Klucz |
Szkiełko w okuPiotr M?ldner-Nieckowski Tym razem bohaterem felietonu jest klucz. Zasłużył na to, bo jest bardzo przyjazny i nawet kiedy mnie zawodzi albo staje się bezczelny, zasługuje na wyróżnienie. Nosi numer 210, ale były czasy, kiedy się nazywał 304 i 305, 420 i 422. Te numery to nie żadna fantazja, ja po prostu lubię różne numery, dlatego on je miał, ma i będzie miał. Przeszedł przez całą falę numerów. To było w czasach, kiedy nigdy nie wiedziałem, w której sali będę miał wykład. Ale obecnie pan dziekan wystarał się dla mnie o stały numer 210 i tego się trzymam. Zdarzają się co prawda wykładowcy, którzy uzurpują sobie prawo i do klucza, i do numeru, ale wtedy on sam protestuje i robi wszystko, żebym przynajmniej się dowiedział, kto pode mną te dołki kopie. Dowiaduję się od razu, bo wszystkie informacje zbiegają się w zeszycie wydań. Następną rytualną czynnością jest sprawdzanie, czy klucz pasuje do zamka. Pragnę bowiem wyjaśnić, że numer na przywieszce absolutnie o niczym nie świadczy. Znam studentów, którzy w lot potrafią ocenić, czy klucz otworzy drzwi, czy nie. Jeśli nie, to już poprzedniego dnia postanawiają nie przychodzić na zajęcia. Nie wierzę w żadne zabobony, a zwłaszcza w telepatię, ale to, że w naszej uczelni są wyłącznie studenci utalentowani w tym kierunku, to oczywiste. Razu pewnego nie przyszedł w ogóle żaden student, mimo że zaplanowałem znakomity test końcowy i przez całą noc układałem tak podchwytliwe pytania, że mogły załamać najbardziej obrytego kujona. A tymczasem oni doskonale wiedzieli, że klucz drzwi nie otworzy, bo, jak powiedziałem, posługują się czarną magią i wiedzą wszystko. Jakież było moje zdumienie, kiedy się zorientowałem, że właśnie jest niedziela pierwszego maja i że nawet wjazd na parking jest zastawiony szlabanami. Zdarza się jednak, że przychodzą wszyscy, co do jednego, pomagają dźwigać sprzęt i bibliotekę, którą mam zwyczaj przynosić jako materiał poglądowy, witają już od progu budynku, zadają pytania w związku z tematem, towarzyszą wymyślaniu nazwiska przez pana Portiera, a potem – bezbłędnie rozpoczynają poszukiwanie torebki, w której jest klucz. A gdzie może być torebka, wie tylko jej właścicielka. Ponieważ moim ulubionym pisarzem jest Arthur Conan Doyle, też z wykształcenia lekarz zresztą, mam żyłkę detektywa i zawsze coś wymyślę, choć przyznam, że mimo wszystko częściej przez indukcję. Pół biedy, jeśli jest ładna pogoda, wtedy możemy sobie pójść na boisko, ale w razie deszczu raczej lądujemy w barku w podziemiu. Grupy mają po dwadzieścia kilka osób, więc łatwo sobie uświadomić, ile trwa kupowanie kawy i ciasteczek, zanim w ogóle coś się zacznie. A kiedy się zaczyna, pojawia się speszona osóbka z torebką. Proszę sobie wyobrazić ten jęk zawodu, kiedy musimy się przenieść do naszej siermiężnej sali z tablicą. Rola klucza jako blaszki do otwierania drzwi nie jest jednak kluczowa. Nawet poszukiwanie to drobiazg. Klucz, pod przysięgą, ma ważniejsze znaczenie. Jeśli leży na stole katedralnym tak, że go widać, świat jest piękny. Niech no jednak wpadnie między jakieś papiery albo pod wyświetlacz komputerowy, albo skuma się z koszem na śmieci! Wtedy cały mój wysiłek – między jednym wzorem na tablicy a następnym – skupia się na próbach odkrycia, gdzie się podział (do cholery). Staram się, żeby słuchacze nie wiedzieli, że szukam głupiego klucza. Głupiego – oczywiście w mniemaniu młodzieży, bo jeżeli klucz może zaginąć, to znaczy, że nie jest on już aż taki głupi. Wobec mojej obowiązkowości zniknięcie klucza oznaczałoby siedzenie w sali aż do znalezienia. A co by było, gdyby następny dzień okazał się świąteczny? W takich wypadkach mógłbym wyjść przez okno, mógłbym starać się przemknąć podziemiem albo po prostu przeniknąć przez ściany (widziałem w Paryżu na Montmartre rzeźbę-portret takiego gościa, bardzo pouczającą), ale pan Portier (zwłaszcza Drugi) jest czujniejszy niż się wydaje. To Cerber w ludzkiej postaci. Właśnie o tym wtedy bez przerwy myślę, cały czas mówiąc, objaśniając, dyskutując z młodzieżą i zerkając na stół, pod stół, w poprzek i wzdłuż stołu. Rzecz jasna, nie pisnę ani słowem w czym rzecz, raz żeby młodzieży nie martwić, dwa żeby nie myślała, że ma do czynienia z idiotą, ale włos pewnie mam rozwiany i wzrok błędny. Bo czy klucz może aż tak otępić biednego wykładowcę (1600 zł brutto przed podwyżką)? Może. Może zwłaszcza wtedy, kiedy ów wraca do domu (półtorej godziny jazdy) i stwierdza, że ma ten klucz, a jakże, i nie tyle w torebce, ile w teczce. Ale to mój ukochany klucz, bez względu na to, co się dzieje naokoło. Pewnego dnia, kiedy mi go zabraknie, będę płakał. A co będzie, kiedy ja zabraknę kluczowi? e-mail: pmuldner@mp.pl |
|
|