Ciemna masa |
Na marginesach naukiLeszek Szaruga Zawsze bawiło mnie śledzenie podobnych do siebie struktur odległych (pozornie) od siebie zjawisk. Dlatego też ucieszyła mnie wiadomość o tym, że astrofizyka zaczęła badać to, co określa się mianem ciemnej materii, stanowiącej, jak się zakłada, ponad 90 proc. masy naszego wszechświata. Istnienie takiej „ciemnej masy” jest widocznie warunkiem dobrego funkcjonowania tych nielicznych odsetek „masy widzialnej”. Zależność ta zapewne jest obustronna. Tak jest przecież z mózgiem. wiadomo wszak, że wykorzystujemy zaledwie parę procent szarych komórek, jakimi natura nas obdarzyła. Ale tak jest też przecież z ludzką społecznością, w której twórczo czynnych jest ledwie kilka procent, gdy reszta stanowi „ciemną masę”. Nie znaczy to przecież, że ta „ciemna masa” nie wypełnia określonych, niezwykle ważnych funkcji, bez których przeżycie nie byłoby możliwe. Decydująca jednak o losach całości jest żywotność owej masy „jasnej”. To chyba tak, jak w strukturze społeczności pszczelej – uśmiercenie królowej oznacza rozpad całości. Można zapewne wskazać więcej takich analogii i podobieństw. Czy dają się między nimi odnaleźć istotne podobieństwa i czy w ogóle sensowne jest zestawianie ze sobą takich zjawisk, trudno przesądzać. Bo cóż może wynikać z tego, że zarówno oset, jak jeż oraz maczuga wyposażone są w kolce? No, może tyle, że w każdym wypadku służą one do obrony. Tyle, że istotę kolca nietrudno wyjaśnić. Jakim kolec jest, każdy widzi. Rzecz w tym jednak, że nikt nie widzi, lub widzi dość słabo, czym jest owa „ciemna masa”. Wiadomo jedynie, że jest to masa ilościowo przeraźliwie dominująca. Przynajmniej tyle już „widać”. Więcej nawet. Sama świadomość faktu, iż nasze poznanie jest ledwie ułamkiem promila naszego niepoznania, sama logika nakazuje raczej na niepoznaniu się skupić niż na poznaniu. Teoria niepoznania w zasadniczy sposób też ukaże wyższość „ciemnej masy” ludzkiej społeczności nad nieliczną garstką „oświeconych”. Daje nam to szanse przekroczenia i przezwyciężenia ograniczeń nawet tak postępowej teorii poznania, jaką usiłują skonstruować postmoderniści, którzy, przy wszystkich swoich zaletach, mają tę poważną wadę, iż, nawet może wbrew własnym intencjom, obiektywnie stają raczej po stronie mniejszości niż większości, a ich erudycyjne popisy do „ciemnej masy” raczej przystępu nie mają. Niewiedza zdaje się być potężniejsza od „wiedzy”. Warto by twórczo rozwinąć słynne sformułowanie Sokratesa, który twierdził, iż „wie, że nic nie wie”. To twierdzenie niczego jeszcze naprzód nie posuwa, lecz zdaje się mieć samo w sobie równie mocną sankcję niepoznawczą, jak w sferze poznawczej teza Kartezjusza, mówiąca: „Myślę, więc jestem”. „Wiem, że nic nie wiem” jest zdaniem prostszym i łatwiejszym do przyswojenia niż ów oświeceniowy wygibas intelektualny, który od dziesiątków lat poddawany jest wciąż nowym analizom. „Wiem, że nic nie wiem” takich komentarzy i rozbiorów nie potrzebuje, jest zdaniem zrozumiałym samo przez się, a zatem w swej prostocie genialnym. Dlatego też winno stać się niepodważalnym, nieredukowalnym aksjomatem niepoznania. Niepoznanie sprawi też – zmuszając nas do reinterpretacji dotychczasowej „wiedzy” – że to, co uznawaliśmy za poznane, zmieni się nie do poznania. Nie do poznania zatem stanie się też to, co „widzialne”, a co w świetle procesów zaciemniających okaże się, być może, niewidzialne, a przynajmniej niedowidziane czy też niedopoznane. Rozwinięcie i przetworzenie teorii niepoznania z pewnością też sprawi, że zrówna się egzystencjalny status tego, co poznane i tego, co nie poznane. Przy czym cała sprawa musi pociągnąć za sobą pewne istotne przeobrażenia gramatyki, w szczególności zaś doprowadzi do ponownego rozważenia zasad pisowni z „nie”: nie poznane i niepoznane, nie zbadane i niezbadane, nie znane i nieznane. Jest to ważne, bo wskazuje, że teoria niepoznania jest czymś z zasady odmiennym niż proste poznanie negatywne. Przede wszystkim chodzi tutaj o pełne, a nie połowiczne tylko, jak proponują postmoderniści, wyzwolenie się z represyjnej przestrzeni „nauki”. To wyzwolenie wieść musi ku żmudnemu, ale zwyciężającemu z historycznie nieuniknioną koniecznością konstruowaniu „nieuki”, dziedziny niepoznania i dowolności, czyli: do wolności (tu istota zabiegów przeobrażających zasady pisowni wydaje się jeszcze wyraźniej widoczna, a może nawet, co brzmi jedynie z pozoru nielogicznie, niewidoczna). Jedno zdaje się nie ulegać wątpliwości – nieuka ma zasadniczą przewagę nad nauką, a nieukowcy nad naukowcami. Ta pierwsza jest domeną większości dotąd poddawanej moralnemu szantażowi i wyzyskiwanej również materialnie, gdyż poprzez aparat państwowy zmuszanej do łożenia swych podatków m.in. na ową naukę właśnie. Dość tego. I nie trzeba iść daleko, by ów postulat zyskał żywy oddźwięk. Bez wątpienia bowiem nasi parlamentarzyści – a przynajmniej ich nieukowa większość – z radością przyjmą nasze postulaty, zmierzające może nie do całkowitego obcięcia wydatków na naukę, ale przynajmniej ich sprawiedliwego (a to znaczy: proporcjonalnego do stanu rzeczy) rozdziału między sfery naukowe i nieukowe. To logiczne, czyli nielogiczne. Zdać sobie bowiem musimy sprawę z tego, że zdań nielogicznych w przestrzeni naszych nieporozumień jest więcej niż logicznych, gdy tymczasem dominujący dyskurs logiki zdaje się zmierzać do całkowitego wyeliminowania stanowisk z nim niezgodnych, co przecież jest głęboko niesłuszne i dla wielu upokarzające. A upokorzyć się nie pozwolimy. Godność wszak jest wartością nieredukowalną. |
|
|