|
Dekomunizować trzeba przede wszystkim postkomunistyczne sposoby myślenia
Zbigniew Drozdowicz Postawiony w tytule problem stanowi, rzecz jasna, część składową większej całości, jaką jest wyrugowanie z różnych sfer życia społecznego w naszym kraju negatywnych stron tego, co nazywane było komunizmem, demokracją ludową, socjalizmem bądź też – na samym końcu – realnym socjalizmem, a co wielu Polakom kojarzyło i kojarzy się nieodłącznie ze zorganizowaną w struktury władzy partyjnej i państwowej przemocą, rozbudowaną do monstrualnych rozmiarów kontrolą społeczną, z wszechobecną cenzurą itp. Stąd, w momencie utraty przez tę formację zdolności obrony jej najważniejszych szańców (znajdowała się wśród nich kusząca mirażem świetlanej przyszłości ideologia marksistowska), rozpoczął się proces jej demontażu. Nie ominął on wyższych uczelni państwowych. Wprawdzie nie zaczął się w nich wcześniej niż w innych instytucjach publicznych, niemniej w środowisku akademickim przebiegał jakby z większą konsekwencją, a przynajmniej z większym uporem broniono pewnej niezależności, uzyskanej po wydarzeniach październikowych 1956 roku, a później w znacznej mierze utraconej i ponownie odzyskanej po wydarzeniach sierpniowych 1980 roku. Wprowadzenie stanu wojennego było, oczywiście, równoznaczne ze znacznym i dotkliwym ograniczeniem autonomii uczelni – wyrażało się to w zdjęciu z urzędów demokratycznie wybranych rektorów i dziekanów. Jednak nie dało się już w pełni powrócić do dawnych praktyk, polegających m.in. na kontrolowaniu przez władze polityczne obsady uczelnianych stanowisk. W praktyce niejednokrotnie okazywało się, że rektorzy, czy dziekani okresu stanu wojennego oraz lat bezpośrednio po nim następujących są nie tylko poważnymi uczonymi i cieszącymi się autorytetem nauczycielami akademickimi, ale również osobami, którymi nie da się łatwo sterować. Mimo tych i wielu jeszcze innych świadectw odzyskiwania przez uczelnie tradycyjnej samodzielności, problem ich dekomunizacji nadal istnieje. WSTYDLIWE MILCZENIE?Zastanawiające jest, jak wiele mówi się dzisiaj o potrzebie dekomunizacji gospodarki, polityki czy środków masowego przekazu oraz jak niewiele uwagi poświęca się tej kwestii w odniesieniu do wyższych uczelni. Nawet autorzy złożonych w sejmie ustaw dekomunizacyjnych, w tym wersji najbardziej radykalnej, bo traktującej komunizm w całości jako system przestępczy, zdają się omijać ten problem. Zastanawia to tym bardziej, że wiele osób z pierwszych stron gazet podczas swoich studiów miało okazję osobiście zetknąć się z komunizmem w wydaniu akademickim, chociażby podlegając obowiązkowi zaliczenia bloku tzw. przedmiotów społeczno-politycznych (marksistowskiej filozofii, ekonomii i politologii). Rzecz jasna, nie bez znaczenia jest w tym wypadku to, że powiew wolności, którego doświadczyło w latach 90. nasze społeczeństwo „wywiał” z programów studiów m.in. owe przedmioty, pozbawiając przy okazji zatrudnienia niektórych z ich wykładowców. Nie rozwiązało to jednak problemu postkomunistycznych pozostałości w wyższych uczelniach. BĘDZIE BURZAJestem przekonany, że znaczna część społeczności akademickiej zdaje sobie z tego sprawę, mimo to woli na ogół w tej kwestii zachować wstydliwe milczenie. Być może zresztą przed publiczną debatą na temat dekomunizacji powstrzymuje członków tej społeczności nie wstyd (bo przecież wielu z nich nie kolaborowało z komunizmem ani też nie uzyskało od niego żadnych korzyści), lecz całkiem zwyczajnie obawa przed rozpętaniem burzy i spotkaniem się z prawdziwą zemstą ze strony tych, którzy jeszcze nie tak dawno na wspieraniu komunizmu zbijali kapitał i dzisiaj nadal mają możliwość „przysłużenia” się temu i owemu w uczelni. Obawa ta nie jest wydumana. Miałem okazję się przekonać, że nieco bardziej śmiałe mówienie na ten temat wywołuje u niektórych osób ze środowiska coś w rodzaju „białej gorączki”. Trzeba jednak na ten temat mówić publicznie. Problem jest bowiem ważny dla środowiska, niesłychanie złożony i nie da się go rozwiązać ani poprzez kadrowe roszady (np. przesunięcie pewnej liczby osób – mających osiągnięcia głównie w walce na froncie ideologicznym – z uczelni pierwszorzędnych do drugo- i trzeciorzędnych), ani poprzez redukcje w programach nauczania (np. zredukowanie do minimum wykładów z filozofii ogólnej oraz do zera z filozofii marksistowskiej), ani tym bardziej poprzez samą zmianę nazw (takich jak pozbawienie Uniwersytetu Wrocławskiego imienia zasłużonego dla komunizmu Bolesława Bieruta). Wszystkie te zmiany – jakkolwiek niejednokrotnie pociągają za sobą osobiste dramaty – są względnie proste i łatwe do przeprowadzenia. Natomiast zmian, które oznaczałyby głęboką i trwałą dekomunizację wyższych uczelni w naszym kraju, nie da się przeprowadzić ani łatwo, ani szybko. Komunizm w Polsce po kilkudziesięciu latach funkcjonowania tak głęboko przeniknął do ich struktur, że potrzebna jest pewnego rodzaju praca u podstaw. CO DEKOMUNIZOWAĆ?Lista tego, co wymaga w wyższych uczelniach dekomunizacji jest, niestety, długa i zróżnicowana. Chciałbym tutaj zwrócić uwagę jedynie na to, co w moim przekonaniu jest najważniejsze dla przywrócenia uczelniom zdolności do wypełniania ich powołania. Trzeba przypomnieć – bo wygląda na to, że gdzieś zostało to zagubione – co stanowiło w przeszłości i stanowi nadal owo powołanie. Mówi o tym Wielka karta uniwersytetów europejskich, dokument ogłoszony we wrześniu 1988 roku przez rektorów uczelni europejskich. Tak więc w pierwszej z fundamentalnych zasad uniwersyteckich stwierdza się m.in., że powołaniem tych instytucji jest tworzenie, badanie, ocenianie i przekazywanie kultury przez działalność naukową i dydaktyczną, dodając przy tym, że działalność ta musi być moralnie i intelektualnie niezależna od władzy politycznej i ekonomicznej. W drugiej z nich mówi się o potrzebie łączenia naukowych badań z dydaktyką, jeśli nauczanie ma sprostać zmieniającym się warunkom, potrzebom społeczeństwa oraz postępowi wiedzy. W trzeciej natomiast podkreśla się zarówno konieczność istnienia swobody prowadzenia badań naukowych i kształcenia”, jak konieczność odrzucenia przez społeczność akademicką postawy nietolerancji oraz pozostawania zawsze gotowym do dialogu. W końcu w czwartej z nich stwierdza się m.in., że uniwersytety wypełniając swe powołanie przekraczają granice geograficzne i polityczne oraz zaspokajają istotną potrzebę wzajemnego poznania i oddziaływania różnych kultur. KTO ZA TYM STOI?W świetle występujących w naszych uczelniach praktyk, sformułowania te mogą trącić anachronizmem. Czyż nie jest dosyć powszechnie praktykowane i uważane za rzecz normalną instrumentalne traktowanie badań naukowych? W nie tak dawnej przeszłości mówiło się, że nauka ma charakter klasowy i służy interesom określonej grupy społecznej. Rzecz jasna, dzisiaj mało kto w środowisku akademickim będzie skłonny głośno mówić o interesie proletariatu oraz jego sojusznikach i wrogach. Nie jest jednak wielkim nietaktem zapytanie, kto i co za tym stoi, no i, oczywiście, komu i czemu ta cała „krzątanina”, nazywana badaniami naukowymi, ma służyć? Powiedzenie, że stoją za tym autentyczni pasjonaci rozwiązywania naukowych problemów oraz że niejednokrotnie do poświęcenia badaniom całego dojrzałego życia popycha ich niepohamowana ciekawość poznawcza, może być odebrane jako zwykłe zawracanie głowy. Co gorsza tym, którzy tak to odbierają, nie sposób odmówić pewnej racji. Nie są bowiem znowu tak rzadkie przypadki osób, które „karierę” akademicką (sprowadzającą się czasami do zdobycia kolejnych stopni naukowych) traktują jedynie jako przygotowanie do znacznie bardziej atrakcyjnej dla nich kariery w polityce lub w gospodarce. Dobrze jeszcze, gdy ci, którzy zrobili owe kariery bez żadnego cudzysłowu mają później zrozumienie dla autentycznych potrzeb wyższych uczelni. Zdarza się jednak, że ich punkt widzenia zmienił się razem z punktem siedzenia (vide: polemika, jaka toczyła się niedawno między prof. A.K. Wróblewskim, który publicznie zaprotestował przeciwko drastycznemu ograniczeniu nakładów na naukę oraz posłem T. Syryjczykiem, który bronił opcji rządowej). ZAWODOWI DYDAKTYCYMówienie o konieczności łączenia działalności naukowej i dydaktycznej nie tylko w realiach polskich uczelni może wydawać się czymś mało życiowym. Nigdzie bowiem nie jest łatwo o takie połączenie. Ci, którzy najwięcej znaczą w nauce, żyją z reguły w poczuciu „niedoczasu” i, mając do wyboru: poświęcić czas badaniom naukowym czy uczelnianej dydaktyce, niejednokrotnie wybierają to pierwsze. W praktyce oznacza to, niestety, nie tylko rygorystyczne trzymanie się swojego pensum, ale także prowadzenie „polityki zastępstw”, tj. przekazywania ważnych z dydaktycznego punktu widzenia i wymagających sporego doświadczenia zajęć mniej doświadczonym kolegom i współpracownikom. Te występujące w wielu krajach praktyki w polskich uczelniach doprowadziły do powstania specyficznej grupy nauczycieli akademickich, która zajmuje się przede wszystkim lub wyłącznie dydaktyką. Jej pojawieniu się sprzyjał bez wątpienia komunistyczny etos masowego kształcenia, przez co niesłychanie trudno było połączyć wysoki poziom edukacji z jej powszechną dostępnością. Trudno było również wymagać od osób, które teoretycznie miały wprawdzie niezbyt wysokie, jak na europejskie standardy, pensum dydaktyczne, ale praktycznie miały sporą liczbę nadgodzin oraz obarczone były licznymi tzw. pracami społecznymi, aby prowadzić jeszcze poważne badania naukowe. W ten sposób wykładowcy i starsi wykładowcy akademiccy – jako grupa zawodowa – stali się nie tylko pełnoprawną częścią uczelnianej społeczności, ale wręcz kimś, bez kogo uczelnie nie mogłyby normalnie funkcjonować. I tak właściwie pozostało do dzisiaj, łącznie z przekonaniem, że można być dobrym dydaktykiem, będąc zupełnie miernym lub żadnym uczonym. WOLNOŚĆ I TOLERANCJAWeźmy kwestię swobody prowadzenia badań oraz postawy tolerancji i gotowości do dialogu. O tych pięknych i wzniosłych sprawach mówiło się nawet w najgorszych czasach komunistycznego reżimu. Rzecz jasna, wówczas była to „swoboda” ściśle reglamentowana przez władze partyjne i rządowe. Jeszcze gorzej było z tolerancją i gotowością do dialogu, bo w praktyce sprowadzała się ona niejednokrotnie do tolerancji w stosunku do tak samo myślących oraz dialogu, który pod wieloma względami przypominał monolog. Bez wątpienia, w latach 90. wiele się pod tym względem w polskich uczelniach zmieniło. Dużo jednak musi się jeszcze zmienić, zbyt często bowiem oponentów traktuje się jako osobistych wrogów, przypisując im przy okazji różnego rodzaju „niegodziwości”, i zbyt rzadko prowadzi się poważny dialog z osobami, które całkiem po prostu mają odmienne poglądy w wielu istotnych dla uczelnianego życia kwestiach. Szczególnie niepokoi mnie – skądinąd ludzka i psychologicznie zrozumiała – skłonność niektórych z obecnych decydentów życia uczelnianego do otaczania się „swoimi” ludźmi. Rzecz jasna, nikt rozsądny nie będzie otaczał się osobistymi wrogami. Jednak nawet zasadnicza różnica poglądów w istotnych dla uczelni kwestiach to jeszcze nie osobista wrogość, a klakierstwo nie tylko w czasach komuny przynosiło zgubne następstwa. TRUDNY POWRÓT DO TRADYCJII w końcu powiernictwo europejskiej tradycji humanistycznej oraz przekraczanie – w wypełnianiu tego powołania – granic geograficznych i politycznych. Niesłychanie trudno jest nam dzisiaj w pełni powrócić do owej tradycji, bo na przeszkodzie stoi nie tylko wybiórcze jej traktowanie (z uprzywilejowaniem tego, co albo zapowiadało pojawienie się „jedynie słusznej” ideologii czy też ją tworzyło i współtworzyło, albo też głosiło wszem i wobec jej chwałę), ale także widoczna dzisiaj na każdym kroku komercjalizacja kultury i materializacja postaw, aspiracji i dążeń. Teoretycznie łatwiej jest dzisiaj przekraczać granice geograficzne, chociaż i tutaj dla niejednego z uczonych może pojawić się całkiem prozaiczna bariera finansowa. Natomiast to, jak wygląda w środowisku akademickim przekraczanie granic politycznych, stanowi problem tak ogromny i tak bolesny, że nie da go się przedstawić w kilku zdaniach. Odpowiadając zatem na postawione na początku pytanie, co dekomunizować w polskich wyższych uczelniach, chciałbym wyraźnie stwierdzić, że dekomunizować trzeba przede wszystkim postkomunistyczne sposoby myślenia o nauce i uczonych, postkomunistyczne traktowanie uczelnianych obowiązków i zadań oraz postawy i nawyki. Problem ten jest tym trudniejszy, że w jakiejś mierze ów postkomunistyczny „spadek” stał się udziałem nie tylko tych, którzy pozostawali w mniej lub bardziej ścisłych związkach z tamtą formacją, ale także tych, którzy albo byli obojętni na jej „wdzięki”, albo też byli jej zdecydowanymi przeciwnikami. JAK DEKOMUNIZOWAĆ?Nie ma w tej mierze prostych i łatwych do wdrożenia rozwiązań. Nieporozumieniem byłoby oczekiwać, że uchwalenie i wprowadzenie w życie pakietu znajdujących się w Sejmie ustaw dekomunizacyjnych rozwiąże automatycznie ten problem. Rzecz nie tylko w tym, że ustawy te nie idą aż tak daleko, aby wyrugować komunistyczne pozostałości z życia akademickiego, lecz również w tym, że nie powinny iść tak daleko, aby przekraczać bramy wyższych uczelni i ingerować w życie społeczności akademickiej. Musiałoby to doprowadzić do kolizji z wartością, jaką jest wypracowywana i utrwalana przez wieki autonomia tej społeczności, naruszając po drodze kilka konstytucyjnych zapisów oraz podpisanych i ratyfikowanych przez Polskę konwencji. Wielkim optymizmem nie napawają również aktualnie dyskutowane w środowisku akademickim propozycje nowych regulacji prawnych dotyczących szkolnictwa wyższego. Szereg z nich budzi poważne kontrowersje (zwłaszcza te, które mają restrykcyjny charakter wobec osób podejmujących pracę w więcej niż jednej uczelni), a niektóre wręcz – takie np. jak znaczne rozszerzenie uprawnień władz jednoosobowych i ograniczenie władzy ciał kolegialnych – głęboki niepokój. Załóżmy jednak, że tak czy inaczej polskie uczelnie będą musiały się w końcu dostosować do zachodnioeuropejskich standardów. Co to może oznaczać? Po pierwsze, może i powinno to oznaczać duże ograniczenie władzy różnego rodzaju pozanaukowych instytucji zarządzających nauką i nauczaniem oraz przekazanie jej samym uczonym. Po drugie, może i powinno to oznaczać wprowadzenie jasnych, zobiektywizowanych i jednakowych dla wszystkich kryteriów oceniania i awansowania w uczelnianej hierarchii. Po trzecie, dla mających wysokie kwalifikacje uczonych może i powinno to oznaczać dostępność takich środków, aby ich badania mogły być rozpoczęte i zakończone z sukcesem. Po czwarte, może i powinno to oznaczać danie uczelniom szansy na takie kształcenie, aby nikt nie mógł powiedzieć, że chciał a nawet potrafił się dostać do cenionej uczelni, ale w gruncie rzeczy nie miał warunków do normalnego odbywania studiów. NIEPRZYDATNIRealizacja tych postulatów doprowadziłaby zapewne w pierwszej kolejności do pozbycia się przez wyższe uczelnie takiego „bagażu”, jaki stanowi grupa osób, która mimo wielu lat funkcjonowania w społeczności akademickiej nie potrafiła potwierdzić swojej przydatności do pracy naukowej i dydaktycznej. Bo przecież przy obowiązywaniu nowych reguł nie będzie już można dopisać do listy osiągnięć naukowych ideowego zaangażowania po „jedynie słusznej stronie”, lecz trzeba będzie całkiem po prostu mieć te osiągnięcia (najlepiej udokumentowane w postaci publikacji w prestiżowych wydawnictwach i cytowane przez cieszących się autorytetem uczonych). Rzecz jasna, nie chodzi tutaj o relegowanie z uczelni autentycznie ideowych osób – nie ma bowiem autentycznej nauki bez autentycznej ideowości. Nie chodzi również o odebranie możliwości działalności naukowej i dydaktycznej tej części uczelnianej społeczności, która miała i ma nadal lewicowe poglądy. Do tradycji wyższych uczelni należy bowiem to, że były miejscem ścierania się różnych opcji, zaś próby „zrobienia z tym w końcu porządku” i pozostawienia przy głosie tylko jednej opcji przynosiły z reguły negatywne następstwa. Chodzi natomiast tutaj o rozstanie się społeczności uczelnianej z tą grupą osób, która nie przejawiała i nie przejawia poważniejszej aktywności naukowej, rekompensując sobie niekiedy jej brak zaangażowaniem w działalność różnego rodzaju organizacji społecznych, politycznych, związkowych itd. Nie jest to mała grupa. Co gorsza, nawet zdaje się powiększać, bo jej skład uzupełniają obecnie ci, którzy uczelnie traktują jako dobrą odskocznię do działalności gospodarczej. Rozstanie się z tymi osobami byłoby niewątpliwie ważnym krokiem w kierunku faktycznej dekomunizacji wyższych uczelni, niemniej byłoby to zaledwie pierwszym z nich. Aby mogły być zrobione następne, trzeba – poza wszystkim innym – podjąć poważną i odważną dyskusję o dekomunizacji, nie odmawiając komunizmowi jakichkolwiek osiągnięć, ale też nie przemilczając tych jego negatywnych stron, które m.in. doprowadziły do zachwiania podstawowymi etosami społeczności akademickiej. Rzecz jasna, ani ta dekomunizacja, ani też dyskusja nad nią nie powinny być prowadzone w emocjach lub gorączkowym pośpiechu. Mimo że zasadnicze zmiany w wielu innych sferach życia społecznego w naszym kraju tak właśnie przebiegają, a wielcy i bogaci zachodni sąsiedzi zdają się od czasu do czasu wykazywać pewne zniecierpliwienie. Prof. dr hab. Zbigniew Drozdowicz, historyk filozofii, pracuje w Instytucie Filozofii UAM w Poznaniu. |
|
|