Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1998

Spis treści numeru 7-8/1998

Rzeczy wazne i wielkie
Poprzedni Następny

W każdej dziedzinie nauki może pojawić się jakiś odpowiednik
muszki owocowej, która zrewolucjonizowała genetykę,
albo paskudna skądinąd pleśń, dzięki której przeżyje mnóstwo ludzi.

Witold Karczewski

Fot. Stefan CiechanProfesor Jan Mostowski w swoim znakomitym artykule Tylko granty ("Forum Akademickie", nr 5/98) pozostawił na uprawianej w Polsce nauce niewiele suchych nitek. Wytknął jej - na ogół trafnie - mnóstwo różnych grzechów, przemknął się jednak nad odpowiedzią na postawione przez redakcję pytanie: Które dziedziny nauki [podkreślenie moje - W.K.] można uznać za drugoplanowe? Stwierdzenie, że za badania drugoplanowe należy uznać badania liche, słabe nie jest odpowiedzią na to pytanie, bowiem badania (żadne - ani liche, ani genialne) nie są dziedziną nauki, ale obszarem ludzkiej aktywności. Zresztą, gdyby nawet były "dziedziną", to uznanie marnych badań za drugoplanowe byłoby dla nich zaszczytem; liche badania powinny być w rankingu znacznie niżej, a najlepiej, gdyby były "pozaklasowe". Właściwie zwrot "liche badania naukowe" to przykład contradictio in adjecto.

NIEUDANY ZABIEG

Gram teraz trochę nie fair, bo wiem oczywiście o co prof. Mostowskiemu chodziło, ale to przecież nie grzech udawać naiwnego. Podejrzewam, że redakcja chciała dowiedzieć się od uczonych, czy np. fizyka powinna być w Polsce uznana za dziedzinę pierwszo- a np. neurobiologia za drugoplanową i czy w związku z tym tę pierwszą należy znacznie silniej wspierać niż tę drugą. Taki zabieg się jednak udać nie może; w wyniku ankiety pierwszoplanowe okazałyby się wszystkie dziedziny reprezentowane przez ankietowanych uczonych. Czy jesteście Państwo w stanie wyobrazić sobie uczonego, który twierdzi, że uprawia drugoplanową dziedzinę nauki (jak pewien profesor w jednej z humoresek Haąka: Precz ze mną, wyrzućcie mnie, głosować!)? Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że gdyby nawet uznano zgodnie jakąś dziedzinę za marginalną (reductio ad absurdum, teraz dopiero udaję naiwnego!), jutro dojść może w tej dziedzinie do wielkiego odkrycia; wtedy rzucą się na nią wszyscy mali i duzi, najbardziej prestiżowe czasopisma zaczną przyjmować publikacje i już z pomroki dziejów wyłoni nam się dziedzina pierwszoplanowa. Mógłbym podać mnóstwo przykładów naukowych (planety) i pseudonaukowych (zimna fuzja!), że takie rzeczy się zdarzają (choć w pseudonauce ich okres półrozpadu jest coraz krótszy).

Jak z tego wynika, zorientowanie się, które dziedziny nauki są tak naprawdę pierwszoplanowe i należy im się wyłączność (a przynajmniej zdecydowany priorytet) w inwestowaniu, a które można potraktować z wyniosłym lekceważeniem nie jest proste, a prawdopodobnie nie jest w ogóle możliwe. Prosty jest pewnik, że żadnej dziedziny nauki nie należy lekceważyć, bo w każdej może pojawić się jakiś odpowiednik muszki owocowej (Drosophila), która zrewolucjonizowała genetykę, albo paskudna skądinąd pleśń, na której straszne pieniądze zrobi jakiś koncern farmaceutyczny, ale dzięki której przeżyje mnóstwo ludzi.

DRUGA LIGA

Cały czas mówię, oczywiście, o badaniach podstawowych, choć ich odróżnienie od stosowanych bywa trudne. Oto przykład: pewne robaczki są tak nieprawdopodobnie wrażliwe na środki zmieniające aktywność mediatorów cholinergicznych, że wykrywają w środowisku nieprawdopodobnie małe stężenia substancji bojowych z grupy sarinu, a nawet jeszcze gorzej (VX). Czy to jeszcze drugoplanowy temat z dziedziny neurobiologii, czy już pierwszoplanowe zastosowanie wojskowe? Wszystko to przekreśla zasadność (a i możliwość) prowadzenia sensownej polityki naukowej w naukach podstawowych. Jest jednak pewien szczególny przypadek: dążenie do uzyskania, możliwie szybko, jakiegoś bardzo ważnego dla państwa zastosowania (Projekt Manhattan, Projekt Apollo). Wtedy w nauki podstawowe, niezbędne dla uzyskania postępu, ładuje się (kosztem innych) ogromne pieniądze i można by powiedzieć, że państwo prowadzi jakiś rodzaj polityki naukowej. Dotyczyć to jednak może tylko państw, które te ogromne pieniądze mogą na dany cel poświęcić, i które dysponują znaczną liczbą wybitnych uczonych. Proszę przypomnieć sobie kto był w Los Alamos...

My natomiast - co stwierdzam z wielką przykrością - nie mamy w kraju ani zbyt wielu wybitnych uczonych, ani dostatecznej liczby ośrodków naukowych na światowym poziomie, ani pieniędzy. Pisałem o tym w "Świecie Nauki" jeszcze w czerwcu 1996, sygnalizując różne fatalne zagrożenia dla nauki w Polsce. Ostatnio mówił o tym sporo i pisał prof. A.K. Wróblewski (m.in. w "Polityce" z 20 czerwca 1998); tytuł jego artykułu (Druga liga) mówi sam za siebie...

Nie sądzę jednak, by jakakolwiek pesymistyczna statystyka dotarła skutecznie tam, gdzie dotrzeć powinna. Nie przyjmie jej (poza potwierdzeniem niedostatku pieniędzy) nawet nasze własne środowisko. Niestety, w nauce utrzymało się jeszcze sporo elementów propagandy sukcesu. Wcale nierzadko robi się sztuczny rozgłos wokół osiągnięć przebrzmiałych już lub nieistotnych, a krytyki naukowej już od dawna się nie uprawia. Kiedyś - ze strachu, dziś z oportunizmu i przyzwyczajenia.

ANGIELSKI TYTUŁ

W porównaniu z najlepszymi ośrodkami świata nasze słabości widać jak na dłoni, ale często decyduje wciąż jeszcze jakieś guanxi. Uparta niechęć do wykorzystywania zagranicznych recenzentów, podpierana absurdalnymi argumentami, jest zaiste wymowna. Ponadto w Polsce wciąż jeszcze zbyt dużą wagę przykłada się do liczby publikacji, nawet gdy są to publikacje drugoplanowe. Ale jeśli umieszczane są w czasopiśmie o angielskim tytule (do którego, być może, nikt poza redaktorem i autorami nie zagląda), to już można postawić ptaszka. A przecież naprawdę ważny jest impact factor czasopisma, w którym publikuje się prace i to, co myślą najlepsi w branży - kto i jak często ocenianego uczonego cytuje. Wiele znakomitych artykułów napisał o tym problemie prof. B. Żernicki, ale jak dotąd nawet KBN nie wyciąga z tych uwag dostatecznie kategorycznych wniosków.

KOT I LIS

Nie wątpię, że władzy, także naukowej, można stosunkowo łatwo zamydlić oczy. Przytaczałem gdzieś przykład uczonej białogłowy, która zdobyła wszystkie niezbędne poparcia i czekała już tylko na jeden podpis, by wyjechać (za pieniądze podatnika) na kongres za oceanem (Spokojnym), w celu wygłoszenia, jak głosiła, "referatu na zaproszenie organizatorów". Wystarczył mi rzut oka, by stwierdzić, że referat jest posterem, a zaproszenie niesłychanie uprzejmym potwierdzeniem przyjęcia tego posteru. Nie pojechała (w każdym razie nie za pieniądze podatnika), ale ile osób jeździło i jeździ dalej!

Konkluzja tego wywodu jest zoologiczna: na jakimś - już decyzyjnym - etapie oceny, każdej oceny w obszarze nauki, musi znaleźć się "kot uczony", lepszy od "liska chytruska".

W amerykańskiej National Science Foundation decyzje podejmują uczeni pracujący w niej przejściowo "na licencji" urzędnika. Przychodzą oni do tej pracy zawieszając na ten okres pozycję uniwersytecką. Praca w NSF jest wielkim zaszczytem. Po zakończeniu kadencji wracają i zastają pokój w kwiatach, jak gdyby nigdy nic. W Polsce takiej sielanki nie ma. Członkostwo KBN też jest zaszczytne, ale jest dodatkiem do wykonywanych dotąd obowiązków, pełnionych funkcji i istniejących już wcześniej zależności. Nie dostaje się za nie wysokiej pensji. I nie ma się gwarancji, że jeśli weźmie się urlop, to wróci się dokładnie tam, skąd się wyszło, by nadal robić w nauce rzeczy ważne i wielkie.

CO BĘDZIE WAŻNE?

A rzeczy wielkich i ważnych, prawdę mówiąc, nie ma za co robić. Polityka naukowa w badaniach podstawowych może więc mieć charakter negatywny: nie dajemy pieniędzy (albo dajemy ich mniej niż trzeba), na dziedzinę X - np. fizykę wysokich energii - bo jest droga, a mamy ich za mało. Przypomnę prawdziwy dramat, jaki rozegrał się był wokół SSC - nadprzewodzącego superakceleratora. Natomiast w badaniach stosowanych prowadzenie jakiejś polityki jest konieczne, ale i bardzo trudne. Tu potrzebna jest metoda pozwalająca przewidywać, co będzie ważne za 10-20 lat (zdaje się, że poradzili sobie z tym Brytyjczycy ze swoim Programem "Foresight"); potrzebna jest także odwaga wyłamania się z zależności, a nawet oświecony absolutyzm. Ale to jest temat na osobny esej.

Prof. dr hab. med. Witold Karczewski, neurofizjolog, w latach 1991-95 przewodniczący KBN. Obecnie przewodniczy Radzie Fundacji Upowszechniania Nauki.

Uwagi.