Najemnicy |
Na marginesach naukiLeszek Szaruga Jest sobie człowiek profesorem (nadzwyczajnym choćby) i chciałby żyć po ludzku. Czy pożyje po ludzku za jedną profesorską (to nic, że tylko nadzwyczajną) pensję? Nie pożyje. Żadna to tajemnica, ale i żaden powód do radości – w końcu nie byłoby tak źle, gdyby uposażenie profesora, a nawet (czemu nie?) adiunkta (a zresztą czemu nie asystenta?) wystarczało na życie. Bez „boków”. Bez konieczności „dorabiania”. Marzenie? Nie tak znów wielkie. Wystarczy wyjechać za zachodnią granicę, by się przekonać, że jest to możliwe. Nie lubię kiedy pod koniec dnia konferencyjnego zagraniczne koleżanki i zagraniczni koledzy radośnie poklepują mnie po ramieniu i zapraszają na wino (albo zwykłe piwo) zapewniając, że koszty biorą na siebie, gdyż wiedzą (tu ton nieudawanego współczucia), jak skromnymi środkami dysponują polscy naukowcy tym bardziej (że piwo w Niemczech jest z zasady droższe niż w Polsce). Nikt nie lubi być poklepywany po ramieniu. A Polak – rzecz jasna, nie każdy Polak, raczej taki statystyczny - musi. Można tak sobie żartować bez końca, niemniej te żarty oddają przecież istotę sytuacji, której zasadniczym punktem odniesienia jest „nadpracowitość” samodzielnych pracowników naukowych. Stali się oni dzisiaj swego rodzaju najemnikami, lecz jeżeli sportowcy najmujący się (fakt, że za nieporównanie większe pieniądze) poszczególnym zespołom lub nawet krajom (ich „uobywatelnianie” to dziś wszak stała praktyka) muszą pozostawać w wyłącznej dyspozycji najmującego, to z naukowcami jest jednak inaczej: mogą oddawać swe usługi różnym instytucjom, w tym często konkurującym ze sobą. W efekcie, w żadnej z nich nie czują się „u siebie”, nie są reprezentantami jednej drużyny, nie tworzą zatem jej prestiżu. Z całym respektem dla takich uczelni, jak Uniwersytet Jagielloński czy Katolicki Uniwersytet Lubelski, wciąż jeszcze nie mówi się o ich absolwentach tak, jak w USA o tych, którzy „ukończyli Harvard” czy w Anglii o tych, co „studiowali w Oxfordzie”. Oczywiście, w dużej mierze przyczyniła się do tego „urawniłowka” półwiecza komunistycznego, antyinteligenckiego systemu: dyplom to dyplom, papier to papier i nieważne, kto go wystawił. Ale też żadna polska uczelnia nie może mówić o liczbie noblistów przypadających w niej na metr kwadratowy. Dobrze, że chociaż mamy miasto „pełne noblistów”. W „środowisku” fakt ukończenia tej, a nie innej uczelni miał swoje znaczenie, w życiu społecznym praktycznie żadne. Nikt się nie chwalił tym, że zatrudnia u siebie „absolwenta UJ”, gdyby zaś tak czynił, wygłaszałby komunikat dla większości jego rozmówców pozbawiony treści. Magister to magister (nawiasem mówiąc, czekam na wspaniałe czasy, gdy nasi absolwenci przestaną sobie na wizytówkach drukować „mgr”, choć widziałem ów „tytuł” także i na płytach nagrobnych). Wszyscy w zasadzie są sobie równi, choć oczywiście na salonach na ogół nikt się nie chwali tym, że ukończył np. Wyższą Szkołę Jakąśtam, podobnie jak nie jest powodem do chwały ukończenie studiów zaocznych (sam je kończyłem, to i wiem). Reakcje na taką informację bywają dziwne, w każdym zaś razie nie traktuje się tych studiów (mimo formalnie tej samej rangi dyplomu) jako „prawdziwych” (poniekąd słusznie, przynajmniej w większości wypadków). Dobre imię uczelni, traktowanie jej szyldu jako znaku jakości, wciąż jeszcze nie jest w Polsce problemem podstawowym, mimo działań miłościwie nam działającej Komisji Akredytacyjnej. Ale powoli problemem takim być zaczyna. Świadczy o tym postanowienie senatu UJ zmierzające do wyeliminowania wieloetatowości swych profesorów, szczególnie zatrudniania ich w uczelniach konkurencyjnych. Takie „przypisanie do ziemi” wydaje się zabiegiem trafnym, wszelako w naszych warunkach dla delikwentów finansowo dotkliwym, w szczególności jeśli idzie o uczelnie państwowe. W dodatku warto sobie uzmysłowić, że nie chodzi tu o konkretne osoby. nie o uczonych się zabiega, lecz przede wszystkim o ich formalne tytuły naukowe. Tymczasem dobre imię uczelni to – przynajmniej kiedyś tak bywało – nade wszystko osobowości właśnie. Wszak zdarzało się niegdyś, iż ludzie z bardzo nieraz daleka zjeżdżali się do określonej uczelni po to tylko, by wziąć udział w wykładzie wybranego profesora – on czynił sławnym swój uniwersytet, a sławny uniwersytet rozsławiał imię miasta w świecie. To przecież nie przypadek, że Królewiec tak silnie, niemal automatycznie kojarzony jest z Immanuelem Kantem. Żyjemy w kraju, który – właśnie w sferze szkolnictwa wyższego – przeżywa w ostatnich latach swoistą rewolucję. Skokowo zwiększyła się zarówno liczba uczelni, jak i studentów. Powoli wygrzebujemy się z dołka – u progu lat 90. byliśmy, jeśli chodzi o procent ludzi legitymujących się ukończeniem studiów, w ogonie krajów europejskich. Jest rzeczą oczywistą, że przyrost kadry naukowej nie mógł się dokonać w takim samym tempie, stąd powszechne zjawisko wieloetatowości profesorskiej. Tym bardziej że nawet nieźle płacące uczelnie prywatne właściwie nie mają własnej kadry, wykształconej w ich murach i związanej z tą instytucją, traktującej ją jako „swoją”, a nawet reprezentującej ją na zewnątrz. Jest rzeczą nieco żenującą, iż w ciągu kilkunastu lat, jakie minęły od przemiany warunków naszego życia, środowisko naukowe nie wypracowało strategii współistnienia uczelni publicznych i prywatnych. Było bowiem rzeczą oczywistą, że rozwijająca się sieć jednych i drugich będzie musiała jakoś „podzielić się” stosunkowo nieliczną kadrą. I jest przy tym niepokojące, iż uczelnie nie stworzyły warunków systematycznego naboru młodych naukowców – gdy w grze akredytacyjnej liczą się jedynie „samodzielni”, nikt nie jest zainteresowany „traceniem” etatów na magistrów. W efekcie uczelnie nie kształcą własnej kadry, prowadzą zaś mniej lub bardziej wyrafinowane polowania z nagonką na profesorów i doktorów habilitowanych. Coś tu z pewnością jest pokręcone. Tym bardziej że człowieka krew zalewa, gdy widzi, jak najzdolniejsi magistranci odchodzą w siną dal, miast współtworzyć – rozwijając swe talenta we współpracy z mistrzami – uczelnianą wspólnotę. |
|
|