Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 2004

Spis treści numeru 1/2004

Moja droga do Unii

Poprzedni Następny

Życie akademickie

Przedstawiony szkic mojej drogi do Unii skutecznie zniechęcił mnie 
do idei integracji. Nie tylko zresztą mnie.

Witold Filipowicz

Fot. Stefan Ciechan

Studia podyplomowe w dziedzinie integracji europejskiej w Centrum Europejskim Uniwersytetu Warszawskiego podejmowałem nie na fali mody czy z przyczyn innego owczego pędu. W roku 2000 sprawa integracji nie zaprzątała umysłów społeczeństwa w znaczącym zakresie. Dla mnie była to naturalna kontynuacja pogłębiania wiedzy ze studiów. Również wynikała z wewnętrznego przekonania o potrzebie integracji i jej nieuchronności.

Nie przypuszczałem jednak, że będzie to początkiem mojej drogi krzyżowej i wewnętrznego narastania niechęci do całej problematyki integracyjnej. Temat pracy miałem już właściwie zarysowany, nim jeszcze podjąłem naukę, a miało to być rozwinięcie jednego z wątków pracy magisterskiej, dotyczącego systemu zamówień publicznych na gruncie polskim i europejskim. Konkretnym obszarem zainteresowań zdeterminowany był wybór promotora. Tą tematyką mógł się zająć tylko jeden z wykładowców.

ZA MAŁO, ZA DUŻO

Pierwszy rozdźwięk pojawił się wraz z krytyką pracy, która jeszcze nie powstała, a więc jedynie na podstawie przesłanej pocztą elektroniczną koncepcji oraz zarysu planu pisania. Krytyka zaś sprowadzała się do precyzyjnego twierdzenia: „jest źle, bo jest niedobrze”. Poprosiłem o konkrety, co być powinno. Odpowiedź: „za mało o Unii”. Poprosiłem ponownie o konkrety i wskazanie literatury, z której, poza przedstawioną przeze mnie, powinienem skorzystać. Otrzymałem odwrotną pocztą wskazówkę, by udać się do biblioteki oraz szukać w Internecie, nadal bez konkretów, czego właściwie mam szukać. Następnie pojawił się – pocztą, a jakże – wymóg dokonania analizy porównawczej przepisów polskich i unijnych. Specyfika tematu była taka – rzecz traktowała o stosowaniu preferencji krajowych – że nie było co porównywać. Z prostej przyczyny. W rozwiązaniach unijnych stosowanie preferencji mających wydźwięk dyskryminujący było zakazane. Natomiast w systemie polskim takie przepisy są, choć sama ich konstrukcja jest wielce problematyczna, powodując wewnętrzne sprzeczności aktu prawnego, jeżeli rozumieć stosowanie preferencji jako obowiązkowe. A tak jest to rozumiane i stosowane, zgodnie ze stanowiskiem arbitrów ds. zamówień publicznych. Przede wszystkim zaś stosowanie preferencji krajowych jest nieracjonalne i może przynieść szkody właśnie w związku z integracją europejską. To starałem się przedstawić, jednak koncepcja moja nie znalazła uznania. ważniejsze wydawało się siermiężne opisywanie stanu faktycznego, co poczyniono już w dziesiątkach publikacji. Chyba że chodziło o analizę porównawczą przepisów piętnastu krajów członkowskich, ale to z kolei oznaczało pisanie pracy doktorskiej, a nie eseju kończącego roczny cykl wykładów.

Napisałem więc pracę samodzielnie, złożyłem do oceny i otrzymałem odpowiedź negatywną. Poprosiłem o szczegóły, wskazanie konkretnych braków, co powinno być jeszcze uwzględnione. W odpowiedzi przeczytałem: „Za mało o Unii”. Poprosiłem więc o pisemną recenzję, odmówiono. Po tym kontakt z promotorem urwał się całkowicie. Przez letnie miesiące napisałem drugą wersję pracy i znów zostawiłem w sekretariacie, a pocztą wysłałem promotorowi powiadomienie. Pod koniec września otrzymałem wiadomość, iż praca jest do odbioru. Była w istocie, nawet z pisemnymi uwagami, w większości bezzasadnymi. Generalnie źle, tym razem: „Za dużo”. To dopełniło miary. Zwróciłem się do kierownictwa Centrum Europejskiego o umożliwienie zmiany promotora, deklarując gotowość pisania trzeciej pracy na dowolnie wskazany temat. Brak odpowiedzi. Dopiero ponowne pismo skłoniło dyrekcję do odpisania. Powołana ponoć komisja oceniła pracę i uznała, że choć merytorycznie jest na bardzo wysokim poziomie, to jednak z dziedziny zarządzania raczej. Muszę wnieść poprawki i uzupełnienia wskazane przez promotora i przystąpić do obrony. Jakie uzupełnienia i poprawki, tego już komisja nie wymieniła, a promotor w ogóle przestał interesować się tematem.

Pytanie, którą pracę oceniała komisja, skoro jedyny egzemplarz drugiej wersji był u mnie i nikt się nie pofatygował, by się zapoznać z jego treścią? Ponadto podstawą domagania się zmiany promotora była jego postawa, a nie spór o treść pracy. Na marginesie warto może zauważyć, że zła treść pracy jest jednocześnie oceną samego promotora, jego zaangażowania i wysiłku, a także umiejętności pokierowania podopiecznym. Tak wynika z logiki. W przeciwnym razie po co komu promotor? Żeby podpiąć swoje nazwisko pod cudzą pracę? Bardzo etyczne. I uczciwe.

MNÓSTWO PRZEPISÓW

Ponownie napisałem do dyrektora Centrum, domagając się przede wszystkim stworzenia warunków do bezpośredniego uzasadnienia przez promotora – w obecności innych osób z Centrum – uwag tzw. recenzji drugiej wersji pracy, umożliwienie mi wyłożenia racji, w kwestii bezzasadności, w mojej ocenie, postawionych zarzutów, wskazujących dodatkowo brak rozeznania promotora w temacie, który oceniał. Nie otrzymałem odpowiedzi w ogóle. W tej sytuacji uznałem, że możliwości porozumienia się na płaszczyźnie zwyczajnych kontaktów międzyludzkich nie ma i nie będzie. Złożyłem skargę do rektora UW na dyrektora Centrum Europejskiego o bezczynność organu, tj. naruszenie przepisów art. 35 k.p.a. Znów milczenie. Ponowiłem pismo, żądając tym razem zwrotu czesnego, a także ponownie domagałem się wydania zaświadczenia o uczestniczeniu w rocznym cyklu wykładów, o co również wcześniej zwracałem się do CE, ale bez skutku. W odpowiedzi otrzymałem odmowę zwrotu pieniędzy z przywołaniem całej plejady różnych przepisów i uzasadnieniem, że student, który przerywa naukę w trakcie semestru, nie może domagać się zwrotu czesnego. W dalszej części decyzji rektor UW zezwalał na wydanie zaświadczenia o tym, iż byłem słuchaczem rocznych studiów podyplomowych w roku akademickim 2000/01. To w końcu przerwałem studia czy nie? A na koniec uprzejme usprawiedliwienie zwłoki w odpowiedzi, spowodowane koniecznością szczegółowego zapoznania się z całością sprawy.
Wniosłem więc skargę do NSA na decyzję administracyjną wydaną bez właściwej podstawy prawnej, bo przywołany ciąg przepisów miał się nijak do stanu faktycznego. Nim doszło do rozprawy, rektor UW kolejnym pismem uchylił swoją decyzję, odsyłając sprawę do ponownego rozpatrzenia przez organ I instancji, tzn. dyrektora Centrum Europejskiego. A uzasadnieniem uchylenia było spostrzeżenie, iż decyzja drugiej instancji została wydana za wcześnie, tzn. przed decyzją pierwszej instancji. Pomijając śmieszność takiego postępowania, wypada tylko przypomnieć usprawiedliwienia opóźnienia w odpowiedzi rektora UW, spowodowanego ponoć szczegółowym zapoznawaniem się z całością sprawy. Tym samym rektor UW przyznawał jednocześnie, iż jego podwładny ewidentnie naruszał prawo, pozostając w bezczynności (wspomniany art. 35 k.p.a.). Konsekwencją takiego naruszenia jest ustalenie winnych – to akurat nie nastręczało trudności – i pociągnięcie konkretnych osób do odpowiedzialności służbowej i dyscyplinarnej. Przy czym nie jest to zależne od dobrej woli organu nadrzędnego, lecz obowiązek, a zaniechanie też jest naruszeniem prawa.

Dyrektor CE ustosunkował się do żądania zmiany promotora negatywnie, powołując przy tym również cała masę przepisów. Żaden z nich nie miał związku z wnioskiem o zmianę, bo taki przepis nie istnieje. Sprawdziłem. Za to przysłano mi zaświadczenie o uczestniczeniu w wykładach, być może na zasadzie „niech ma, może się uciszy”. Na blankiecie zaświadczenia, dziwnym trafem, przystawiono stempel „duplikat”. Czemu? Wygląda na to, że w ten sposób chciano sugerować, iż jest to już drugie zaświadczenie, bo oryginał został wydany wcześniej. Ja go nie odbierałem, można sprawdzić, bo byłby w stosownej rubryczce mój podpis. Jeżeli wysłano pocztą, poleconą, bo tylko tak było można wysłać tego typu dokument, to oznaczałoby, iż poczta gdzieś go zagubiła. Mało prawdopodobne i też do sprawdzenia. Prymitywny chwyt, prymitywne alibi.

CIASNE RAMY

Tymczasem NSA umorzył postępowanie z powodu bezprzedmiotowości, skoro organ wydający decyzję sam ją wcześniej uchylił. Ponownie wystosowałem więc pismo do rektora UW, tym razem proponujące alternatywne rozwiązanie: albo zwrot kosztów – już nie samego czesnego, bo doszły inne zobowiązania – albo zmiana promotora i pisanie nowej pracy oraz jej obrona. Odpowiedź jak ze świata obłąkanych: zgoda na obronę pracy pod kierunkiem... tego samego promotora, po wniesieniu poprawek i uzupełnień przez niego wskazanych. Znów pismo do rektora UW z żądaniem sprecyzowania charakteru odpowiedzi. Czy jest to decyzja odmawiająca prawa zmiany promotora, a jeśli tak, to żądanie sformułowania takiej decyzji zgodnie z dyspozycją art. 77 k.p.a. w związku z art. 104 k.p.a. (w skrócie: organ administracji załatwia sprawę przez wydanie decyzji, a jej struktura i treść są szczegółowo opisane). W odpowiedzi otrzymuję jedno zdanie, że wszystko już zostało wyjaśnione i nie ma potrzeby dalszej korespondencji. Co do potrzeby dalszej korespondencji byłem podobnego zdania, natomiast co do wyjaśnienia kwestii spornych niekoniecznie. Stan na dziś: kolejna skarga do NSA, tym razem o uchylanie się organu od wydania decyzji, czyli de facto pozostawania w bezczynności – vide: art. 35 k.p.a. Takie uchylanie się uniemożliwia, a ściślej – utrudnia dochodzenie swoich praw, zagwarantowanych m.in. w art. 45 Konstytucji RP.

A zaczęło się tak miło i sympatycznie, dopóki na konto uczelni nie wpłynęły pieniądze. Potem słuchacz, student czy po prostu człowiek staje się jedynie przedmiotem, z którym nie ma potrzeby się liczyć. Jawne, wręcz bezwstydne łamanie prawa, środowiskowa solidarność eliminująca poczucie zwykłej przyzwoitości – oto obraz świata nauki przebijający spoza tej, skrótowo z konieczności przedstawionej historii. Gdyby zagłębić się w szczegóły, byłoby jeszcze dziwniej. I większy wstyd.

Tak właśnie wykuwa się młode kadry naszej przyszłej elity władzy, fachowców z otwartymi umysłami, profesjonalistów. Wpajając przez lata studiów przekonanie, że od punktu siedzenia zależy to, na co kto może sobie pozwolić. A własne koncepcje, myśli, pomysły wyłącznie na domowy użytek. Obowiązuje wersja prezentowana przez osoby czasem zupełnie przypadkowe, ale mające kawałek władzy. Wdrażanie w ciasne ramy posłuszeństwa opartego na strachu, bo zależne od kaprysów i megalomanii. Czasem zwykłej tępoty i braku umiejętności spojrzenia dalej niż własny tytuł. Można sobie wyobrazić stany ducha wielu młodych ludzi, którzy traktowani są w podobny sposób, a żaden, z obawy, nie piśnie słowa.

Od osób z pierwszego szeregu w marszu do nowoczesności i normalności uczymy się w taki właśnie sposób etyki, rzetelności, przestrzegania norm prawnych i moralnych. Czy ma to jakiś związek z integracją europejską? Przedstawiony szkic mojej drogi do integracji skutecznie mnie do tej idei zniechęcił. Nie tylko zresztą mnie. Również tych, którzy będąc wokół mnie obserwują te żenujące zmagania z wrogim systemem, bezduszną i bezwstydną machiną, wyalienowaną ze społeczeństwa.

mifin@wp.pl 

Komentarze