Rozmowa Forum
Jeśli chcemy, aby dotarł do nas potencjał wytwórczy,
produkcyjny, pojawiały się
nowe miejsca pracy, to nie możemy być przeciwni kształceniu inżynierów,
którzy pójdą w świat.
Rozmowa z prof. Jerzym Dembczyńskim,
rektorem Politechniki Poznańskiej,
przewodniczącym Konferencji Rektorów Polskich Uczelni Technicznych
|
Fot. Andrzej Świć
 |
| Prof. dr hab. Jerzy Dembczyński (ur. 1943) jest specjalistą w dziedzinie fizyki i inżynierii kwantowej. Absolwent UAM – 1966, dr – 1974 (UG), dr hab. – 1981 (UMK), prof. – 1989. Liczne staże naukowe w Niemczech. Autor ponad 150 publikacji, promotor 6 doktorów. Członek wielu towarzystw naukowych. Od początku kariery zawodowej związany z Politechniką Poznańską. W latach 1982-91 dyrektor Instytutu Fizyki, 1993-96 prorektor ds. rozwoju, 1997-99 organizator i pierwszy dziekan Wydziału Fizyki Technicznej, 1999-2002 rektor. Wybrany ponownie na kadencję 2002-05. Od 2002 przewodniczący KRPUT i wiceprzewodniczący KRASP. |
Mamy projekt nowej ustawy o szkolnictwie wyższym,
stworzony przez prezydencki zespół pod przewodnictwem prof. Jerzego Woźnickiego.
Koleje losu poprzednich projektów to cała historia. Trzeba przyznać, że
komisja, która tworzyła obecny projekt, reprezentowała wszystkie najważniejsze
instytucje w obszarze szkolnictwa wyższego i wszystkie typy uczelni, a sam
projekt powstał wyjątkowo sprawnie i szybko. Czy kompromis, jaki udało się
osiągnąć, jest dla Pana, jako rektora dużej państwowej uczelni, wiceszefa
KRASP, zadowalający?
– Każdy kompromis przynosi także pytanie, czy nie można było pójść
dalej i uzyskać więcej? W moim przekonaniu, ten projekt, choć nie rozwiązuje
wszystkich problemów tak, jak byśmy chcieli, nie może w tej chwili iść
dalej. Oczywiste jest, że autorzy, tworząc projekt, brali pod uwagę wszystkie
uwarunkowania zewnętrzne i to, co jest możliwe do zrealizowania. aby na etapie
prac parlamentarnych projekt mógł uzyskać akceptację i stać się obowiązującą
ustawą, wymaga zgody polskiego środowiska akademickiego. Z pewnością lepsza
jest nowa ustawa, nawet niedoskonała, niż ta obowiązująca dziś. Na zmiany
czekamy już zbyt długo. Skład zespołu, który tworzył projekt –
reprezentanci Ministerstwa Edukacji Narodowej i Sportu, Rady Głównej
Szkolnictwa Wyższego, Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, Państwowej
Komisji Akredytacyjnej, uczelni publicznych i niepublicznych, akademickich i
zawodowych – gwarantuje, że projekt jest dobry. Można domniemywać, że
skoro w tym gronie udało się osiągnąć kompromis, to powinno się go również
osiągnąć w całym środowisku akademickim.
– Pojawił się jednak inny projekt, autorstwa Krajowej Sekcji Nauki
NSZZ „Solidarność”.
– Oczywiście, przy tworzeniu projektu ustawy dyskusja musi uwzględniać
opinie wszystkich zainteresowanych środowisk, także związków zawodowych, a
więc zarówno „Solidarności”, jak i Związku Nauczycielstwa
Polskiego.
– Proponuje on zmiany daleko idące. Jednym z jego założeń jest
zniesienie habilitacji oraz tytułu profesora. Kariera naukowa kończyłaby się
na stopniu doktora.
– Myślę, że takie rozwiązanie jest nie do przyjęcia przez środowisko
naukowe. To jedna z kolejnych prób przeniesienia na grunt polski rozwiązań
funkcjonujących w Stanach Zjednoczonych czy w Europie Zachodniej, bez uwzględnienia
ich podstawowych uwarunkowań. Ich autorzy nie pamiętają, że funkcjonują one
w zupełnie odmiennych warunkach. O takich rozwiązaniach moglibyśmy myśleć,
gdyby równolegle przenieść także wszystkie inne mechanizmy z nimi związane.
Na Zachodzie uczony nie wiąże kariery naukowej z jedną uczelnią, a o
uzyskanie stanowiska profesora trwa naprawdę zażarta walka. Wiele osób nawet
nie wyobraża sobie, jak taki konkurs wygląda. Na stanowisko profesora
kandyduje zazwyczaj kilkanaście lub wręcz kilkadziesiąt osób, a procedura
trwa blisko rok. Starając się o to stanowisko, trzeba pokazać to, co się
dotychczas osiągnęło. Decyduje nie tylko liczba publikacji i cytowań, ale
rzeczywisty wkład twórczy, umiejętność organizowania badań naukowych i
kształcenia studentów. W naukach technicznych dochodzi do tego jeszcze bardzo
istotna umiejętność współpracy z przemysłem i prowadzenia wdrożeń. W
takich warunkach habilitację i tytuł profesora można rzeczywiście uznać za
niepotrzebne. Zastępuje je bowiem prawdziwa konkurencja. Chciałbym, żeby także
w Polsce obowiązywały kiedyś podobne zasady.
– U nas nawet obligatoryjne konkursy są najczęściej fikcją.
– To, niestety, prawda. Pamiętam ze swojej praktyki zawodowej
kilkadziesiąt konkursów. Tylko raz zgłosiło się sześciu kandydatów. W
pozostałych przypadkach był tylko jeden, najwyżej dwóch kandydatów, a więc
w praktyce te konkursy były rzeczywiście fikcją. Może za kilkadziesiąt lat,
jeśli także u nas zostaną spełnione określone warunki i będzie obowiązywał
podobny rodzaj selekcji, można będzie myśleć o przejmowaniu zbliżonych
rozwiązań.
– Projekt ustawy wprowadza nowe podejście, stara się regulować
rzeczy najważniejsze, kierując większość istotnych rozwiązań do statutów
uczelni. Czy nie boi się Pan, że może być tak, jak z zatrudnieniem na
stanowisku adiunkta? Są uczelnie które wprowadziły w swoich statutach zapisy
o 20-, a nawet 40-letnim okresie konieczności uzyskania habilitacji. To trochę
kpina z zasady rotacji.
– Dotychczasowe doświadczenia legislacyjne wskazują, że nie można
w jednej ustawie sprecyzować szczegółowych rozwiązań dla 350 uczelni różnego
typu. W przypadku zatrudniania wykładowców, myślę, że obecne rozwiązania
nie są najlepsze. Są osoby, które doskonale sprawdzają się w działalności
dydaktycznej, nie mając aspiracji naukowych. Niemniej są bardzo potrzebne w
procesie dydaktycznym. Powinniśmy więc stworzyć warunki do zatrudniania
takich osób. Uczelnie nieco okrężną drogą, poprzez wydłużenie okresu
uzyskania habilitacji, taką możliwość wprowadziły.
– W dyskusjach na temat koniecznych zmian pojawia się pomysł
przywrócenia stanowiska docenta, wieńczącego w uczelni karierę dydaktyka,
czyli właśnie kogoś, kto nie ma predyspozycji do kariery naukowej. pomysł
zniesienia tego stanowiska przed 13 laty chyba nie był najlepszy?
– W moim przekonaniu, przywrócenie stanowiska docenta to dobra idea i
nie powinna budzić kontrowersji. Osoby, które czują się powołane do działalności
dydaktycznej, są w uczelni bardzo potrzebne.
– Obecna ustawa pozwala uczelniom wprowadzać inne stanowiska
dydaktyczne i wiem, że kilka uczelni zamierza jeszcze pod rządami starej
ustawy uchwałami senatów wprowadzić stanowisko docenta.
– Nie jest wykluczone, że Politechnika Poznańska także pójdzie tą
drogą. Stanowisko docenta zresztą istnieje w Polskiej Akademii Nauk i w
jbr-ach, a także w uczelniach, w których zatrudnione są osoby powołane na to
stanowisko przed wejściem w życie ustawy z 1990 roku. Byłoby dobrze, gdyby
nastąpiło tu ujednolicenie w całym obszarze nauki.
– Jedną z ważniejszych zmian jest oddanie większej władzy w ręce
rektora i senatu. Rektor będzie wyrażał m.in. zgodę na zatrudnienie
pracownika uczelni w innym miejscu pracy lub podjęcie działalności
gospodarczej.
– Jest to jedna z największych bolączek obecnej sytuacji w
uczelniach i ta kwestia musi ulec zdecydowanej zmianie. Przywoływaliśmy przykład
krajów zachodnich w odniesieniu do konkurencji w środowisku naukowym. We
wspomnianych wyżej krajach absolutnie nie do pomyślenia jest sytuacja, w której
pracownik może bez wiedzy rektora zatrudnić się w kilku instytucjach lub
uczelniach często konkurencyjnych wobec macierzystej szkoły. W naszych
realiach nie chodzi o absolutny zakaz pracy w innym miejscu czy też prowadzenia
działalności gospodarczej, ale szef instytucji, czyli rektor, w oparciu o reguły
wypracowane przez senat, musi mieć możliwość podejmowania decyzji zgodnych z
interesem szkoły. Myślę, że racjonalne byłoby udzielanie zgody na podjęcie
pracy w innym miejscu osobom nie pełniącym ważnych funkcji w uczelni.
– To rozwiązanie dotyczy zarówno szkół publicznych, jak i
niepublicznych. Kadra i minima kadrowe potrzebne do prowadzenia kierunku studiów
to chyba jeden z najtrudniejszych problemów szkolnictwa wyższego?
– Rzeczywiście, dotykamy bardzo trudnego problemu. Nie udało się do
tej pory wyliczyć, ile kosztuje wykształcenie doktora habilitowanego, a ile
profesora. Ogromne nakłady ponosi uczelnia, w której – poczynając od
asystentury, a kończąc na profesurze – następuje rozwój nauczyciela
akademickiego. Szczególnie w naukach doświadczalnych jest to naprawdę duże
obciążenie finansowe. Uczelnia przez długi czas inwestuje w młodego człowieka,
aby mieć kapitał w postaci kadry, mogącej kształcić studentów i zapewniającej
uzyskiwanie uprawnień do nadawania stopni naukowych. Tymczasem powstające
uczelnie, proponując wyższe stawki wynagrodzenia lub możliwość dodatkowego
zarobku, korzystają z efektów długoletniej pracy nad rozwojem kadry uczelni z
tradycjami akademickimi. Uzyskanie tytułu profesora w polskich warunkach wymaga
20-25 lat pracy. Rozwiązanie polegające na tym, że kto inny inwestuje, a kto
inny zbiera owoce, nie jest sprawiedliwe. W sferze nauki nawet nie ma tego, co
jest przyjęte w piłce nożnej. Gdy dobry zawodnik przechodzi do innej drużyny,
to musi ona zapłacić macierzystemu klubowi. Gdyby w nauce istniały podobne
zasady, nie mielibyśmy nic przeciwko takiemu „transferowi” kadry. W
uczelniach jest wielu młodych, zdolnych ludzi, którzy czekają na szansę
awansu.
– Ale uczelnie niepubliczne, istniejąc dziesięć lat, nie miały
możliwości wykształcenia własnej kadry, a bez niej, w związku z minimami
kadrowymi, w ogóle nie miałyby możliwości kształcenia.
– Gdyby istniał mechanizm, o którym mówię, mogłyby za taką kadrę
zapłacić i ją mieć.
– W polskim systemie edukacji dokonują się w ostatnich latach poważne
zmiany. Wprowadzono np. system punktów kredytowych i elastyczny system studiów,
systemy wymiany umożliwiające studiowanie w różnych uczelniach, akredytacje
środowiskowe. Wypracowywane są standardy kształcenia na poszczególnych
kierunkach. Te zmiany dokonują się dzięki uczelniom i aktywności środowiska
akademickiego. To uczelnie budują wspólny system komputerowy do zarządzania
szkołami wyższymi, wspólne elektroniczne biblioteki, chcą wydawać
elektroniczną legitymację studencką czy emitować uczelniane obligacje, mające
sfinansować inwestycje. Brakuje mi tu kreującej roli Ministerstwa Edukacji
Narodowej. Jego przedstawiciele rzadko nawet uczestniczą w konferencjach rektorów
czy innych ważnych spotkaniach, gdzie rodzą się takie pomysły, nie mówiąc
o inspirującej roli w ważnych kwestiach.
– Uczelnie są autonomiczne. To jest tradycja jeszcze starożytna, a później
średniowieczna. Ta zasada sprawdziła się przez wieki i stanowi mocny
fundament naszego funkcjonowania obecnie. Problemów mamy, oczywiście, wiele,
ale jestem przekonany, że uczelnie dadzą sobie z nimi radę.
– Nie odczuwa Pan niedostatku działania ministerstwa?
– Ministerstwo sprawuje nadzór, pilnuje przestrzegania prawa i to
jest jego rola. Potrzebujemy, oczywiście, bliskiego kontaktu z ministerstwem,
także przy wprowadzaniu innowacji, o których tu mówimy, i przy rozwiązywaniu
wielu naszych problemów. I taki kontakt istnieje. Np. zasady zaliczania punktów
kredytowych zostały ustalone przez rektorów i zaakceptowane przez
ministerstwo. Uczelnie mają szerokie kontakty międzynarodowe, profesorowie,
rektorzy jeżdżąc za granicę, widzą, jakie zmiany zachodzą na świecie i
zdecydowanie chcą dotrzymywać im kroku.
– Reprezentuje Pan dużą uczelnię techniczną. Powszechnie
wiadomo, że w Europie Zachodniej brakuje kilkuset tysięcy informatyków. O
wiele mniej znany jest fakt, że brakuje tam także co najmniej takiej samej ilości
inżynierów.
– Szacunkowo mówi się o dwóch, a nawet trzech milionach inżynierów,
którzy znaleźliby zatrudnienie w krajach Europy Zachodniej. Problem polega na
tym, że młodzież w tych państwach nie chce podejmować dość trudnych studiów
technicznych i wiązać swojej przyszłości z zawodami inżynierskimi. Także
przeciętny czas trwania studiów, przy tym samym nominalnym okresie kształcenia,
czyli 10 semestrach, w krajach zachodnich jest znacznie dłuższy i wynosi około
8 lat. Rektorzy uczelni zachodnich poszukują studentów, my natomiast mamy ich
nadmiar.
– Czym tłumaczyłby Pan tę sporą różnicę mentalności młodzieży
w Polsce i w krajach zachodnich?
– Młodzież z tych państw często szuka zawodu i, co się z tym wiąże,
wybiera kierunek studiów, który zapewni im życie łatwe i przyjemne. U nas
wybiera się takie zawody, które dają szansę na podjęcie pracy. W Europie
Zachodniej – może poza architekturą – każdy, kto chce studiować
w uczelni technicznej, jest do niej przyjmowany. U nas mamy po kilku kandydatów
na jedno miejsce. To nasz atut. Posiadamy duży potencjał wiedzy i umiejętności
technicznych, który przyciąga – i, mam nadzieję, będzie to robił
nadal w jeszcze większym stopniu – inwestorów tworzących nowe miejsca
pracy. Musimy dbać o poziom kształcenia, ponieważ w ten sposób nasi
absolwenci nie będą pracowali tylko przy nadzorowaniu taśm produkcyjnych, ale
będą wykorzystywani w twórczej pracy inżynierskiej, w laboratoriach i
biurach projektowych. Bardzo wielu absolwentów uczelni technicznych, niemal po
wszystkich kierunkach studiów, wyjeżdża w świat i z powodzeniem znajduje
zatrudnienie.
– Nie boi się Pan zarzutu, że to nasz kraj ponosi koszty kształcenia,
a absolwenci pracują dla kogoś innego?
– Nie możemy przecież dążyć do gospodarki autarkicznej. Ci ludzie
często wracają, przenoszą doświadczenia, a także utrzymują w kraju
rodziny. Jeśli chcemy, aby dotarł do nas potencjał wytwórczy, produkcyjny,
pojawiały się nowe miejsca pracy, to nie możemy być przeciwni kształceniu
inżynierów, którzy pójdą w świat.
– Ważny jest też chyba czynnik braku pracy w kraju?
– Akurat inżynierowie, zwłaszcza nowocześnie wykształceni, w większości
znajdują zatrudnienie w kraju. Jeżeli wybierają pracę poza granicami Polski,
to jest to związane z możliwościami twórczej pracy inżynierskiej i, co się
z tym wiąże, poziomem zarobków. Wielu absolwentów naszych uczelni pracuje za
granicą w wielkich koncernach przy tworzeniu nowych technologii, związanych
np. z komputerami czy telefonią komórkową. Jak na razie jednak, żaden z tych
koncernów nie przeniósł, niestety, swoich laboratoriów i ośrodków
projektowych do Polski.
– Wchodzimy do Unii Europejskiej. W obszarze szkolnictwa wyższego
oznacza to znaczące zmiany. Z jednej strony, Unia otworzy się na studentów z
Polski i będą oni mogli podejmować studia w krajach członkowskich, a z
drugiej – będą mogli przyjeżdżać do nas studenci zagraniczni, choć
zapewne nie będzie to duża grupa. Uczelnie muszą się zatem nauczyć o nich
zabiegać.
– Ostatnie lata, funkcjonowanie programów wymiany studentów, np.
Sokrates, przygotowują nas do takiej sytuacji. Już dziś wielu naszych studentów
– w ramach tych programów, ale także poza nimi – podejmuje naukę
w krajach zachodnich, a później znajduje tam pracę. Barierą nie jest nawet słaba
znajomość języka. Pracodawcy uznają, że ważniejsze są umiejętności, a język
zostanie opanowany po kilku, kilkunastu miesiącach. To nawet nie musi być język
danego kraju, wystarczy przyzwoity angielski. W wielkich korporacjach, np. u
Siemensa czy w Nokii, angielskim posługuje się większość działów.
Natomiast myślę, że studentów przyjeżdżających do nas nie będzie zbyt
wielu. Także dziś ta proporcja jest zdecydowanie na naszą korzyść. Jeśli w
swoich własnych krajach studenci zagraniczni mają dostateczną ilość miejsc
w uczelniach, to nie mają motywacji do przyjazdu do nas. Na wyższych latach
studiów technicznych, choć nie tylko, studenci są już związani z przyszłą
pracą. To się jednak zmienia. W Politechnice Poznańskiej mamy już przypadki,
że niemieccy studenci, związani z firmami, które otworzyły swoje oddziały w
Polsce, np. z Volkswagenem, przyjeżdżają kształcić się w Poznaniu.
– Musimy też liczyć się z wchodzeniem na nasz rynek uczelni
zagranicznych. Czy jesteśmy na to przygotowani?
– Wchodzenie zagranicznych uczelni na nasz rynek zapewne będzie miało
miejsce, choć trudno powiedzieć, na jaką skalę. Myślę, że w o wiele większym
stopniu dotyczy to kształcenia ekonomicznego, prawniczego, także niektórych
nauk humanistycznych, np. psychologii, a w mniejszym stopniu nauk technicznych.
Stworzenie uczelni technicznej, z bazą dobrze wyposażonych laboratoriów, to
naprawdę duże koszty. Kadra tych uczelni i tak będzie musiała być w przeważającej
części polska. Przejawem międzynarodowej współpracy może być także wspólne
kształcenie, uwieńczone uzyskaniem przez absolwentów dyplomów dwóch
uczelni. Myślę, że z tych zmian należy się cieszyć, ponieważ otwarcie na
świat może nam wyjść tylko na dobre.
Rozmawiał Andrzej Świć
|