Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2003

Spis treści numeru 6/2003

Wizyta profesora

Poprzedni Następny

Szkiełko w oku

Piotr M?ldner-Nieckowski

Fot. Stefan Ciechan

Odwiedził mnie pewien profesor, dziś już emeryt, jak to z bólem określił, brutalnie odsunięty od pracy. Był w wisielczym nastroju.
Muszę wyznać, że ta wizyta bardzo mnie zaskoczyła. Przez ostatnich dwadzieścia pięć lat pan profesor nigdy nie spojrzał na mnie inaczej, niż z góry i z daleka. Właściwie mnie nie zauważał, w decydujących momentach regularnie pomijał. Stwarzał dystans nie do pokonania. Rozmawiał ze mną wyłącznie językiem oficjalnym. Podejrzewam, że nic o mnie nie wiedział, prócz tego, co dotyczyło pracy w katedrze. Podobnie traktował wszystkich moich kolegów, nie dostrzegając, że jak jeden mąż jesteśmy zapatrzeni w jego zdolności, umiejętności i że jego nazwisko jest naszą zawodową wizytówką. Bo jest to postać naprawdę ważna, i to nie tylko w dziedzinie, którą reprezentuje, ale w ogóle w polskim dorobku kulturalnym i naukowym. Kiedy mówiliśmy ludziom, że pracujemy pod jego kierunkiem, to z dumą i poczuciem wartości. Ale kiedy rozmawialiśmy między sobą, to z goryczą. Nie czuliśmy się ani bezpieczni, ani zadbani. Rozumieliśmy dobrze, że praca w jego zakładzie nie da nam przyszłości. Wszystko, co zdobyliśmy – a niektórzy mają wspaniałe osiągnięcia – musieliśmy tam przeprowadzać przez mękę. Nie zdarzyło się usłyszeć pochwały, za to zbieraliśmy cięgi i byliśmy zmuszani do korzenia się przed majestatem. Profesor stosował metodę kija i nas, zupełnie dorosłych, po swojemu wychowywał. Rozdźwięk między uznaniem dla dorobku profesora a stosunkiem do jego osoby narastał tak dalece, że po kolei odchodziliśmy z katedry, niekiedy nawet za cenę złamania własnej kariery. Cóż, na nasze miejsca czekali inni. Ale, jak się dowiadywaliśmy, ci inni także odchodzili. Ja znalazłem przystań w szpitalu, a potem w sympatycznym zakładzie naukowym. Koledzy rozpierzchli się i już nigdy nie pomyśleli ani o nauce, ani dydaktyce akademickiej.

I teraz niespodziewanie w drzwiach mojego domu staje On właśnie. Przygarbiony, zaniedbany, skrzywiony. W gorączce rzucam się do kuchni, żeby przyrządzić nieproszoną herbatkę, a on idzie za mną i mruczy coś cicho. Nie pytam o powód tych odwiedzin, bo czuję się skrępowany, jak przed laty, kiedy profesor wyśmiewał moje artykuły. Wciąż czuję tę niewiarygodną odległość, więc upuszczam na podłogę szklankę. Ale profesor sunie za mną jak cień. Ja do pokoju z tacą, on do pokoju, ja do spiżarni po ciasteczka, on też.

Wreszcie pada wymuszone pytanie, w czym mogę pomóc, co pana profesora sprowadza, przecież mieszkam daleko od miasta i niełatwo do mnie dojechać, ponadto wobec jego sławy jestem zupełnie nikim. Z ust gościa wylewa się rzeka opowieści o tym, jak został potraktowany. Pewnego dnia przyszedł do pracy i zastał przy swoim biurku kogoś innego. Nowy kierownik katedry zaproponował mu przeniesienie się do komórki na końcu korytarza, bezczelny. Na uroczyste pożegnanie przyszła ledwie sekretarka. „Łącznie ze mną były trzy osoby” – mówi profesor i patrzy na mnie piorunująco. Nie wiem, czy mam się ze wstydu schować pod stół, czy potakiwać, ale gość wybawia mnie z kłopotu. Zaczyna snuć teorię spisku. Łowi w pamięci stare dzieje, w których odnajduje dowody na ludzką podłość, zawiść i nienawiść. Przytacza fakty, których nie rozumiem, bo są wyrwane z kontekstu, ale które mają zaświadczyć, że zawsze namawiano jego pracowników do bojkotowania katedry, a nawet do odchodzenia na inną uczelnię. Od początku na wydziale istniała cicha opozycja, której zadaniem było obniżanie budżetu katedry, skreślanie zakupów bibliotecznych, blokada etatów i niedopuszczanie profesora do rad naukowych. Co tam wydział, w senacie było jeszcze gorzej! Nie lepiej w towarzystwie naukowym.

Przerywam mu, bo wiem, że był prezesem towarzystwa przez lat siedemnaście, lecz jedno huknięcie ręką w stół zmusza mnie do milczenia. „Tak, ale jakim kosztem! Musiałem o tę pozycję walczyć z bandą drani!” I wymienia łobuzów, którzy stali mu na drodze, wraz ze wszystkimi nędznymi cechami ich osobowości. Czekam, kiedy opowie i o mnie, ale tego mi oszczędza. Dziś jestem jego medium.

Urywa, patrzy mi w oczy wyczekująco. Co ja na to? Dlaczego dzieje się taka krzywda? Czy świat musi być taki? Więc mówię, że na to wszystko można spojrzeć inaczej, że nie jest tak źle, że chwile rozstania z zawodem przeżywa każdy, że o minionym życiu decyduje dorobek, a nie bezwartościowe pobocza. Tłumaczę ogólnikowo, bez przekonania, bo w tych okolicznościach jakoś inaczej nie potrafię.

Wtem mój rozmówca sięga po argument ostateczny i nieodwołalny: „A co robią moi uczniowie?”

Pewnie chce, żebym nagle zaczął się uważać za jego ucznia, więc nie odpowiadam. Wciąż mam uczucie, że wszystko, co powiem na tym posłuchaniu, będzie nieodpowiednie, jak dawniej. Czekam, aż dopije herbatę i sobie pójdzie.

e-mail: pmuldner@mp.pl 

Komentarze