Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1998

Spis treści numeru 10/1998

Brylanty armatnie
Poprzedni Następny

Fetyszyzowanie publikacji zagranicznych,
a zwłaszcza tzw. listy filadelfijskiej, jest poważnym
błędem merytorycznym i politycznym.

Ryszard Tadeusiewicz

W lipcu bieżącego roku jednostki organizacyjne szkół wyższych, a także zajmujące się badaniami naukowymi jednostki badawczo-rozwojowe i placówki naukowe PAN otrzymały dokument KBN Zasady i definicje oceny parametrycznej, definiujący nową formułę kryteriów, na podstawie których zespoły Komitetu dokonują kategoryzacji i ocen, co stanowi podstawę do ustalenia wielkości dotacji na ich działalność statutową. Ogólnie dokument ten oceniam bardzo pozytywnie, gdyż precyzuje on i szczegółowo definiuje kryteria i reguły, według których poszczególne jednostki są oceniane. Sądzę też, że jest to kolejny krok w korzystnym i bardzo dobrze przez środowiska naukowe odbieranym kierunku, zmierzającym do zmniejszenia zakresu arbitralności ocen oraz do ich obiektywizacji. Jednak biorąc za podstawę specyfikę nauk technicznych chciałbym zgłosić jedną uwagę krytyczną do stosowanych przez KBN parametrów i kryteriów. Otóż sądzę, że fetyszyzowanie w tych kryteriach publikacji zagranicznych, a zwłaszcza tzw. listy filadelfijskiej jest poważnym błędem merytorycznym i politycznym.

KTO NAPRAWDĘ ROZWIJA NAUKĘ?

Błędność merytoryczna przyznawania prymatu liście filadelfijskiej (i wszelkim podobnym wykazom) wynika z faktu, że lista ta, bezwzględnie użyteczna w odniesieniu do nauk podstawowych, zdecydowanie nie odpowiada poglądom i rankingom specjalistów nauk stosowanych, przynajmniej w zakresie niektórych (by nie powiedzieć – większości) nauk technicznych. Przyczyn tej rozbieżności jest wiele. Pierwszą i podstawową jest powszechnie znana indolencja techniczna „specjalistów od mierzenia nauki” z wszelkiego rodzaju Instytutów Informacji Naukowej. Dowodem tej indolencji jest fakt, że streszczenia i tłumaczenia artykułów na tematy techniczne, przygotowywane przez fachowych (rzekomo!) dokumentalistów, jeżą zwykle włos na głowie techników. Druga, poważniejsza przyczyna tkwi w niesłychanie szybkich i gruntownych zmianach i przewartościowaniach, jakie zachodzą w naukach technicznych zwykle w bardzo krótkich okresach czasu, często wręcz w horyzontach kilkuletnich. Nie chcę rozwijać tego tematu, ale specjaliści od Informacji Naukowej – nie mogąc wnikać w meritum przedstawionych w określonych publikacjach wyników – opierają się w swoich ocenach wyłącznie na wskaźnikach ilościowych. Wskaźniki te, różnie definiowane, mają jedną wspólną cechę – z konieczności opierają się na danych retrospektywnych (na przykład na liczbie cytowań). W związku z takim sposobem budowania wskaźników, dokumentaliści mają naturalną skłonność do faworyzowania dyscyplin z tradycjami (co we współczesnej technice oznacza dyscypliny muzealne) przy równoczesnym drastycznym niedocenianiu dziedzin awangardowych, nowych, jeszcze praktycznie pozbawionych obszernych bibliografii, ale dla rozwoju techniki najważniejszych. Wystarczy przypomnieć, że jeszcze na początku lat 70. klasyczna mechanika zajmowała najwyższą pozycję na wszelkich listach rankingowych opracowywanych przez „specjalistów” od naukometrii, natomiast bardzo nisko (jeśli w ogóle!) notowane były: informatyka, telekomunikacja, elektronika układów scalonych i technika mikroprocesowa. Po prostu w mechanice pracowało wtedy mnóstwo badaczy pochodzących z poprzedniej epoki, którzy pisali, recenzowali i cytowali mnóstwo prac, stwarzając całą tą wrzawą wrażenie czegoś ważnego i doniosłego, podczas gdy na przykład mikroprocesorami zajmowały się małe grupy pozbawionych tradycji, lecz za to niezwykle kreatywnych młodych ludzi. Wystarczy jednak spojrzeć dziś dookoła, by się przekonać, kto wtedy naprawdę rozwijał nauki techniczne.

URZĘDNICY LUBIĄ WSKAŹNIKI

Dokładnie ta sama sytuacja ma miejsce obecnie, tylko z kolei teraz mikroprocesory stały się (z naukowego punktu widzenia) strupieszałą starością, a dobrze rokującą awangardą są... (w celu uniknięcia posądzenia o stronniczość pozostawiam tu puste miejsce, możliwe do wypełnienia przez różnych specjalistów; ale z pewnością jest to miejsce, które nie powinno być wypełnione przez „specjalistów” od mierzenia liczby cytowań). Podkreślam, wartościowanie osiągnięć naukowych jest możliwe tylko wtedy, gdy dokonują ich ludzie mający jakieś pojęcie o tym, co wartościują, czyli głównie tych, którzy mają bezpośredni kontakt z nauką, ponieważ ją tworzą. Na tej zasadzie przecież zbudowano KBN i tak on działał, kiedy przez dwie kadencje w nim pracowałem. Dlaczego teraz znowu godzimy się na to, że rozum i wiedzę uczonych zastąpią wskaźniki wygodne dla urzędników? Jeśli przyjmiemy i zaaprobujemy, że oceny dla polskiej nauki wiążące i ważące (także finansowo) wystawiać będzie tak naprawdę jakiś amerykański bibliotekarz rangujący czasopisma, to powstawać będą z tego potworki. Takie wskaźniki naprawdę niczego nie mierzą, przynajmniej nie w kategoriach jakościowych. A przecież każdy się zgodzi, że kryteriom jakościowym w nauce bezwzględnie należy dać prymat nad kryteriami ilościowymi. Dlaczego teoria znowu nie zgadza się tu z praktyką?

BŁĄD POLITYCZNY

Przejdę teraz do argumentów innego rodzaju. Sądzę (chociaż podejrzewam, że jestem w tej opinii odosobniony), że obowiązująca aktualnie praktyka premiowania głównie osiągnięć publikowanych za granicą jest – w przypadku jej stosowania w dziedzinie nauk technicznych – poważnym błędem politycznym. Twierdzę, że taki sposób wartościowania zdecydowanie nie sprzyja właściwemu wykorzystaniu potencjału intelektualnego naszych badaczy dla dobra Polski. Podkreślam, nie odnoszę tego stwierdzenia do nauk podstawowych, gdzie zasada mówiąca o tym, że każde osiągnięcie naukowe powinno być jak najszybciej własnością całej ludzkości, jest zasadą słuszną, szlachetną i moralnie uzasadnioną. Jednak na gruncie techniki zamienia się ona w morderczą walkę konkurencyjną. Amunicją w tej walce są (między innymi) odkrycia naukowe. Zamienione w technologie mogą i powinny sprzyjać polepszeniu sytuacji kraju, którego obywatele mają potencjał innowacyjny i osiągają sukcesy badawcze. Te stwierdzenia każdy rozsądnie myślący człowiek uzna za truizmy.

Dlaczego więc ciągle system ocen dotyczących finansowania nauki i awansów naukowych polskich badaczy preferuje i premiuje głównie (a czasem wręcz wyłącznie) osiągnięcia zagraniczne? Przecież te mające najwyższą rangę w ocenach KBN publikacje w zagranicznych czasopismach są (w przypadku nauk technicznych stale to podkreślam) naszymi straconymi atutami. Powinny były służyć Polsce, bo przecież za pieniądze polskich podatników wykształcono uczonych i prowadzono odpowiednie badania, a tymczasem zostały one za darmo wyniesione i opublikowane za granicą. Stwarzając systemy ocen, które tak radykalnie i bezkrytycznie fetyszyzują głównie „osiągnięcia międzynarodowe”, najwartościowsze wyniki wielkodusznie oferujemy tym, którzy na światowym rynku są konkurentami dla polskiego przemysłu. Nie tylko oferujemy, wręcz wciskamy przemocą, bo teraz każdy badacz marzy tylko o tym, by zdobyć fetysz zagranicznej publikacji.

DRENAŻ INTELEKTUALNY

Takie systemy wartościowania prac badawczych i ośrodków naukowych z pewnością spotkają się z bardzo pozytywną oceną europejskich i amerykańskich opiniodawców, ponieważ dla nich jest to mechanizm drenażu intelektualnego, skuteczniejszy i tańszy niż działalność osławionych „łowców głów”. Oni te nasze najwartościowsze opracowania i pomysły naukowe łaskawie przyjmą, a jeśli będą dobre, to nawet je opublikują i niezwłocznie zastosują w praktyce. Zrobią to znacznie szybciej niż przedstawiciele polskiego przemysłu, bo po prostu od lat umieją to robić a my wciąż jeszcze nie. A potem się dziwimy, że w Polsce nakłady kierowane na badania naukowe – wbrew znanym opracowaniom teoretyków – jakoś nie przynoszą korzyści w postaci intensywnych czynników wzrostu gospodarczego. Ależ one przynoszą korzyści, ogromne korzyści – tylko nie nam. Warto by kiedyś zrobić analizę, ile osiągnięć polskiej myśli technicznej zostało w ten sposób zmarnowane dla polskiej gospodarki, wzmacniając gospodarkę naszych konkurentów. I warto zastanowić się, czy stać nas na to, by nadal premiować w naukach technicznych głównie „osiągnięcia międzynarodowe”?

Na zakończenie niech mi będzie wolno podzielić się pewną refleksją ogólniejszej natury. W historiografii naszych powstań narodowych, które nieodmiennie kończyły się hekatombą najwartościowszej młodzieży polskiej, używane jest powiedzenie, że Polacy zwykli strzelać do swoich wrogów brylantami. Ciekawe, czy w historiografii rozwoju techniki końca XX wieku nie będzie trzeba napisać, że Polacy stworzyli na potrzeby swojej nauki system ocen, który nakazywał polskim badaczom nabijać brylantami zagraniczne armaty wymierzone w samo serce polskiego przemysłu i polskiej gospodarki?

Prof. dr hab. inż. Ryszard Tadeusiewicz, biocybernetyk, jest rektorem Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Uwagi.