Krótkie drogi nerwowe |
Szkiełko w okuPiotr M?ldner-Nieckowski Mimo ogromnych postępów w lekarskiej diagnostyce obrazowej i laboratoryjnej, intuicja zawsze będzie w medycynie królowała. Nieuświadomione, błyskawiczne myślenie. Im jestem starszy, tym bardziej wierzę w ten cud ludzkiego umysłu. Jeden z moich starszych kolegów, dr Zbigniew Herman mawiał żartobliwie, że najbardziej imponują mu lekarze, którzy mają krótkie drogi nerwowe. A poważnie dodawał: „Wyobraź sobie siebie w czasie wojny na pustyni, gdzie nie ma usg, ekg ani nawet rurki do OB. Będziesz musiał się zdać na zmysły i to coś”. Zresztą Antoni Gluziński często dawał i później popisy tego rodzaju. Kiedyś, już w Warszawie, w czasie porannego obchodu w klinice, wszedł do czterdziestoosobowej sali, zmrużył oczy, przyjrzał się łóżku na końcu pomieszczenia i ryknął: „A kto mi na dyżurze położył ten tyfus pod oknem?”. Tę opowieść słyszałem od dr. Romana Dzierżanowskiego, a przypomniała mi się niedawno, kiedy pielęgniarka, pani Jadzia Kunka, szepnęła od progu gabinetu: „Panie doktorze, przyszedł pacjent z gruźlicą”. Skąd wiedziała? Przecież nawet sam chory nie miał o swojej chorobie zielonego pojęcia. To już nie tylko intuicja, ale znakomity zmysł obserwacji i ogromne doświadczenie. Rozpoznanie na pierwszy rzut oka. I to z daleka! Czasem można oniemieć, kiedy się widzi, jak wiele zależy od owych krótkich dróg nerwowych. W oddziale, w którym pracowałem, od wielu miesięcy leżała chora, z którą zupełnie nie mogliśmy dać sobie rady. Chorowała na czyraki. Leczyliśmy ją antybiotykami, a co tydzień przychodził chirurg i nacinał ropnie. Ledwie zagoiły się jedne, pojawiały się następne w innych miejscach ciała. I tak w kółko. Badania bakteriologiczne, i Bóg wie, jakie jeszcze, nie dawały żadnej odpowiedzi. Mieliśmy tej pani naprawdę dosyć, ale współczuliśmy i tylko dlatego nie odsyłaliśmy jej do leczenia ambulatoryjnego, czyli, mówiąc językiem pacjentów, do domu. Ktoś jednak sobie przypomniał, że chorą badali już wszyscy specjaliści z wyjątkiem dermatologa. „A, poprośmy jeszcze i specjalistę chorób skórnych, chociaż nie wierzę, żeby to coś zmieniło” – powiedziała zniechęcona pani ordynator. Jakoż pojawiła się młoda osóbka, nawiasem mówiąc śliczna, i w naszej licznej obecności przystąpiła do badania. Jak to dermatolog, założyła ręce do tyłu, po czym poleciła pacjentce, żeby się rozebrała. Obejrzała ją ze wszystkich stron, a następnie niespodziewanie poprosiła o zdjęcie materaców z łóżka pacjentki. Tak uczyniono, ale po obejrzeniu pościeli wzruszyła ramionami. Sama nie wiedziała, dlaczego „coś jej kazało” oglądać bieliznę nieszczęsnej kobiety. Pani doktor już miała zrezygnować z dalszego badania i zaczęła wychodzić z sali, kiedy nagle zawróciła. Zażądała, żeby wyjąć szufladę z szafki pacjentki i wyrzucić z niej całą zawartość. Ku naszemu zdumieniu z szafki wypadły pakiety igieł lekarskich, używane materiały opatrunkowe i inne drobiazgi, których nie opiszę ze względu na wrażliwość czytelników. Zrozumieliśmy! Tak się wyjaśniła tajemnicza choroba naszej podopiecznej. Pani doktor zwróciła nam uwagę na to, że wszystkie ropnie, które dotychczas miała pacjentka, znajdowały się w miejscach, do których sięgała jej ręka. A więc sama się nakłuwała brudnymi igłami i wywoływała czyraki. Dalsze leczenie kontynuowano w szpitalu psychiatrycznym. Już nigdy pani doktor nie spotkałem. Nie zapamiętałem nazwiska. Ale nigdy nie zapomnę jej dziewczęcej twarzyczki. e-mail: pmuldner@mp.pl |
|
|