Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 3/2003

Standardy

Poprzedni

Na marginesach nauki

Leszek Szaruga

Fot. Stefan Ciechan

 Chodzenie ze studentami na piwo ma rozliczne wady. Miewa wszakże również wprost niebywałe zalety. Oto siedzi człowiek w młodym towarzystwie i prowadzi poważne rozmowy na tematy naukowe lub co najmniej okołonaukowe. Obok też rozmowy prowadzą. Słyszę, jak dwóch młodych wymienia się doświadczeniami. Zrobili zrzutkę na roku, by opłacić się egzaminatorowi. Ile? Sporo, sześć tysięcy. Coś ty – powiada jeden z rozmówców – tyle nie weźmie. Za mało.

Nic w tej rozmowie tak mnie nie zdziwiło, jak jej tonacja. Ot, standard. Nikogo nie dziwi branie, nikogo nie dziwi dawanie, nikt się o tym nie krępuje rozmawiać. Temat jak temat. Ten bierze tyle, tamta tyle, ten jeszcze ciekawie wykłada, a tam z kolei można dostać niezłą pracę parę razy w tygodniu. Świat, w którym żyjemy. Świat, którego reguły są zarazem znane i niepochwytne. Niepochwytne zaś są dlatego, że niepisane. Spisane być nie mogą, gdyż stałyby się podstawą do sformułowania aktu oskarżenia. A przecież nie jest tym zainteresowany nikt poza grupą niepraktycznych, pozbawionych kontaktu z realiami utopistów. To nieliczna grupa, a bywa niebezpieczna przez swą naiwność. Nie daj Boże, by komuś z tej grupy wpadły do ręki takie spisane reguły. Ten idiota wywlecze je na światło dzienne, narobi szumu, doprowadzi do awantury, którą trzeba będzie długo wyciszać, a w dodatku wszystkim poważnie myślącym ludziom – którzy wiedzą, do czego służy nauczanie i czym jest studiowanie – przez czas jakiś będzie utrudniać normalne życie. W końcu każdy wie, że studia nie są do studiowania, lecz do otrzymania dyplomu ich ukończenia. I każdy wie, że nie po to są nauczyciele akademiccy, by wierzyli, że czegokolwiek nauczą, lecz po to, by podpisywali indeksy i zaliczali kolejne przedmioty. A jak się zalicza przedmioty...

To wszystko niby banalne. I gdyby nie awantura, zwana aferą Rywina, zapewne nie przypomniałaby mi się historyjka, którą za chwilę przedstawię. Przedtem jednak chciałbym kilka słów w sprawie wartości, choć to niby nie na temat. Także w naszym uczelnianym życiu może się czasem okazać, że warto przywołać pojęcia godności i honoru. Zrobiłem to w trakcie zajęć dotyczących dziennikarstwa. Myślałem, że mnie studenci wyśmieją. Ale nie, potraktowali rzecz poważnie. Ze zdumieniem zauważyłem, że ich to jednak obchodzi, choć gdy zadałem im do napisania felieton o „sprawie Rywina”, bardzo się krzywili. Krzywili się dlatego, iż obawiali się, że będę im się kazał „angażować politycznie”, czego naprawdę nie lubią.
nikogo, rzecz jasna, nie oskarżam. Przypominam sobie tylko, jak to przed kilku laty wpadłem na końcówkę egzaminu do kolegi w pokoju obok. Egzamin był z zaocznymi. Wtedy jeszcze zdarzali się wśród nich zaganiani do dyplomów nauczyciele. Kolega był człowiekiem raczej łagodnym i niezbyt skłonnym do wycinania zdających, tym bardziej że to już był rok bodaj czwarty i nie chciał nikomu czynić zła więcej niż to konieczne. Zdawały właśnie ostatnie ofiary. Siadłem obok, by na kolegę poczekać i przysłuchiwałem się odpowiedziom. Szczególnie rozbawiła mnie jedna.

Studentka otrzymała do analizy wiersz Barańczaka, tym się od innych różniący, iż mówił coś o upływie czasu, a zapisany został w kształcie klepsydry. Wpatruje się dziecię w utwór i milczy. Wreszcie mój przyjaciel postanawia podsunąć odpowiedź. – No – pyta – niech się pani zastanowi, jaki kształt mianowicie przedstawia sobą ów tekst? Dziewczę, ucieszone niezmiernie, woła radośnie: – Kokardkę! Jaką, do diabła kokardkę?! – wykrzykuje zaskoczony kolega. No, ale nieco zezłoszczony, a nieco też i rozbawiony, po paru dodatkowych pytaniach wpisuje jednak do indeksu trójkę.

Wreszcie zdaje ostatnia. Siada, podaje indeks, który mój kolega zaczyna przeglądać. Nagle nieruchomieje i – jakby weń piorun strzelił – wpatruje się intensywnie w oblicze siedzącej naprzeciw studentki. Widzę, że zbladł. W końcu: – Co to jest? – pyta. Głos mu drży. Ja zaś wciąż nie wiem, o co chodzi. Obserwuję jedynie, że z kolei zdenerwowana robi się studentka i z pewnością nie jest to już zdenerwowanie egzaminacyjne. – To – powiada – panie doktorze, to my chcieliśmy... no chcieliśmy... że tak miłe były te zajęcia z panem doktorem... to myśmy chcieli się wywdzięczyć.

To nie były wcale takie duże pieniądze. Tysiąc złotych raptem. Kolega dostał szału, zaczął coś mówić o tym, że cofnie egzamin, że żałuje, że ich tak łagodnie traktował, że jeśli chcieli go obrazić, nie mogli chyba wybrać lepszego sposobu. Zdenerwowany był wprost nieproporcjonalnie do rozmiarów afery. Ja zaś przyglądałem się temu i powtarzałem w myślach wersy „Potęgi smaku” Zbigniewa Herberta: „Kto wie gdyby nas lepiej i piękniej kuszono/ słano kobiety różowe płaskie jak opłatek/ lub fantastyczne twory z obrazów Hieronima Boscha”. To, myślałem, czekając aż się awantura zakończy, zupełnie niezły utwór do egzaminacyjnej analizy. Wreszcie wszystko umilkło i ruszyliśmy na piwo. Tym razem bez studentów.

I teraz myślę, że to była dobra sytuacja, by zrobić sprawę. W dodatku myślę, że obaj z kolegą popełniliśmy przestępstwo. On nie doniósł o próbie wręczenia mu łapówki. Ja – jako świadek zdarzenia, który w ogóle nie był na nic narażony – też nie doniosłem. Więcej: obaj w rozmowie przy piwie zastanawialiśmy się jedynie nad tym, jak to możliwe, że owi studenci, którzy chcieli się za – zdany już! – egzamin opłacić, uznawali to za rzecz normalną. Tak naturalną, jak oddychanie. Bo jeśli tak uważają, mówiliśmy, to znaczy, że czynią tak nie po raz pierwszy. A czynią tak nie po raz pierwszy dlatego, że czynienie tak właśnie to standard, do którego przywykli. I pewnie – dodał kolega – teraz uważają mnie za ostatniego frajera. Albo myślą, że nie wziąłem tylko dlatego, że ty byłeś w pokoju.

Od tego czasu z zasady nie wchodzę do pokojów egzaminujących koleżanek i kolegów.
.

Komentarze