Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 6/2003

Słowiańska saga

Poprzedni Następny

Badania naukowe

Jedynym wyjaśnieniem pojawienia się na Islandii charakterystycznych 
półziemianek jest obecność w grupach pierwszych osadników islandzkich 
osób zapewne pochodzenia słowiańskiego.

Piotr Kieraciński

Fot. Robert Żukowski

Półziemianka ze Sveigakot na Islandii

 W średniowieczu na Lofotach kwitło miasto Vagan. Jego znaczenie opierało się na połowach dorsza, wówczas głównego produktu eksportowego Norwegii. Do niedawna nie było wiadomo, gdzie leżało tajemnicze Vagan, które znikło z kart historii z początkiem XV stulecia. Zagadkę rozwiązały badania, które w początku lat 80. prowadził na Lofotach prof. Przemysław Urbańczyk z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN.

– Byłem akurat po doktoracie i szukałem nowego tematu badań – wspomina. Rozprawę poświęcił zagadnieniom teoretycznym – metodyce prowadzenia wykopalisk i procesom stratyfikacyjnym. Wtedy jeszcze metodyka prowadzenia uporządkowanych badań i ich właściwej dokumentacji nie była powszechnie znana archeologom, a w każdym razie nie była stosowana w praktyce wykopaliskowej. Szukając nowego pola badań, wysłał ofertę współpracy do archeologów norweskich z uniwersytetu w Tromso, uczelni położonej najdalej na północ na świecie. Chciał ich zainteresować swoimi umiejętnościami prowadzenia wykopalisk. Norwegowie postanowili przekonać się, jak u siebie w kraju Urbańczyk zrealizował zagadnienia, które teoretycznie przedstawił w doktoracie. Dwoje archeologów z Tromso odwiedziło Czersk, gdzie kopał Urbańczyk oraz Pułtusk, gdzie kopał Andrzej Gołębnik. Oględziny zrobiły na nich takie wrażenie, że wkrótce obaj polscy archeolodzy wyjechali do Norwegii.

Przemysław Urbańczyk miał przygotować metodyczną stronę wykopalisk na Lofotach. Norwegowie, na podstawie danych ze źródeł pisanych, zachowanych do dziś nazw topograficznych oraz śladów na powierzchni, wytypowali lokalizację tajemniczego Vagan. – Już w 1982 r., gdy otworzyliśmy tam mały wykop sondażowy, trafiliśmy na grube warstwy kulturowe – wspomina prof. Urbańczyk. Pod warstwą darni znaleziono pozostałości budynków, kości i ceramikę. Następny sezon wykopaliskowy potwierdził przypuszczalną lokalizację Vagan.

SUSZONY DORSZ

Na Lofotach nie było w średniowieczu zwartego osadnictwa. Klimat i uboga gleba uniemożliwiały wyżywienie większej liczby osób zamieszkujących w jednym miejscu. Każda rodzina mieszkała wśród własnych pól, a wsie i miasta nie istniały. Jednak każdego roku w lutym wody przybrzeżne wysp roiły się od ławic dorszy. Średniowieczne rygorystyczne chrześcijaństwo sprawiało, że w ciągu roku było bardzo wiele dni postnych. Zatem popyt na ryby był w Europie spory. Nie istniała natomiast dobra metoda konserwacji żywności, gdyż soli nie wydobywano na taką skalę, jak później. Suszone na mrozie dorsze z Lofotów trafiały więc na stoły niemal całej Europy. W gabinecie uczonego w IAiE PAN w Warszawie od 18 lat wiszą na ścianie dwa płaty suszonego dorsza z Lofotów. Prof. Urbańczyk zapewnia, że po ugotowaniu jeszcze dzisiaj nadawałyby się do zjedzenia.

Wróćmy jednak do Vagan. Wraz z dorszami w lutym w „mieście” pojawiali się okoliczni rolnicy, którzy zimą zajmowali się połowem ryb, oraz kupcy, a za nimi – królewscy poborcy podatkowi. Ośrodek tętnił życiem przez cztery miesiące, a potem pustoszał aż do następnej zimy.

Norwesko-polski zespół odkrył zwartą zabudowę domów z drewna i darni na kamiennych fundamentach. Skąd drewniane domy na Lofotach, gdzie nie ma lasów? Otóż, można tam znaleźć wyrzucone na ląd drewno dryftowe, przyniesione przez Prąd Zatokowy aż z Ameryki Północnej. – Takie bale, pięknie obrobione przez morze, niemal gotowe do użycia, widziałem potem na Islandii – mówi Urbańczyk. Tamtejsze drewno dryftowe pochodzi dla odmiany z... Syberii. W Vagan odkopano sporo pozostałości średniowiecznych domów o ścianach z darni, u podstawy grubych na około półtora metra, i podobnym pokryciu dachów.

Była to architektura charakterystyczna dla całej północnej Skandynawii. Stosowano ją od czasów rzymskich niemal po wiek XX. – Umiejętność budowy domów „z niczego” warunkowała zasiedlenie surowych, pozbawionych lasów ziem północnych – mówi prof. Urbańczyk. – Takie budownictwo spotyka się od Lofotów przez Wyspy Owcze aż po Islandię, Grenlandię i Nową Fundlandię, gdzie także znaleziono zbudowaną tą metodą około roku 1000 osadę Leifa Erikssona.

Okres świetności Vagan skończył się na początku XV stulecia. Przyczynić się do tego mogła wielka epidemia „czarnej śmierci”, która w 1348 r. spustoszyła Norwegię. Z pewnością wpływ na upadek tego ośrodka połowu i handlu suszonymi rybami miało upowszechnienie się w Europie nowej metody konserwacji ryb – solenia. – Tak więc udało nam się zweryfikować archeologicznie dane ze źródeł pisanych – podsumowuje badania prof. Urbańczyk.

TAJEMNICZY WIKINGOWIE

W Norwegii kopał jeszcze przez kilkanaście lat. Były to głównie badania ratownicze. – W 1992 r. w Bodo, podczas odkrywania osady z okresu wikińskiego, złożonej z typowych długich darniowych domów skandynawskich, znaleźliśmy coś niezwykłego – dom wkopany w ziemię. Mała półziemianka miała wymiary ok. 3 na 3 metry, drewniane słupy w narożnikach i przy ścianach oraz kamienny piec umieszczony w rogu. Żadnemu ze skandynawskich uczonych, biorących udział w wykopaliskach, niczego to nie przypominało. Dla Polaka jedyną paralelą do tego obiektu były półziemianki znane z całego obszaru zamieszkanego przez wczesnośredniowiecznych Słowian. Dokładnie tak wyglądają domy odkrywane od Nadodrza po Bałkany i od Dniepru po Alpy. – Wtedy pomysł ten wydał mi się zbyt egzotyczny i zwariowany, aby o nim mówić – wspomina uczony.

Nie dawał mu jednak spokoju. Poszukiwania w literaturze pozwoliły stwierdzić, że podobne domy znajdowano też w innych częściach Skandynawii. Interpretowano je bądź jako sauny, bądź jako magazyny nabiału, czy wreszcie jako specjalne pomieszczenia tkaczy (znajdowano w nich bowiem ciężarki tkackie). – Nikt nie wpadł na to, że mogą to być domy słowiańskich uczestników wypraw wikińskich – mówi Urbańczyk.

Najwięcej tego typu półziemianek odkryto na Islandii. Urbańczyk zreferował swoją hipotezę na kilku konferencjach międzynarodowych. Większości skandynawskich kolegów pomysł uczestnictwa Słowian w kolonizacji Islandii wydawał się niedorzeczny. Powszechne jest bowiem tradycyjne przekonanie, że to Skandynawowie byli motorem postępu w północnych rejonach Europy wczesnośredniowiecznej. To oni łupili dwory i klasztory, ale też zakładali miasta i inicjowali powstawanie nowych państw – np. Rusi.

Jednak w 1999 r. prof. Urbańczyk został zaproszony do udziału w wykopaliskach na Islandii. Wszystkie z odkrytych tam półziemianek pochodzą z pierwszego okresu osadnictwa, głównie z X wieku. Były też zawsze najstarszymi domami w osadach zakładanych na dziewiczych terenach. Nie potrafiono jednak wytłumaczyć, skąd takie dziwne domy na obszarach skolonizowanych przez skandynawów. I znów pojawiły się przedziwne interpretacje, mówiono np., że były to tymczasowe domostwa, które stawiano naprędce, na czas budowy właściwych, długich domów skandynawskich. Życie wkrótce obaliło ten argument. Podczas badania północnoislandzkiej osady w Sveigakot, założonej we wczesnej fazie osadnictwa, znaleziono półziemiankę, która była użytkowana intensywnie i długo. – Znaleźliśmy tam kilkanaście poziomów z paleniskiem przesuwanym w różne miejsca – mówi Urbańczyk. Zapewne dopiero wzory dominującej w okolicy kultury sprawiły, że kolejne pokolenie mieszkańców osady zbudowało „normalny” skandynawski dom naziemny. Zdaniem polskiego uczonego, jedynym wyjaśnieniem pojawienia się na Islandii charakterystycznych półziemianek jest obecność w grupach pierwszych osadników islandzkich osób zapewne pochodzenia słowiańskiego, znających zasady budowy półziemianek i lubiących w takich domostwach mieszkać.

DZIWNE OSADY

Prof. Urbańczyk argumentuje, że w średniowieczu społeczeństwa nie stanowiły jednolitych etnicznie grup. W Wolinie – wówczas Jomsborgu – żyli, i wyruszali stamtąd na łupieżcze, handlowe, odkrywcze i osadnicze wyprawy ludzie wielu nacji. Do Danii sprowadzano w ramach łupów wojennych całe wsie słowiańskie – do dziś zachowały się na Półwyspie Jutlandzkim nazwy pochodzenia słowiańskiego (np. Jelitse, Binnitse). Dlaczego zatem z pierwszymi osadnikami islandzkimi nie mieliby dotrzeć przedstawiciele nacji słowiańskich? W sagach o zasiedleniu Islandii wymieniono wiele imion świadczących o obecności ludności pochodzenia niemieckiego i iro-szkockiego. Po osadnikach pochodzenia słowiańskiego zachowały się natomiast ślady charakterystycznych domostw.

Pierwsi osadnicy budowali domy takie, w jakich wcześniej mieszkali. Na nowo odkrytej ziemi, gdzie wcześniej nikt nie mieszkał, nie znaleźli bowiem żadnych wzorców. – Dom i grób to konstrukcje o silnym ładunku emocjonalnym. Symbolika kształtu domu, paleniska, sposobu organizacji codziennego życia jest czymś fundamentalnym – mówi prof. Urbańczyk. – Z pewnością wśród pierwszych osadników na Islandii byli ludzie ze słowiańskiego kręgu kulturowego.

O tym, że pierwsi osadnicy islandzcy nie byli wyłącznie skandynawskiego pochodzenia świadczy opisana w sagach islandzkich przygoda, jaka spotkała Natfarriego z ekspedycji Gardara Svavarssona, który w 868 r. jako pierwszy zimował na wyspie. Gdy wracał stamtąd, jego statek ciągnął za sobą łódkę z trzema osobami. W pewnym momencie łódź zerwała się i Natfarri z dwiema osobami zostali na Islandii. Potwierdzeniem faktu, że był on „obcym”, nie-Skandynawem, jest to, że nie potrafił prawidłowo oznaczyć zajętego przez siebie terytorium. W Skandynawii dokonywano tego paląc ogniska na granicach, zakopując na granicy srebro bądź układając kamienie – metody odpowiednie w terenie, gdzie nie ma lasu. Tymczasem Natfarri porobił nacięcia na drzewach. Kolejni osadnicy, którzy przybyli w tamte strony, nie uznali tego za legalne wyznaczenie posiadłości i wygnali go na wybrzeże, które do dziś nosi nazwę Natfarrvika – Zatoka Natfarriego.

Hipotezę prof. Urbańczyka wydaje się potwierdzać kolejne odkrycie poczynione w ostatnim roku w północnej Norwegii. Na wybrzeżu w pobliżu Nordkapu odnaleziono kilkanaście dziwnych osad, które na powierzchni wyglądają jak labirynty. Charakterem są zupełnie odmienne tak od budownictwa skandynawskiego (pojedyncze długie domy), jak i lapońskiego (małe okrągłe domy). W ruinach, datowanych na XIII--XV wiek, znaleziono sporo przedmiotów pochodzenia ruskiego: słowiańską ceramikę bałtycką, ozdoby i piec kamienny, który jedyną analogię ma na Rusi. – Ze źródeł pisanych wiemy, że Nowogród był zaangażowany w skup arktycznych futer i kłów morsów. Najprawdopodobniej nastąpiło tu więc połączenie tradycji darniowego budownictwa skandynawskiego z tradycją ruską – mówi prof. Urbańczyk.

Swoją hipotezę o obecności Słowian wśród pierwszych osadników islandzkich prof. Urbańczyk przedstawił w książce Zdobywcy północnego Atlantyku, która niebawem ukaże się w serii Monografie Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Współpraca z archeologami z Norwegii i Islandii niedługo była prywatną sprawą prof. Urbańczyka. Doprowadził on bowiem do nawiązania formalnej współpracy między placówkami badawczymi tych krajów z Instytutem Archeologii i Etnologii PAN. Obecnie każdego roku dwa 3-osobowe zespoły badawcze polskich archeologów wyjeżdżają na wykopaliska w rejony okołoarktyczne. Partnerem norweskim IAiE PAN jest Uniwersytet w Tromso, a na Islandii polscy archeolodzy uczestniczą w dużym międzynarodowym, interdyscyplinarnym programie, badającym początki zasiedlenia wyspy.

Komentarze