Zasada wahadła |
Felieton redakcyjnyW sporze o konieczność finansowania nauki walczą ze sobą, trochę jak koguty, dwie prawdy: pierwsza – nauka to ciekawość, proces poznawania prawdy i reguł rządzących światem, i druga – badania naukowe powinny przynosić korzyści społeczeństwu i państwu, które na nie łoży. Uczeni, badacze, a nawet zwykli wyrobnicy nauki akcentują najczęściej tę pierwszą, dodając, że z uprawiania „czystej nauki” i poznania tych reguł wynika – niejako przy okazji – tak wiele wymiernych korzyści (choćby w dziedzinie techniki laser czy teflon), że i tak warto finansować badania naukowe. Podkreślają, że nauka to poszukiwanie – proces, który niesie nie tylko zwycięstwa, ale także porażki. Społeczeństwo, po to, by nie tylko trwać, ale rozwijać się, musi mieć swoje elity, w tym swoją klasę „kapłanów nauki”. To właśnie oni są w stanie wyznaczać cele poznawcze dla nauki. Odpowiedzialni za państwową kiesę, zwłaszcza ostatnio, zabierając się do zmiany systemu finansowania badań naukowych w naszym kraju – sami wywodzą się także ze środowiska naukowego – dużo bardziej skłonni są akcentować tezę drugą. Skoro społeczeństwo daje pieniądze, to może też wymagać, aby ich wykorzystanie przynosiło konkretne efekty i wymierne korzyści. Badania naukowe, poza zaspokajaniem ciekawości, muszą być użyteczne. Ich rozdrobnienie, poszukiwanie prawd cząstkowych, uprawianie – pod płaszczykiem badań – pseudonauki, nic nie wnosząca jałowa produkcja naukowa, to po prostu wypaczenia naszego systemu finansowania badań i przejadanie pieniędzy. Często zadaję sobie i kolegom pytanie: Kto ma rację? Czy, jak to często bywa, prawda leży pośrodku, czy też bliżej pierwszej bądź drugiej tezy? Na pewno żadna z nich nie jest prawdą absolutną. Myślę, że, jak w wielu dziedzinach, obowiązuje zasada wahadła – jeśli wychyli się w jedną stronę, to wiadomo, że za chwilę będzie wracać. I chyba właśnie wraca. Andrzej Świć |
|
|