Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 6/2003

Na końcu języka

Poprzedni

Na marginesach nauki

Leszek Szaruga

Fot. Stefan Ciechan

 Nigdy nie miałem czasu, by zająć się tym, co się działo na początku języka. Nie to, bym się chciał zajmować w ogóle początkiem mowy ludzkiej, raczej pociąga mnie dociekanie początków mojego języka „narodowego”. Piszę w cudzysłowie, bo przecież nie wiem, kto go wytworzył, ani też nie jestem w stanie wyobrazić sobie, by był zarezerwowany wyłącznie dla ludzi narodowości polskiej. Oczywiście, nie jest to tak luksusowa sytuacja, w jakiej znalazł się język angielski, który obsługuje wiele społeczeństw, narodów, a nawet ponadnarodowych grup profesjonalistów, jak choćby informatyków. Polski ma zasięg bez wątpienia mniejszy, jest też językiem mniej od angielskiego czy dawnej łaciny uniwersalnym.

Jest polski język stosunkowo młody, zapewne młodszy od tych, jakimi posługują się Węgrzy czy Baskowie (choć prawdę powiedziawszy, nie powinienem się na ten temat wypowiadać, gdyż moja wiedza językoznawcza jest przeraźliwie niewielka). Jakkolwiek było, kiedyś się wreszcie ów język polski z innych języków wyodrębnił i – za pomocą pisma – utrwalił w obecnym kształcie. Wspominam o tym dlatego, że gdzieś – chyba u Czesława Miłosza – wyczytałem, iż za sprawą osadzenia polszczyzny w łacińskim gorsecie nastąpiła znaczna utrata jej siły wyrazu. Miłosz – podobnie zresztą czynił to Jerzy Giedroyc – z upodobaniem przeciwstawia „słabość” polszczyzny „krzepie” języka rosyjskiego. A zatem ten język nie tylko się skądś wyłonił, ale też, po opuszczeniu fazy oralnej i wejściu w piśmienną, uległ osłabieniu, którego cechą jest mniejszy realizm.

Temat ten, skądinąd frapujący, od lat stanowiący przedmiot dociekań poetów i krytyków literackich – których rozpoznania, często czysto intuicyjne, zdają się w znaczny sposób uzupełniać racjonalne metody pracy poznawczej językoznawców – chciałbym jednak porzucić. Nie do końca wszakże. Bo jedna sprawa wydaje się bezdyskusyjna. Otóż języki, jak poświadczają to ludzkie doświadczenia, są zjawiskami historycznymi: rodzą się, żyją i umierają. Tak było z greką Platona, tak z łaciną Horacego. A były to wszak języki imperialne. I nawet ich wielkość, a przede wszystkim wielkość dzieł w nich spisanych, które wciąż oddziałują na naszą wrażliwość i wciąż zdają się – mimo tak wielorakich przemian naszej wiedzy – stanowić istotną treść kultury, w której przyszło nam żyć, nie były ratunkiem (a swoją drogą nieodparcie nasuwa się pytanie o jakość przekładów, na których musimy się opierać, a także o kompletność słowników, którymi się posługujemy; rzecz o tyle zajmująca, iż przecież w tym odczytywaniu starożytnych tekstów zdani jesteśmy wyłącznie na pismo, podczas gdy ówcześni ogarniali z pewnością, choćby nawet nieświadomie, te pola znaczeniowe słów i zwrotów, które w piśmie – wyrywającym tekst z żywej mowy – zdają się zanikać).

Tyle powiedziawszy, chciałbym w końcu przejść do tematu dla mnie specjalnie interesującego, a mianowicie do rozważań o końcu języka. Język polski, jak mniemam, podobnie jak łacina i greka, nie mówiąc już o językach Prusów lub Jaćwingów, jest zjawiskiem historycznym. Powstał, rozwinął się, nadal być może się rozwija (choć sądząc po tym, co słychać, raczej ulega redukcji do dwóch rzeczowników określających narządy płciowe i jednego czasownika opisującego czynności prokreacyjne; a przy tym owe trzy elementy pojawiają się w formie skrajnie wulgarnej), w końcu jednak pewnie zaginie w historycznych mrokach pozostawiając po sobie trochę zaczernionego papieru oraz bliżej nieokreśloną liczbę dźwiękowych zapisów mechanicznych.

Jak czytam w gazecie, w chwili obecnej istnieje 6809 języków i znikają one w dość szybkim tempie, w szczególności zaś te, którymi mówi mniej niż 100 tysięcy ludzi. Pani Marie Smith-Jones jest na przykład jedyną osobą mówiącą w języku eyak i język ten podzieli zapewne niebawem los przeklinanego przez większość studentów polonistyki języka staro-cerkiewno-słowiańskiego, którym na początku ubiegłego wieku jednak kilka osób w Bułgarii podobno jeszcze się posługiwało. Cóż, póki owa niemłoda już dama żyje, może się i tak zdarzyć, że kogoś tym językiem zarazi, ale prawdopodobieństwo takiego lingwistycznego odrodzenia jest mało prawdopodobne, choć od czasu do czasu mamy do czynienia z próbami podobnej reaktywacji zamierającej mowy, jak to się dzieje w przypadku kilku żydowskich ośrodków, usiłujących ocalić język przed II wojną światową niesłychanie żywotny, a w wyniku Zagłady i dominacji w Izraelu języka hebrajskiego podupadający, a mianowicie jidysz.

Koniec języka ma zapewne wiele przyczyn, których pojawienie się trudno przewidzieć. Może być efektem niebywałej katastrofy – naturalnej czy człekosprawnej – ale może też być efektem powolnego gaśnięcia, co bez wątpienia zagraża językowym wspólnotom o zmniejszającym się przyroście naturalnym. A że przyrost nam spadać zaczyna, to już nie spekulacja, ale zjawisko przez demografów pilnie obserwowane, ostatnio nawet sam pan prezydent z tego powodu swój niepokój wyrazić raczył. Niezależnie od tego, jaka będzie przyczyna śmierci polszczyzny, jestem przekonany, że prędzej czy później owa śmierć nastąpić musi. Czy w pracowniach językoznawców konstruowane są już dziś modele żywotności mowy Kochanowskiego? Czy kogoś w ogóle interesuje to, co się stanie z dorobkiem naszej mowy ojczystej? Czy można przewidzieć, kiedy żyć będzie pan John Lesman – niewykluczone, że potomek wielkiego poety polskiego z pierwszej połowy XX stulecia – który będzie ostatnią osobą mówiącą w języku polish? Pewnie nie. Ale pytanie wydaje mi się skądinąd warte uwagi i zastanowienia.
.

Komentarze