Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 3/2003

Krótkie drogi nerwowe

Poprzedni Następny

Szkiełko w oku

Piotr M?ldner-Nieckowski

Fot. Stefan Ciechan

Mimo ogromnych postępów w lekarskiej diagnostyce obrazowej i laboratoryjnej, intuicja zawsze będzie w medycynie królowała. Nieuświadomione, błyskawiczne myślenie. Im jestem starszy, tym bardziej wierzę w ten cud ludzkiego umysłu. Jeden z moich starszych kolegów, dr Zbigniew Herman mawiał żartobliwie, że najbardziej imponują mu lekarze, którzy mają krótkie drogi nerwowe. A poważnie dodawał: „Wyobraź sobie siebie w czasie wojny na pustyni, gdzie nie ma usg, ekg ani nawet rurki do OB. Będziesz musiał się zdać na zmysły i to coś”.
Pamiętam anegdotę mojej babki o prof. Antonim Gluzińskim, który już przed pierwszą wojną światową, zanim zrobił karierę w Warszawie, był postacią znaną we Lwowie. Pewnego dnia wraz z kolegami szedł ulicą i natknął się na kobietę, która podniosła z chodnika smoczek, oblizała, po czym włożyła swojemu dziecku do ust. Wśród młodych lekarzy rozgorzała dyskusja o niskim poziomie higieny Polaków i o tym, że przy takim stanie wiedzy społeczeństwa o mikrobach nigdy nie uda się zwalczyć chorób zakaźnych. Kiedy wyczerpali gniew, odezwał się Gluziński: „Ależ ona dobrze zrobiła! Dziecko uczy się odporności i matka mu ją przekazuje!”. Dziś, kiedy patrzę na przesadną higienę współczesnych matek, które każą rodzinie chodzić po domu w maskach chirurgicznych (bo synuś ma być zdrowy!), rozumiem, co, opierając się na intuicji, powiedział profesor prawie sto lat temu, kiedy o odporności nie wiedziano właściwie nic. Ostrzegał przed przesadą, bo tak mu podpowiadała intuicja. Obecnie mamy setki dowodów naukowych na to, że jedną z przyczyn gwałtownego narastania liczby przypadków alergii u dzieci jest brak tzw. immunizacji, czyli kontaktu z czynnikami zakaźnymi. Dziecko w dzieciństwie musi trochę pochorować, żeby dobrze się trzymać przez resztę życia.

Zresztą Antoni Gluziński często dawał i później popisy tego rodzaju. Kiedyś, już w Warszawie, w czasie porannego obchodu w klinice, wszedł do czterdziestoosobowej sali, zmrużył oczy, przyjrzał się łóżku na końcu pomieszczenia i ryknął: „A kto mi na dyżurze położył ten tyfus pod oknem?”. Tę opowieść słyszałem od dr. Romana Dzierżanowskiego, a przypomniała mi się niedawno, kiedy pielęgniarka, pani Jadzia Kunka, szepnęła od progu gabinetu: „Panie doktorze, przyszedł pacjent z gruźlicą”. Skąd wiedziała? Przecież nawet sam chory nie miał o swojej chorobie zielonego pojęcia. To już nie tylko intuicja, ale znakomity zmysł obserwacji i ogromne doświadczenie. Rozpoznanie na pierwszy rzut oka. I to z daleka!

Czasem można oniemieć, kiedy się widzi, jak wiele zależy od owych krótkich dróg nerwowych. W oddziale, w którym pracowałem, od wielu miesięcy leżała chora, z którą zupełnie nie mogliśmy dać sobie rady. Chorowała na czyraki. Leczyliśmy ją antybiotykami, a co tydzień przychodził chirurg i nacinał ropnie. Ledwie zagoiły się jedne, pojawiały się następne w innych miejscach ciała. I tak w kółko. Badania bakteriologiczne, i Bóg wie, jakie jeszcze, nie dawały żadnej odpowiedzi. Mieliśmy tej pani naprawdę dosyć, ale współczuliśmy i tylko dlatego nie odsyłaliśmy jej do leczenia ambulatoryjnego, czyli, mówiąc językiem pacjentów, do domu. Ktoś jednak sobie przypomniał, że chorą badali już wszyscy specjaliści z wyjątkiem dermatologa. „A, poprośmy jeszcze i specjalistę chorób skórnych, chociaż nie wierzę, żeby to coś zmieniło” – powiedziała zniechęcona pani ordynator. Jakoż pojawiła się młoda osóbka, nawiasem mówiąc śliczna, i w naszej licznej obecności przystąpiła do badania. Jak to dermatolog, założyła ręce do tyłu, po czym poleciła pacjentce, żeby się rozebrała. Obejrzała ją ze wszystkich stron, a następnie niespodziewanie poprosiła o zdjęcie materaców z łóżka pacjentki. Tak uczyniono, ale po obejrzeniu pościeli wzruszyła ramionami. Sama nie wiedziała, dlaczego „coś jej kazało” oglądać bieliznę nieszczęsnej kobiety. Pani doktor już miała zrezygnować z dalszego badania i zaczęła wychodzić z sali, kiedy nagle zawróciła. Zażądała, żeby wyjąć szufladę z szafki pacjentki i wyrzucić z niej całą zawartość. Ku naszemu zdumieniu z szafki wypadły pakiety igieł lekarskich, używane materiały opatrunkowe i inne drobiazgi, których nie opiszę ze względu na wrażliwość czytelników. Zrozumieliśmy!

Tak się wyjaśniła tajemnicza choroba naszej podopiecznej. Pani doktor zwróciła nam uwagę na to, że wszystkie ropnie, które dotychczas miała pacjentka, znajdowały się w miejscach, do których sięgała jej ręka. A więc sama się nakłuwała brudnymi igłami i wywoływała czyraki.

Dalsze leczenie kontynuowano w szpitalu psychiatrycznym. Już nigdy pani doktor nie spotkałem. Nie zapamiętałem nazwiska. Ale nigdy nie zapomnę jej dziewczęcej twarzyczki.
Oto co znaczą krótkie drogi nerwowe. Jest to właściwość, z której człowiek zajmujący się na co dzień medycyną zupełnie nie zdaje sobie sprawy. Nie czuje, że tę cechę ma, ale jeśli jej nie ma, to też o tym nie wie. Trochę tak, jak z głupotą, tylko na odwrót. Dlatego niektórzy całe życie tkwią w tym zawodzie, choć nie powinni.

e-mail: pmuldner@mp.pl 

Komentarze