Kto to zrobi? |
Felieton redakcyjnyW Warszawie brak muzyki – pisze w „Ruchu Muzycznym” Richard Berkeley, Anglik, który trzy lata spędził w Polsce, przyglądając się m.in. naszemu szkolnictwu muzycznemu. Prowadził np. warsztaty wokalne dla studentów warszawskiej Akademii Muzycznej i był zdumiony, jak mało wymagające są ich studia. Studenci nie biorą na przykład udziału w śpiewie zespołowym i chóralnym, bo „to szkodzi ich głosom”! Akademie muzyczne nie przygotowują dostatecznie do zawodu muzyka, a ich absolwenci w sporej grupie marzą o emigracji. Berkeley twierdzi, że nie poradzą sobie w konkurencji z dobrze wykształconymi muzykami zachodnimi. Gdy zachęcał, by zakładali własne zespoły w Polsce, nie chcieli słuchać. Tu ich rozumiem. Kto zna trochę nasze środowisko muzyczne, wie jak trudno się tu przebić. Umiejętności, talent i koncepcje artystyczne mniej znaczą niż układy, powiązania i poparcia. „Muzyka jest największą i najbardziej dostępną ze sztuk” – powiada Brytyjczyk. „Najszerzej otwiera wrota wyobraźni i najsilniej spaja ludzkie poczynania. Społeczeństwo nie może rozwijać się bez muzyki”. Tymczasem, kto ma dzieci w szkole, ten wie, że muzyki tam na lekarstwo. Znikła. Nauczyciele w klasach początkowych poświęcają jej jeszcze mniej uwagi niż wychowaniu fizycznemu. W szkolnictwie średnim jest jeszcze gorzej. Co robić? – pyta Richard Berkeley. Nie oglądać się na instytucje państwowe. One musiałyby najpierw stworzyć wielkie programy, a potem znaleźć na ich realizację wielkie pieniądze. Tak wielkie, że nic się nie da zrobić. Pozostaje rzecz podstawowa: zachęcać dzieci do śpiewania. Potrzeba „tylko” repertuaru i wykształconych nauczycieli. Kto napisze te piosenki? Kto wykształci muzykalnych pedagogów? Tego już Brytyjczyk nie jest nam w stanie podpowiedzieć. W średniowieczu muzyka była dyscypliną naukową, „gałęzią w systemie nauk”. Rozumiano, że przemawia nie tylko do emocji, lecz także do intelektu. Dziś nie traktuje się jej tak poważnie, jak na to zasługuje.
Grzegorz Filip |
|
|