Chcemy się liczyć |
Polska nauka w UniiUważam akces do Unii za doskonały moment na samooczyszczenie polskiej nauki. Jerzy Fedorowski Zapraszając mnie do dyskusji redakcja zadała trzy pytania. Nie czuję się wprawdzie kompetentny, by odpowiedzieć na nie w sposób wyczerpujący, pokuszę się wszakże o impresje. Jakie problemy czekają naukę w Polsce po przystąpieniu naszego kraju do Unii Europejskiej? Pytanie sugeruje jednolity status i poziom polskiej nauki, a przecież nie jest dla nikogo tajemnicą, iż są w Polsce instytucje naukowe i naukawe (dla niechemików: przyrostek -awy oznacza niższą wartościowość). Są prawdziwi uczeni, niestety, nieliczni. Są naukowcy, którzy przynajmniej starają się dotrzymać kroku międzynarodowemu postępowi wiedzy w swoich dziedzinach. Istnieje wreszcie znaczna rzesza pozorantów naukowych, sprzedających, nieraz z powodzeniem, nicość w pięknych opakowaniach. Są dziedziny na tak zwanym topie, co bynajmniej nie oznacza, iż zrzeszają wyłącznie prawdziwych uczonych, i dziedziny schyłkowe lub obecnie społecznie mniej istotne, co z kolei nie wyklucza istnienia w ich obrębie uczonych o rzeczywistej renomie międzynarodowej i znacznym autorytecie. Tak zróżnicowanej formacji nie może zatem czekać wspólna przyszłość i nie mogą jej dotknąć wspólne problemy po naszym wstąpieniu do Unii. Powyższa, niezmiernie pobieżna charakterystyka sugeruje niedwuznacznie, iż problemy nie czekają na naukę w Polsce po przystąpieniu do Unii. Polska nauka sama w sobie jest problemem. Zamierzam napisać o tym kilka słów w odpowiedziach na następne pytania. Natomiast to, co nas powinno czekać przed przystąpieniem do Unii Europejskiej, musi spowodować efekt, który pozwolę sobie nazwać „efektem analizy sitowej”. Jest to analiza szeroko stosowana w naukach geologicznych i geograficznych, polegająca na przesiewaniu luźnego materiału skalnego przez zestaw sit o coraz drobniejszych oczkach. Umożliwia ona rozdzielenie różnych frakcji na coraz bardziej miałkie metodą przemywania lub potrząsania. GODZIWE WARUNKINie mam wątpliwości, iż pomimo wszelkich wstrząsów uczeni pozostaną na sicie o największych oczkach. Pytanie brzmi: czy nadal zechcą pozostać w kraju? Mogę jedynie wyrazić nadzieję, że tak. Bez ludzi najwyższego lotu, wspartych odpowiednimi subsydiami, prawdziwa nauka polska nie przeżyje bezpośredniej konfrontacji z naukowymi instytucjami unijnymi. Pierwszoplanowym zadaniem każdego rządu musi być zatem zatrzymanie tych osób w kraju. Będą się o nie ubiegały uczelnie, instytucje i firmy unijne, jak się zresztą już ubiegają. Nie dlatego Stany Zjednoczone mają tak wielką rzeszę noblistów, że ich sobie wszystkich wychowały, a dlatego, iż bardzo wielu z nich, w takiej lub innej formie, „kupiły”. My nie musimy kupować polskich uczonych wysokiej klasy. Każdy rząd musi jednak zapewnić uczonym konkurencyjne warunki pracy i płacy, dzięki czemu znakomita większość z nich pozostanie w kraju. Niech jednak żaden więcej rząd nie próbuje się odwoływać łzawo i cynicznie do uczuć patriotycznych, prowadząc równocześnie politykę niedoinwestowania badań i udzielania jałmużny zamiast poborów. Nie ma wielkiej nauki bez wielkich pieniędzy i wielkich pieniędzy bez wielkiej nauki. Niby wszyscy o tym wiedzą, ale jedynie rządy niektórych krajów wprowadzają tę zasadę w czyn, ku satysfakcji bogacących się obywateli. W Trzeciej Rzeczpospolitej takiego rządu jeszcze nie było. Czy wejście Polski do Unii zaowocuje utworzeniem rządu doceniającego naukę i edukację narodową po wygaśnięciu szumu obietnic przedwyborczych? Bardzo wątpię. Czy mogę zatem patrzeć spokojnie na los nauki polskiej po akcesji. Niestety, nie. Żeby nie było nieporozumień, wyjaśnię teraz, kim w moim pojęciu jest uczony. To z reguły osoba posiadająca stopień, a przeważnie również tytuł naukowy. Stopnie i tytuł nie są jednak bynajmniej atrybutami sine qua non uczonego, a zwykłą pochodną pracy i talentu. Tytuł naukowy profesora nikogo jeszcze nie uczynił uczonym, choć niepotrzebnie i niesłusznie te dwa określenia są łączone. Uczony to osoba ze stopniami i tytułem lub bez, która posiada talent tworzenia wizji naukowych, wykraczających daleko poza ramy aktualnego w danej chwili światowego poziomu wiedzy w danej dziedzinie oraz pracowitość umożliwiającą realizację tych wizji. PŁUKANIE ZŁOTAMam nadzieję, iż perspektywa niedalekiego już przystąpienia do Unii tak rzetelnie potrząśnie wieloraką postacią polskiej nauki, iż spowoduje odklejenie się pozorantów naukowych od uczonych i naukowców. Przelecą wówczas owi pozoranci przez sita o drobniejszych oczkach i znikną z dziedziny, którą pozorują zamiast uprawiać. W tym miejscu nasuwa się natychmiast pytanie: gdzie mianowicie szukać należy ostoi owych pozorantów? Bywają w instytucjach naukowych, brylują jednak w naukawych. Zatem i instytucje zostaną poddane próbie unijnej. Czy do pomyślenia jest bowiem, na przykład, by instytut Polskiej Akademii Nauk plasował się w III kategorii KBN? Z mojej pracy w KBN poprzedniej kadencji wynika, że były nawet gorsze. Za co zatem osoby w nich „pracujące” pobierały uposażenia? Przecież nie za uprawianie nauki, do czego każda jednostka podległa PAN jest zobowiązana. O wielu jbr-ach nie ma nawet co wspominać. Brnąc dalej w metafory, obciążone moim skrzywieniem zawodowym, widzę dla instytucji „metodę flotacji”, powszechnie stosowaną do oddzielania np. złota od piasku przy zastosowaniu ciężkich cieczy. Unia Europejska z pewnością jest taką cieczą ciężką, pod której działaniem instytucja naukowa zatrzyma się, jak złoto na dnie misy, a naukawa spłynie i przepadnie. Czy jednak trzeba, co więcej: czy powinniśmy czekać na unijną próbę flotacji? Z pewnością nie. Problem instytucji naukawych jest w Polsce powszechnie znany i dyskutowany od wielu lat. Niestety, wśród decydentów, zajmujących odpowiednio wysokie stanowiska dostatecznie długo, by coś zdziałać, nie znalazł się nikt na tyle światły i odważny, by go rozwiązać. Dwaj, którzy próbowali, znikli przedwcześnie ze sceny politycznej. Co trzeba będzie zmienić? Na to drugie pytanie redakcji można odpowiedzieć jednym słowem: mentalność. Ta oczywista prawda przewijała się w setkach wypowiedzi, mielona była w młynkach konferencji na przeróżnych poziomach i, jak dotychczas, niewiele z tego wynikło. Równie bowiem, jak łatwo jest zdiagnozować potrzebę, tak trudno jest wprowadzić ją w czyn. Zgodnym chórem wołamy: Naukę trzeba wysoko dotować, jeśli chcemy mieć z niej rzeczywiste pożytki! Jest to oczywista prawda, po której stwierdzeniu następuje jednak cisza. Cisza, która się wzmaga, jak pisał Władysław Broniewski. Cisza ze strony parających się nauką zapada z chwilą zadania pytania: Jaką naukę? Odpowiedź: każdą (w podtekście: również pseudonaukę) nie przechodzi przez uczciwe gardło. Odpowiedzi: z wyjątkiem instytucji naukawych, nie wypada udzielić. Przecież zatrudniono tam niegdyś „kuzynka Ludwika”. Prawda, że w ciągu dwudziestu lat nie zrobił doktoratu, a tych kilka artykułów, które popełnił, nie powinno się było w ogóle ukazać. Za co jednak utrzyma rodzinę, gdy nie będzie chałturzył? Nie opowiadamy się zatem, z tak zwanej przyzwoitości, za likwidacją instytucji naukawych i wyzbywaniem się pozorantów naukowych. Odpowiedź/pytanie rządzących: skąd brać pieniądze? jest jedynie dalszym ciągiem ciszy. Z pewnością nie z windykacji rozkradzionego majątku narodowego. Nie po to skonstruowano dziurawe prawo, nie ustanowiono dostatecznych mechanizmów kontroli i odpowiedzialności, by teraz próbować odwracać bieg wydarzeń. Nie mam cienia wątpliwości, iż skończy się fiaskiem każda próba sięgnięcia prawnymi instrumentami wstecz i odebrania zagrabionych de facto, a zarobionych często de iure, ciężkich milionów w skali indywidualnej, a setek miliardów złotych w skali kraju. Zadbają o to instytucje przedawnień i rzesze prawników, doskonale wykształconych w konstruowaniu kruczków i przeciąganiu przewodów sądowych. Z obserwacji dotychczasowych usiłowań wynika, iż prawnicy znajdą dostateczne poparcie swoich działań w instytucjach stanowiących prawo i realizujących je na poziomie państwa. FUNDAMENT PRAWATutaj mała dygresja ? propos. Piszę tę wypowiedź w Kanadzie, odciąłem się na miesiąc od wszelkich kontaktów, z wyjątkiem rodziny, dla rozrywki czytam więc od „deski do deski” gazety zabrane z samolotu. W domu gazet nie czytam w ogóle. Szkoda mi czasu na „afery Rywina”, „afery zbożowe” itp. informacje, w których głównie gustują środki, nie wiadomo czemu nazywane niekiedy „środkami masowej komunikacji”. Kto z kim się w tych środkach mianowicie komunikuje? Złodziej z okradzionymi za pośrednictwem dziennikarza? W „Rzeczpospolitej” z 10 czerwca przeczytałem artykuł z tejże łączki Oficjalnie ubogi, doskonale odzwierciedlający stan naszej prawnej rzeczywistości. Pan Bolesław D. oddał mianowicie ogromny majątek teściowej i córkom. Teraz żyje ubożuchno, za 1000 zł miesięcznie i prawo nie ma go na czym ścigać. Bolesławom D. pieniędzy zatem nie odbierzemy i na naukę ich nie przeznaczymy. Utopią jest również nadzieja, iż pieniądze na naukę przyniesie przemysł. Wiemy już, że nie nasz i nie teraz. Jeżeli dopuścimy do tego, że opuszczą kraj uczeni, to zapewne nigdy. Uczeni działający w dziedzinach stosowanych zasilą po prostu przemysły innych krajów, a Polska będzie nadal kupowała licencje, tyle że stworzone przez niegdyś rodzimych twórców. Gdzie zatem należy szukać pieniędzy, czyli inaczej mówiąc, co trzeba zmienić, zgodnie z pytaniem redakcji? Że mentalność, już napisałem. Bez zmiany mentalności, być może na początek wąskiego grona ludzi podejmujących najważniejsze decyzje, będziemy nadal dreptali w miejscu, jak drepczemy już niemal trzynaście lat. A w sferze materialnej? Bodaj osiem lat wstecz stworzyliśmy z kilkorgiem kolegów dokument przyjęty jednogłośnie przez KRASP, który wskazywał liczne możliwości zmian. Niestety, mentalność zarówno ludzi parających się działalnością w dziedzinie nauki, jak i mentalność polityków, spowodowała jedynie lawinę krytyki wśród pierwszych i obojętność ze strony drugich. Proponowaliśmy w tym dokumencie, między innymi, łączenie placówek Polskiej Akademii Nauk z uczelniami, powołanie państwowych instytutów w dziedzinach dla kraju najistotniejszych, przejście tzw. jbr-ów „na garnuszek” odpowiednich ministerstw lub prywatyzację, likwidację placówek pozorujących naukę, jednoetatowość pracowników państwowych uczelni wyższych itp. Teraz mogę jedynie ówczesne myśli powtórzyć, nie podszywając się bynajmniej pod ich wyłączne autorstwo. Bez zgody trojga współpracujących ze mną wówczas Kolegów nie zamierzam jednak podawać ich nazwisk. Podsumowując: pierwsze źródło dochodów nauki stanowią pieniądze wsiąkające w piasek pseudonauki. Należy tę dziedzinę oczyścić z tego, co nauką nie jest i nie będzie. Okaże się wówczas, że pieniędzy wsiąkających w jałowy piasek nie jest bynajmniej mało. Tutaj natychmiast zastrzegam: pieniądze zaoszczędzone w nauce, muszą w nauce pozostać, a temu celowi musi służyć klarowne i niezmienne prawo. Odpowiadam zatem już na trzecie pytanie: Co można zrobić już dziś? Ano to właśnie. Oczyścić naukę opierając się na dobrym prawie. Aby w zapale twórczych zmian, które tak czy owak muszą nadejść i mam nadzieję, że nadejdą szybko, nie wylewano przysłowiowego dziecka z kąpielą, nie proponuję bynajmniej likwidacji dziedzin drobnych, a nawet wydających się śmiesznymi. Z Pasteura też się śmiano, gdy nosił swoje próbówki i palniki na szczyty Alp, a wszyscy wiemy, co z tego wynikło. Chodzi o to, by naukę pozostawić wszędzie tam, gdzie się ją rzeczywiście uprawia, a pseudonaukę zlikwidować nawet wówczas, gdy otacza się nimbem nowoczesności. Drugim źródłem pieniędzy jest i pozostanie budżet państwa. Żadne rozsądnie i perspektywicznie rządzone państwo nie uchyla się od obowiązku przeznaczania istotnego procentu PKB na rozwój badań naukowych. Przeprowadzenie „analizy sitowej” oraz „flotacji” właśnie teraz spowoduje, iż pieniądze te zostaną wykorzystane rzeczywiście racjonalnie przez uczonych i naukowców, a nie zmarnotrawione przez pozorantów naukowych i instytucje naukawe. Swego czasu ówczesny wicepremier Leszek Balcerowicz mówił: zreformujcie się, a wówczas znajdą się większe pieniądze na naukę. Zajmowałem wówczas stanowisko: Najpierw daj, a później się zreformujemy. Obecnie widzę, iż się myliłem. Z mentalnością przeciętnego Polaka owo „później” nigdy by nie nastąpiło. Proponuję zatem: Zreformujmy się teraz obopólnie i jednocześnie. Ludzie parający się nauką i władza. MOMENT SAMOCZYSZCZENIANiech parlament uchwali odpowiednie prawa i gwarancje, takie jak 1 proc. PKB w najbliższym roku budżetowym i wzrost o 0,5 proc. PKB rocznie do osiągnięcia przyzwoitego poziomu europejskiego 2,5 proc. PKB, który następnie będzie utrzymywany przez co najmniej 10 lat. Niech nauka ze swej strony przeprowadzi głęboką, nie pozorowaną reformę. Reforma taka nie może być dokonywana samodzielnie przez różne instytucje, takie jak MENiS, inne ministerstwa, PAN itp. Skończy się to bowiem na niczym. Niemal wszystko i wszyscy okażą się niezbędni, a z papierów dokumentujących stagnację wyłoni się obraz rozkwitu nauki polskiej, w której jedynie przez nieporozumienie brakuje noblistów. Działania reformatorskie muszą być przeprowadzone centralnie, ale siłami wyłącznie polskimi, bez angażowania cudzoziemców, nieobeznanych z naszymi realiami, za to aż nadto obeznanych z metodami pobierania gigantycznych pieniędzy za wątpliwe usługi. Powinna zostać powołana niewielka grupa całkowicie niezależnych ekspertów, najlepiej spośród ludzi znających się na rzeczy, a nieposiadających ani ciągot regionalnych czy branżowych, ani wygórowanych ambicji osobistych. Taki sobie „Areopag Starców”. Grupa taka powinna być wsparta przez zespół dobrych prawników, przetwarzających pomysły w artykuły projektu prawa. Zespół ekspertów powinien pracować szybko i dobrze. Osoby do niego powołane musiałyby zostać zatem urlopowane z dotychczasowych obowiązków. Oczywiście, wszystko to, co napisałem powyżej nie jest programem naprawczym, a jedynie luźnymi myślami na zadany temat. Program należałoby stworzyć i trzeba to zrobić szybko, zanim otworzą się nie tylko drzwi z Polski do Unii, ale również z Unii do Polski, o czym zapominamy. Nie chcemy również wziąć pod uwagę faktu, że dla wielu naukowców europejskich praca w polskich instytucjach naukowych i w uczelniach jest atrakcyjna. Niestety, nie są to z reguły ludzie najwyższego lotu, będą zatem zasilali głównie instytucje naukawe, jeśli się takich wcześniej nie pozbędziemy. Pisząc te słowa zdaję sobie w pełni sprawę z utopii moich sformułowań. Nie dlatego, iż są utopijne per se, ale dlatego, iż rozbiją się o niezmienioną od dziesięcioleci mentalność większości naszego środowiska oraz tzw. decydentów. Żeby do końca wsadzić kij w mrowisko, dodam jedynie, że szczególnym, wręcz symbolicznym początkiem reformowania polskiej nauki byłoby połączenie Polskiej Akademii Nauk z Polską Akademią Umiejętności. Po co mają istnieć dwie tego rodzaju szacowne instytucje w kraju, który w minionym półwieczu nie dorobił się ani jednego noblisty w dziedzinie nauki, a Maria Skłodowska, noblistka z pierwszej ćwiartki minionego stulecia, jest przecież po mężu Curie i swoje badania prowadziła we Francji, o czym wszyscy doskonale wiedzą, mówiąc o polskich Noblach naukowych. Tak naprawdę „mamy” zatem Noble naukowe jedynie dzięki poczuciu patriotyzmu tej wielkiej Uczonej. W mojej dotychczasowej wypowiedzi „zahaczałem” wprawdzie o Unię Europejską, ponieważ takie było zasadnicze pytanie. Uważam wszakże akces do Unii za doskonały moment na samooczyszczenie polskiej nauki. Unia nie jest ani dobrodziejem, ani straszakiem. Jest probierzem i wyzwaniem, któremu musimy sprostać, jeśli chcemy się w niej liczyć jako naród. A że chcemy się liczyć, nikt nie wątpi. Nikt nie wątpi, że chcemy zachować swoją kulturę, swój przemysł, swoje rolnictwo, swoje budownictwo. Po prostu, swoją odrębność narodową. W jaki sposób chcemy tego dokonać bez nauki, kryjąc pod tą nazwą również sztukę? Czy to pytanie naprawdę zadają sobie ludzie odpowiedzialni za los narodu? Odwracam zatem wagę pytań zadanych przez redakcję. Nie pierwsze, a dwa następne są obecnie rzeczywiście ważne. Unia Europejska nie jest panaceum na zapaść polskiej nauki, obserwowaną w wielu dziedzinach. Nie jest również „Czarnym Ludem”. Nie boją się jej te dziedziny nauki polskiej, które wyrobiły sobie renomę międzynarodową. Mamy przecież takie. Unijne instytucje naukowe oraz unijne przedsiębiorstwa mogą natomiast stanowić niebezpieczeństwo dla najwrażliwszej i najcenniejszej cząstki polskiej nauki. Mogą nas pozbawić prawdziwych uczonych, a w zamian zapełnić nasze instytucje sprawnymi rzemieślnikami, zaprawionymi w bojach o stanowiska, czego naszym młodym naukowcom brakuje. Jeśli zatem chcemy naprawdę uchronić polską naukę przed zepchnięciem do poziomu podwykonawcy, musimy postarać się o to właśnie teraz. Jedynie naiwni mogą przypuszczać, że konkurencja w nauce nie istnieje, a instytucje Unii Europejskiej działają na zasadzie dobrego wujaszka, bezustannie spieszącego z bezinteresowną pomocą. Unia może być potrząsarką lub korytem flotacyjnym. My musimy być mózgiem i wykonawcą operacji oczyszczającej. Prof. dr hab. Jerzy Fedorowski, geolog, pracuje w Instytucie Geologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, w latach 1990-1996 pełnił funkcję rektora UAM.
|
|
|