Moja droga do Unii |
Życie akademickiePrzedstawiony szkic mojej drogi do Unii skutecznie zniechęcił mnie Witold Filipowicz Studia podyplomowe w dziedzinie integracji europejskiej w Centrum Europejskim Uniwersytetu Warszawskiego podejmowałem nie na fali mody czy z przyczyn innego owczego pędu. W roku 2000 sprawa integracji nie zaprzątała umysłów społeczeństwa w znaczącym zakresie. Dla mnie była to naturalna kontynuacja pogłębiania wiedzy ze studiów. Również wynikała z wewnętrznego przekonania o potrzebie integracji i jej nieuchronności. Nie przypuszczałem jednak, że będzie to początkiem mojej drogi krzyżowej i wewnętrznego narastania niechęci do całej problematyki integracyjnej. Temat pracy miałem już właściwie zarysowany, nim jeszcze podjąłem naukę, a miało to być rozwinięcie jednego z wątków pracy magisterskiej, dotyczącego systemu zamówień publicznych na gruncie polskim i europejskim. Konkretnym obszarem zainteresowań zdeterminowany był wybór promotora. Tą tematyką mógł się zająć tylko jeden z wykładowców. ZA MAŁO, ZA DUŻOPierwszy rozdźwięk pojawił się wraz z krytyką pracy, która jeszcze nie powstała, a więc jedynie na podstawie przesłanej pocztą elektroniczną koncepcji oraz zarysu planu pisania. Krytyka zaś sprowadzała się do precyzyjnego twierdzenia: „jest źle, bo jest niedobrze”. Poprosiłem o konkrety, co być powinno. Odpowiedź: „za mało o Unii”. Poprosiłem ponownie o konkrety i wskazanie literatury, z której, poza przedstawioną przeze mnie, powinienem skorzystać. Otrzymałem odwrotną pocztą wskazówkę, by udać się do biblioteki oraz szukać w Internecie, nadal bez konkretów, czego właściwie mam szukać. Następnie pojawił się – pocztą, a jakże – wymóg dokonania analizy porównawczej przepisów polskich i unijnych. Specyfika tematu była taka – rzecz traktowała o stosowaniu preferencji krajowych – że nie było co porównywać. Z prostej przyczyny. W rozwiązaniach unijnych stosowanie preferencji mających wydźwięk dyskryminujący było zakazane. Natomiast w systemie polskim takie przepisy są, choć sama ich konstrukcja jest wielce problematyczna, powodując wewnętrzne sprzeczności aktu prawnego, jeżeli rozumieć stosowanie preferencji jako obowiązkowe. A tak jest to rozumiane i stosowane, zgodnie ze stanowiskiem arbitrów ds. zamówień publicznych. Przede wszystkim zaś stosowanie preferencji krajowych jest nieracjonalne i może przynieść szkody właśnie w związku z integracją europejską. To starałem się przedstawić, jednak koncepcja moja nie znalazła uznania. ważniejsze wydawało się siermiężne opisywanie stanu faktycznego, co poczyniono już w dziesiątkach publikacji. Chyba że chodziło o analizę porównawczą przepisów piętnastu krajów członkowskich, ale to z kolei oznaczało pisanie pracy doktorskiej, a nie eseju kończącego roczny cykl wykładów. Napisałem więc pracę samodzielnie, złożyłem do oceny i otrzymałem odpowiedź negatywną. Poprosiłem o szczegóły, wskazanie konkretnych braków, co powinno być jeszcze uwzględnione. W odpowiedzi przeczytałem: „Za mało o Unii”. Poprosiłem więc o pisemną recenzję, odmówiono. Po tym kontakt z promotorem urwał się całkowicie. Przez letnie miesiące napisałem drugą wersję pracy i znów zostawiłem w sekretariacie, a pocztą wysłałem promotorowi powiadomienie. Pod koniec września otrzymałem wiadomość, iż praca jest do odbioru. Była w istocie, nawet z pisemnymi uwagami, w większości bezzasadnymi. Generalnie źle, tym razem: „Za dużo”. To dopełniło miary. Zwróciłem się do kierownictwa Centrum Europejskiego o umożliwienie zmiany promotora, deklarując gotowość pisania trzeciej pracy na dowolnie wskazany temat. Brak odpowiedzi. Dopiero ponowne pismo skłoniło dyrekcję do odpisania. Powołana ponoć komisja oceniła pracę i uznała, że choć merytorycznie jest na bardzo wysokim poziomie, to jednak z dziedziny zarządzania raczej. Muszę wnieść poprawki i uzupełnienia wskazane przez promotora i przystąpić do obrony. Jakie uzupełnienia i poprawki, tego już komisja nie wymieniła, a promotor w ogóle przestał interesować się tematem. Pytanie, którą pracę oceniała komisja, skoro jedyny egzemplarz drugiej wersji był u mnie i nikt się nie pofatygował, by się zapoznać z jego treścią? Ponadto podstawą domagania się zmiany promotora była jego postawa, a nie spór o treść pracy. Na marginesie warto może zauważyć, że zła treść pracy jest jednocześnie oceną samego promotora, jego zaangażowania i wysiłku, a także umiejętności pokierowania podopiecznym. Tak wynika z logiki. W przeciwnym razie po co komu promotor? Żeby podpiąć swoje nazwisko pod cudzą pracę? Bardzo etyczne. I uczciwe. MNÓSTWO PRZEPISÓWPonownie napisałem do dyrektora Centrum, domagając się przede wszystkim stworzenia warunków do bezpośredniego uzasadnienia przez promotora – w obecności innych osób z Centrum – uwag tzw. recenzji drugiej wersji pracy, umożliwienie mi wyłożenia racji, w kwestii bezzasadności, w mojej ocenie, postawionych zarzutów, wskazujących dodatkowo brak rozeznania promotora w temacie, który oceniał. Nie otrzymałem odpowiedzi w ogóle. W tej sytuacji uznałem, że możliwości porozumienia się na płaszczyźnie zwyczajnych kontaktów międzyludzkich nie ma i nie będzie. Złożyłem skargę do rektora UW na dyrektora Centrum Europejskiego o bezczynność organu, tj. naruszenie przepisów art. 35 k.p.a. Znów milczenie. Ponowiłem pismo, żądając tym razem zwrotu czesnego, a także ponownie domagałem się wydania zaświadczenia o uczestniczeniu w rocznym cyklu wykładów, o co również wcześniej zwracałem się do CE, ale bez skutku. W odpowiedzi otrzymałem odmowę zwrotu pieniędzy z przywołaniem całej plejady różnych przepisów i uzasadnieniem, że student, który przerywa naukę w trakcie semestru, nie może domagać się zwrotu czesnego. W dalszej części decyzji rektor UW zezwalał na wydanie zaświadczenia o tym, iż byłem słuchaczem rocznych studiów podyplomowych w roku akademickim 2000/01. To w końcu przerwałem studia czy nie? A na koniec uprzejme usprawiedliwienie zwłoki w odpowiedzi, spowodowane koniecznością szczegółowego zapoznania się z całością sprawy. Dyrektor CE ustosunkował się do żądania zmiany promotora negatywnie, powołując przy tym również cała masę przepisów. Żaden z nich nie miał związku z wnioskiem o zmianę, bo taki przepis nie istnieje. Sprawdziłem. Za to przysłano mi zaświadczenie o uczestniczeniu w wykładach, być może na zasadzie „niech ma, może się uciszy”. Na blankiecie zaświadczenia, dziwnym trafem, przystawiono stempel „duplikat”. Czemu? Wygląda na to, że w ten sposób chciano sugerować, iż jest to już drugie zaświadczenie, bo oryginał został wydany wcześniej. Ja go nie odbierałem, można sprawdzić, bo byłby w stosownej rubryczce mój podpis. Jeżeli wysłano pocztą, poleconą, bo tylko tak było można wysłać tego typu dokument, to oznaczałoby, iż poczta gdzieś go zagubiła. Mało prawdopodobne i też do sprawdzenia. Prymitywny chwyt, prymitywne alibi. CIASNE RAMYTymczasem NSA umorzył postępowanie z powodu bezprzedmiotowości, skoro organ wydający decyzję sam ją wcześniej uchylił. Ponownie wystosowałem więc pismo do rektora UW, tym razem proponujące alternatywne rozwiązanie: albo zwrot kosztów – już nie samego czesnego, bo doszły inne zobowiązania – albo zmiana promotora i pisanie nowej pracy oraz jej obrona. Odpowiedź jak ze świata obłąkanych: zgoda na obronę pracy pod kierunkiem... tego samego promotora, po wniesieniu poprawek i uzupełnień przez niego wskazanych. Znów pismo do rektora UW z żądaniem sprecyzowania charakteru odpowiedzi. Czy jest to decyzja odmawiająca prawa zmiany promotora, a jeśli tak, to żądanie sformułowania takiej decyzji zgodnie z dyspozycją art. 77 k.p.a. w związku z art. 104 k.p.a. (w skrócie: organ administracji załatwia sprawę przez wydanie decyzji, a jej struktura i treść są szczegółowo opisane). W odpowiedzi otrzymuję jedno zdanie, że wszystko już zostało wyjaśnione i nie ma potrzeby dalszej korespondencji. Co do potrzeby dalszej korespondencji byłem podobnego zdania, natomiast co do wyjaśnienia kwestii spornych niekoniecznie. Stan na dziś: kolejna skarga do NSA, tym razem o uchylanie się organu od wydania decyzji, czyli de facto pozostawania w bezczynności – vide: art. 35 k.p.a. Takie uchylanie się uniemożliwia, a ściślej – utrudnia dochodzenie swoich praw, zagwarantowanych m.in. w art. 45 Konstytucji RP. A zaczęło się tak miło i sympatycznie, dopóki na konto uczelni nie wpłynęły pieniądze. Potem słuchacz, student czy po prostu człowiek staje się jedynie przedmiotem, z którym nie ma potrzeby się liczyć. Jawne, wręcz bezwstydne łamanie prawa, środowiskowa solidarność eliminująca poczucie zwykłej przyzwoitości – oto obraz świata nauki przebijający spoza tej, skrótowo z konieczności przedstawionej historii. Gdyby zagłębić się w szczegóły, byłoby jeszcze dziwniej. I większy wstyd. Tak właśnie wykuwa się młode kadry naszej przyszłej elity władzy, fachowców z otwartymi umysłami, profesjonalistów. Wpajając przez lata studiów przekonanie, że od punktu siedzenia zależy to, na co kto może sobie pozwolić. A własne koncepcje, myśli, pomysły wyłącznie na domowy użytek. Obowiązuje wersja prezentowana przez osoby czasem zupełnie przypadkowe, ale mające kawałek władzy. Wdrażanie w ciasne ramy posłuszeństwa opartego na strachu, bo zależne od kaprysów i megalomanii. Czasem zwykłej tępoty i braku umiejętności spojrzenia dalej niż własny tytuł. Można sobie wyobrazić stany ducha wielu młodych ludzi, którzy traktowani są w podobny sposób, a żaden, z obawy, nie piśnie słowa. Od osób z pierwszego szeregu w marszu do nowoczesności i normalności uczymy się w taki właśnie sposób etyki, rzetelności, przestrzegania norm prawnych i moralnych. Czy ma to jakiś związek z integracją europejską? Przedstawiony szkic mojej drogi do integracji skutecznie mnie do tej idei zniechęcił. Nie tylko zresztą mnie. Również tych, którzy będąc wokół mnie obserwują te żenujące zmagania z wrogim systemem, bezduszną i bezwstydną machiną, wyalienowaną ze społeczeństwa. |
|
|