zapewne długo jeszcze nie będzie. A nadto, myślę sobie, są instytucje – np. uniwersytety – dla których fakt zachowania stabilności kadr jest sam w sobie wartością.

Komentarze