|
Gdyby przyszło dokładniej określić, czym jest kultura akademicka
i czy grozi jej nieuchronnie zapaść, powiedziałabym,
że mimo wszystko trzyma się ona mocno i bicie na alarm byłoby przedwczesne.
Zofia Ratajczak
Dżungla to pojęcie odnoszące się do wielu aspektów życia każdej niemal społeczności. Jest metaforą walki, toczącej się wedle reguł rządzących światem przyrody, czyli takich, które zapewniają przeżycie silniejszemu. Dobór naturalny działa z bezwzględną logiką, bez znieczulenia. Czy może być coś bardziej odległego od kultury, zwłaszcza akademickiej, a ściślej - uniwersyteckiej? A jednak i w życiu akademickim istnieją warunki dające możliwość demonstrowania prawa siły, pokazywania przewagi nad innymi, zajmowania niemal królewskiej pozycji w hierarchicznie zorganizowanych strukturach życia społecznego. Lwy, tygrysy i wilki, a także wiele innych gatunków, to "prototypy", użyteczne dla zrozumienia zachowań ludzi w środowisku akademickim.
Metafora ogrodu to coś przeciwnego metaforze dżungli. Ogród nauk. Ogród sztuk. Arkadia, idylliczny obraz współpracy i harmonijnego współdziałania starszych z młodszymi i odwrotnie. Prawo siły zamienia się w prawo autorytetu, a ten z kolei odnosi się nie tylko do przewagi intelektualnej, mądrością się objawiającej, lecz i powagi moralnej, która z kodeksem niepisanym idzie w parze. Ogród z kulturą ma niewątpliwie wiele wspólnego, wymaga bowiem, podobnie jak kultura, starannej pielęgnacji, troski serdecznej i wiedzy. Pierwotne znaczenie słowa kultura odnosiło się właśnie do uprawy (łac. cultura). Jakie więc uprawy mamy na myśli, gdy mówimy o kulturze uniwersyteckiej? Reprezentujemy gałęzie wiedzy, zagospodarowujemy pola i likwidujemy ugory, działamy na niwie, wytyczamy nowe drogi poznania i ograniczamy strefy niewiedzy. Robimy to wspólnie. Uniwersytet jest wspólnotą ludzi powiązanych siecią misternych zależności. Ale, jak rzadko która, jest to wspólnota ludzi różniących się i to znacznie pod każdym niemal względem. Przede wszystkim wieku. Różnice generacyjne są większe niż w jakiejkolwiek innej społeczności. Młodość kontrastuje ostro z dostojeństwem sędziwych nauczycieli akademickich i kontrast ten toruje drogę podziałom na My i Oni, a w szczególnych okolicznościach młodość rozsadza sztywne ramy tradycji, prowadząc do zmian o charakterze rewolucyjnym, jak to np. miało miejsce w latach 60. naszego wieku.
Młodość wybucha, wiek dojrzały temperuje nastroje i przywraca ład. Choć trudniej obserwowalne, ale nie mniej istotne są różnice doświadczeń życiowych i nabytej wiedzy, zainteresowań i pasji poznawczych, zdolności i talentów. Najbardziej widoczne są różnice w sposobach porozumiewania się i stylach bycia. Jest to ponadto wspólnota, w obrębie której odbywa się nieustająca wymiana rozmaitych dóbr, wymiernych i niewymiernych, bezpośrednio użytecznych i takich, których dobroczynne skutki wystąpią z odroczeniem w czasie.
KULTURA WYMIANY
Jakie dobra i wspaniałości są przedmiotem wymiany w ogrodzie nauk? Przede wszystkim wiedza, czyli szeroko rozumiane informacje. Ale jest rzeczą oczywistą, że coraz bardziej widzialnym rodzajem zasobu, który jest cząstką wkładu studentów i warunkuje jakość wymiany informacji, są pieniądze, np. w postaci czesnego albo stypendium.
Wymiana odnosi się do uczuć, przyjaźni i miłości. To wcale nie śmieszne. W okresie studiów powstają trwałe więzi między młodymi i nierzadko tworzone są rodziny. Przyjaźnie akademickie to odrębny rozdział życia studenckiego. Kryzysowe wydarzenia, stres egzaminacyjny i inne trudne sytuacje byłyby znacznie trudniejsze, gdyby nie przyjazne wsparcie innych. Wymianie podlegają także statusy, jak twierdzą psychologowie społeczni. Np. pomoc w uzyskaniu stopnia (rola spolegliwego opiekuna, tak plastycznie zarysowana w etyce T. Kotarbińskiego), od magistra począwszy a na doktorze habilitowanym skończywszy. Wymieniamy także dobra materialne, przedmioty i urządzenia niezbędne do pracy w uczelni. Niejedna profesorska biblioteka została zubożona wzbogacając zasób wiedzy uczniów i studentów. Wymieniamy między sobą uśmiechy, spojrzenia, sygnały aprobaty lub dezaprobaty; wymiana emocji jest niezwykle ważnym uzupełnieniem wszystkich innych rodzajów wymiany. Można więc powiedzieć, że we wspólnocie ludzi tworzących uczelnię toczy się nieustanny dialog za pomocą różnych odmian języka: mówionego i pisanego, werbalnego i niewerbalnego, zwanego mową ciała, gestów, mimiki. Jakże wymowne bywa "świecenie nieobecnością" na zajęciach lub zgromadzeniach.
KULTURA DIALOGU
Dialog jest podstawowym sposobem funkcjonowania członków społeczności akademickiej. Pożądaną normą. Od czego zależy jego skuteczność, na czym polega jego sensotwórczy charakter, co sprawia, że do dialogu nie dochodzi, a jeśli dochodzi to dlaczego jest on powierzchowny, zdawkowy i sztuczny, pozbawiony spontaniczności i głębi? Jakim to językiem obecnie rozmawiamy ze sobą? Oczywiście, przede wszystkim językiem danej nauki, poznając jej terminologię. Zanim zaczniemy do siebie mówić, musimy przyswoić sobie określoną liczbę definicji, rozszyfrować zawiłe zwroty i trudne pojęcia. Po to są ćwiczenia pamięci. Ale jeśli materiał ten ma być jedynie "odklepany" na ustnym albo nabazgrany na pisemnym, do dialogu może w ogóle nie dojść. I często nie dochodzi, ponieważ mamy do czynienia z istną epidemią dysgrafii. Rośnie niechęć do posługiwania się piórem, a lekcję kaligrafii możemy poznać już tylko dzięki wspomnieniom Pana Cogito, o tym co było 70 lat temu w szkole świętego Antoniego we Lwowie.
Kultura dialogu prowadzi nieuchronnie do spotkania osób, a jeżeli jest ono prawdziwe - stanowi wartość samą w sobie, ponieważ daje jednostce poczucie zakotwiczenia, pewności siebie, nadziei na uzyskanie dobra nieprzeliczalnego na żadne pieniądze. Oby było jak najwięcej spotkań! Ale właśnie jest ich coraz mniej, ponieważ coraz więcej jest studentów, a coraz mniej pracowników naukowych. Proporcja zatrważająca. Spotkania odbywają się na korytarzu, w przelocie, pod drzwiami gabinetu, w którym czeka tłum interesantów. Konsultacje to dla studentów często marzenie ściętej głowy. Pracownicy naukowi nie mają na nie czasu. Za dużo zajęć. Brak czasu jest obecnie największym destruktorem komfortu obcowania. Wiem to doskonale z własnego doświadczenia. Ukradkiem zerkając na zegarek, daję do zrozumienia, że mój rozmówca okrada mnie z bezcennego czasu.
Kultura dialogu wymaga uzgodnienia, co obie strony muszą wiedzieć, aby się zrozumieć. A ponieważ stronami dialogu są także pracownicy naukowi, nieustannie negocjujący swoje opinie - muszą uzgodnić kryteria akceptowania i odrzucania wytworów naukowych, stanowiących podstawę awansu i kariery. Chodzi tu więc o poziom kultury dyskusji naukowych i polemizowania na temat spraw dotyczących uczelni. Krytyka podbudowana skrywaną agresją, pełna demagogii i złośliwa jest bardziej "śmiercionośna" niż ostra broń lub silna pięść. Brak kultury polega w tym wypadku na "ustawianiu" sobie przeciwnika, głównie poprzez wybiórcze cytowanie i nadawanie interpretacji zupełnie przeciwnej do intencji autora. Wyrazem braku kultury jest także wyłączne nastawienie na tropienie błędów, braków i uchybień, miażdżące krytykowanie i prześmiewczy ton. Kultura polemiczna mierzy się właśnie owym nasyceniem życzliwością, która nie ma nic wspólnego z nadużywaniem cukierkowo brzmiących pochwał, graniczących z pochlebstwami, okrągłych i niemal banalnych zwrotów. "Życzliwość" na odczepnego jest w gruncie rzeczy obraźliwa i bardziej szkodliwa obiektywnie niż nawet nieco przesadnie ostre, ale rzetelne recenzowanie.
KULTURA WSPÓŁPRACY
Kultura akademicka to nie tylko suma wiedzy i technik jej przetwarzania. Można być specjalistą wysokiej klasy i całkowitym ignorantem w zakresie kompetencji interpersonalnej. Kultura współpracy polega na wzajemnym zaufaniu do siebie, ale i na niezawodności partnerów. Mówiąc potocznie, chodzi o spełnianie elementarnych zasad współpracy, jakimi są: dotrzymywanie słowa, terminowe wykonywanie swojej cząstki zadań, punktualność i lojalna postawa. To nie są drobiazgi czy formalności. Dużą wagę do tych właśnie, pozornie nieważnych szczegółów, przywiązywał w swoim programie wychowawczym Kazimierz Twardowski w Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Do dziś krąży wśród jego naukowych wnuków opowieść o tym, jak to dwu spóźnialskich studentów przepychając się zajęło wreszcie miejsca na sali wykładowej. Profesor przerwał zajęcia, mówiąc: "Na mój wykład przyszli Państwo za późno, na wykład następny - za wcześnie, proszę opuścić audytorium". Tylko tyle i aż tyle. Pewnie zdarzyło się to tylko jeden raz, ale zdarzenie to było nauczką dla następnych roczników i grup studenckich.
Kultura współpracy to również wyrozumiałość dla trudnych sytuacji, w które popadają studenci. Są w okresie burzy i naporu, robią głupstwa, a także spadają na nich różne losowe przypadki. Czasem kręcą i kłamią, "kładąc" do szpitala połowę rodziny, aby tylko mieć alibi jako załącznik do prośby o ulgi, odroczenia lub uzyskanie zgody na dodatkowy termin. Studenci, skarżąc się na sposób ich traktowania przez "nieludzkich" egzaminatorów, dziekanów i administracje wydziałową, czasem przesadzają, ale kultura akademicka podpowiada, aby ich wysłuchać.
Relacje międzyludzkie w procesie współpracy i współdziałania, a więc w procesie działalności dydaktycznej, w badaniach nierzadko zespołowych, w pracach najrozmaitszych komisji i gremiów, mogą cechować się mniejszym lub większym stopniem sformalizowania. Od koturnowej formuły tytułowania w każdym zdaniu do bezceremonialnej poufałości. Teraz mamy czasy postmoderny i wszystko ulega zawirowaniu, wszystkie wiążące nas dotąd wzorce zachowań. Nastała moda na łamanie obyczajów, na ambiwalencję w postawach i ostentacyjny kult tolerancji, nawet w odniesieniu do postaw nietolerancyjnych, doktrynerskich lub autorytarnych. Charakterystyczną cechą przemian kulturowych w uniwersytetach jest zacieranie się granic między stopniami hierarchii akademickiej.
COŚ SIĘ ZACZYNA, COŚ SIĘ KOŃCZY
Co się mianowicie zmienia? Przede wszystkim normy. Przejawia się to choćby w modzie, jak np. przychodzenie na zajęcia z posiłkiem, żucie gumy zamiast przeżuwania argumentów, przedkładanie prac pisemnych, których niejeden analfabeta by się powstydził. Zmienia się in minus stosunek do własności publicznej. Widać zdewastowane sale wykładowe, zniszczone wyposażenie, zaśmiecone korytarze, brudne toalety. Taki mały krajobraz po bitwie, zgoła nie intelektualnej. Ktoś powie - to wina sprzątaczek, a w ostatecznym wyniku - administracji. Pewnie częściowo tak. Ale ma coś z tym wspólnego także stosunek samych użytkowników owych dóbr wspólnych. Bo nas jest za dużo - mówią studenci. Tłok, tratujemy się wzajemnie, jak więc mamy uważnie traktować mienie publicznie? Może w takim zachowaniu jest ukryta agresja, rodzaj odwetu za warunki studiowania, które powinny być lepsze, a nie są? A może brak owej kultury właśnie?
Niedosyt obcowania z nauczycielami akademickimi w trakcie studiów znajduje swoje odbicie w przesadnej tendencji do świętowania przy okazji egzaminów. Różnego rodzaju. Najbardziej uroczyste są okazje zdawana egzaminów dyplomowych. Coraz bardziej wystawne przyjęcia. Kwiaty, często prezenty. A może by tak odwrócić sytuację i honorować sukces studenta, wręczając mu kwiaty. Czy byłoby to sprzeczne z kulturą akademicką?
Normą zaczyna być raczenie się trunkami w uczelnianych pomieszczeniach. A także wchodzenie narkotyków do kultury studenckiej, ułatwione poprzez upowszechnienie ich już w szkołach średnich. Wprowadzenie na teren uniwersytetu policji, mającej strzec studentów przed natarczywymi dealerami, świadczy o skali zagrożenia. Nie byłoby go, gdyby nie norma "brania" wśród młodzieży akademickiej. Może trochę przesadzam z tym awansowaniem zachowań podnoszących nastrój do poziomu normy, ale nie tak bardzo.
Normą staje się nieustanne mówienie (a przypuszczalnie i myślenie) o pieniądzach. Bo ich ciągle za mało. Tak w indywidualnych portfelach, jak i w kasie uczelni czy wydziału, jeśli nastąpiła tzw. decentralizacja zarządzania. Najbardziej popularne staje się pytanie o koszty. Innowacja dydaktyczna? Owszem, ale ile to będzie kosztowało? Nowy kierunek? Skąd pieniądze? Albo ostre domaganie się odpowiedzi, na co poszły nasze pieniądze. Budżet nie może mieć tajemnic. Staje się coraz bardziej przedmiotem publicznego zainteresowania. Dodatkowe zajęcia? Dyżur w sobotę? Dojazd na zajęcia do innego miasta? Ile za to dostanę? Znika bezinteresowność. Następuje proces merkantylizacji naszej mentalności, a więc i kultury. To znak czasu.
Normą wreszcie staje się niedostępność profesorów dla studentów, z uwagi na wieloetatowość. Ktoś powie, jaki to ma związek z kulturą akademicką - to problem niedopłacenia kadry naukowej. Ale jeśli owe etaty wiążą się z zajmowaniem wysokich funkcji w konkurencyjnych uczelniach? To może budzić uzasadnione obawy o kwestie etyki zawodowej. Bo prawo nie zabrania. Milczy. Luka prawna likwiduje problem, ale jest pytanie, czy etyka ma związek z kulturą akademicką, czy go nie ma. Dostępność profesora to zapowiedź dialogu, a dialog to spotkanie, a spotkanie to podstawa budowania więzi typu mistrz-uczeń. Elity nie rodzą się siłą własnego tylko talentu i pasji, potrzebują stymulacji intelektualnej ze strony umysłów wyrobionych i dojrzałych. Masowe kształcenie powoduje, że w naszym ogrodzie coraz bujniej krzewi się kultura masowa, z całym dobrodziejstwem jej inwentarza.
NA ZAKRĘCIE
Gdyby więc przyszło nieco dokładniej określić, czym jest kultura akademicka i czy grozi jej nieuchronnie zapaść, powiedziałbym, że mimo wszystko kultura akademicka trzyma się mocno i bicie w dzwony na alarm byłoby przedwczesne. Jesteśmy na zakręcie. Mając przed sobą uroczyste dokumenty pt. "misja" czy "strategiczny plan", z góry zdajemy sobie sprawę, że nie wszystko zależy od nas, że świat może zaskoczyć nas niejedną "rewolucją", która wprowadzi swój nowy ład, i że być może będzie to odkrycie naukowe. Odkrycia zawsze stymulowały rozwój cywilizacji i zawsze miały swoje blaski i cienie. Największa innowacja cywilizacyjna naszych czasów - informatyzacja, także ma swoje zasługi dla kultury akademickiej, jak zresztą dla kultury w ogóle. Zawdzięczamy jej audiowizualny cud. Upowszechnienie komputera umożliwiło nie tylko przetwarzanie i dokumentowanie kultury, ale i jej udostępnianie. Telimena w naszej erze powiedziałaby: "Mam plan miasta w komputerze". Trafny wydaje się sąd, że zorientowana kiedyś na człowieka kultura obecnie zwraca się ku narzędziom i środkom. Nowe technologie informacyjno-komunikacyjne określają kształt procesów cywilizacyjnych i zmieniają tradycyjne rozumienie pojęć cywilizacja i kultura.
Bramy ogrodu, zwanego uniwersytetem - czy to będzie ogród w starym stylu, nieco anachroniczny, odrobinę zaniedbany, czy też nowoczesny, multimedialny - będą zawsze gościnnie zapraszać. Gościnność wydaje się być bowiem istotą kultury uniwersyteckiej. Dopóki nie zniknie gotowość do bezinteresownych działań, spotkań i rozmów, nie osłabną zaufanie i lojalność, życzliwa pryncypialność recenzentów i krytyków - nie zagrozi nam obojętność, permisywizm moralny i łatwizna. Nie jest więc ważne, kiedy znikną togi i gronostaje, lecz kto będzie je nosił. Forma jest nieodłącznym atrybutem każdej kultury, ale dla kultury akademickiej z pewnością ważniejsza jest treść.
Prof. dr hab. Zofia Ratajczak, psycholog, jest prorektorem Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. |