LEKCEWAŻENIE HABILITANTA
W nawiązaniu do artykułu prof. Kazimierza Pospiszyla Profesor nie habilitowany, opublikowanego w "Forum Akademickim" nr 5/98, pragnę przedstawić swoje przykre doświadczenie z Centralną Komisją do Spraw Tytułu Naukowego i Stopni Naukowych. Na podstawie mojego dorobku naukowego i pracy habilitacyjnej zostałem dopuszczony do kolokwium habilitacyjnego. W wyniku trwającego 3 godziny kolokwium habilitacyjnego Rada Wydziału nadała mi tytuł doktora habilitowanego. Na "tak" było 23 głosy, na "nie" - 3, wstrzymujących się - 3. W głosowaniu brało udział ponad 20 tytularnych profesorów, profesjonalistów omawianej problematyki, pozostali habilitowani profesorowie uczelniani, może w tej chwili już tytularni, z których każdy może być członkiem CK i centralnym recenzentem. Każdy otrzymał jeden egzemplarz mojej habilitacji z wyprzedzeniem czasowym, a tym samym był moim recenzentem i głosował za nadaniem mi tytułu doktora habilitowanego.
Podzielam zdanie prof. Kazimierza Pospiszyla, "że sekcja łączy specjalistów z bardzo wielu dziedzin (...), w dyskusji uczestniczą 1-2 osoby, a reszta głosuje pod wpływem "wrażenia" odniesionego w czasie tej dyskusji". Przeprowadziłem szczerą rozmowę z jednym z członków mojej sekcji po jej posiedzeniu. "Panie, jestem specjalistą jednej z dyscyplin wchodzących w skład sekcji, na pańskiej problematyce się nie znam, swoje stanowisko opierałem za przedłożonych recenzjach".
Trzej recenzenci Rady Wydziału, z różnych ośrodków akademickich w Polsce, tytularni profesorowie, aktualnie zajmują się problematyką, o której traktuje moja praca habilitacyjna i w swoich recenzjach zgodnie podkreślili, że właśnie moja rozprawa habilitacyjna stanowi znaczny wkład w rozwój nauki i wypełnia lukę, jaka w tym zakresie istnieje w literaturze polskiej i światowej.
Nie wiem, na jakiej podstawie w uzasadnieniu Centralna Komisja napisała, że moja rozprawa habilitacyjna nie stanowi znacznego wkładu w rozwój nauki, wymaganego zgodnie z art. 15, ust. 1 ustawy. Nawet recenzent Centralnej Komisji w opinii "A" nie miał zastrzeżeń co do wartości naukowej mojej pracy habilitacyjnej. Rada Wydziału i trzej recenzenci wydziałowi zaproszeni na posiedzenie odwoławcze sekcji podtrzymali swoje stanowisko. Dyskusja na posiedzeniu odwoławczym odbywała się tak, jak podaje prof. Pospiszyl: "mów do biskupa, a on i tak ma rację". Jeden z recenzentów wydziałowych po posiedzeniu odwoławczym powiedział mi: "Odniosłem wrażenie, że wszystko z góry było ustalone, a nasza obecność była tylko formalnością. Nikt nawet nie słuchał". Kolejny recenzent Centralnej Komisji, którego głos był decydujący w odrzuceniu mojego odwołania, miał koronny argument, że praca habilitacyjna jest "niechlujnie wydana". Egzemplarza tej recenzji mi nie doręczono i nie mogę się do niej ustosunkować.
Przedmiotowa decyzja, jak i postępowanie w sprawie zatwierdzenia uchwały Rady Wydziału o nadaniu mi stopnia naukowego doktora habilitowanego przez Centralną Komisję stanowią, w mojej ocenie, rażące naruszenie prawa.
Pragnę równocześnie zaznaczyć, że Centralna Komisja nie spełniła warunków poprawności decyzji przewidzianych w art. 107 KPA, a szczególnie 3, z którego wynika, że uzasadnienie faktyczne decyzji powinno zawierać wskazanie faktów, które uznano za udowodnione oraz dowodów, na których się oparto, jak również przyczyn, z powodu których innym dowodom odmówiono wiarygodności i mocy dowodowej. W moim przypadku Centralna Komisja nie podała w uzasadnieniu, dlaczego odrzuciła pozytywne recenzje, które przecież stanowią dowód w tej sprawie. Dała jedynie wiarygodność i moc uwagom krytycznym w recenzjach. Uzasadnienie takie narusza również moje prawa jako strony w tym postępowaniu.
W toku postępowania Centralna Komisja w zakresie nie uregulowanym ustawą o tytule naukowym i stopniach naukowych z 12 września 1990 r. powinna się kierować przepisami KPA, zwłaszcza jego podstawowymi zasadami, które zostały określone w art. 6-16 tego kodeksu. Tymczasem w postępowaniu Centralna Komisja naruszyła zasady praworządności, nie dała mi możliwości zapoznania się z całością materiału dowodowego w mojej sprawie, mimo iż wielokrotnie o to zabiegałem.
Przede wszystkim nie przekazano mi recenzji jednego z powołanych przez Centralną Komisję recenzentów. Przy pierwszej decyzji o odmowie przekazano mi
2 anonimowe recenzje, które w mojej ocenie są napisane niekompetentne i stronniczo. Nie wiem więc, czy piszący je recenzenci są specjalistami z zakresu problematyki mojej habilitacji, czy też w swojej działalności naukowej zajmowali się zupełnie odrębną problematyką. Mam prawo twierdzić, iż przedstawiciele Centralnej Komisji, którzy zostali powołani na rzeczoznawców w mojej sprawie, nie znają problematyki regionalnej w transformującej się gospodarce, która była przedmiotem moich badań naukowych w pracy habilitacyjnej. Żaden z centralnych recenzentów o nich nie wspominał - wskazuje to, że pracy habilitacyjnej nie czytali. Obydwie recenzje, które zostały mi przekazane, zawierają kilka ogólników jako zarzuty, do których nawet nie sposób się ustosunkować. Uważam, że jest to lekceważące i zbyt dowolne traktowanie habilitanta. Obaj recenzenci centralni w zasadzie nie ustosunkowali się do mojego dorobku naukowego, poza rozprawą habilitacyjną. Poziom naukowy tych recenzji jest rażąco niski.
Jeden z centralnych recenzentów pisze, że mój dorobek naukowy obejmuje 17 publikacji naukowych, podczas gdy w dokumentach załączonych do przewodu habilitacyjnego figurowały 34 pozycje. Nie zadał sobie więc trudu dokładnego przeczytania dokumentów z przewodu habilitacyjnego. Zupełnie pominięto w jednej i drugiej anonimowej recenzji ocenę mojego dorobku naukowego poza rozprawą habilitacyjną. Centralni recenzenci nie ukrywają w swoich recenzjach, iż nie zapoznali się z tym dorobkiem.
Pragnę zauważyć, że przepisy ustawy o tytule naukowym i stopniach naukowych, jak i przepisy statutu Centralnej Komisji do Spraw Tytułu Naukowego i Stopni Naukowych nakładają na recenzentów obowiązek zapoznania się z dorobkiem naukowym habilitanta, jego rozprawą habilitacyjną oraz całym tokiem przewodu habilitacyjnego i dopiero wówczas - wydania opinii, która jest dowodem w tym postępowaniu. Przedstawione mi 2 recenzje rzeczoznawców CK są niepełne, zawierają wiele braków i w świetle zasady przewidzianej w art. 7 KPA nie służą zasadzie dochodzenia do prawdy obiektywnej. Takie opinie naruszają tę zasadę.
W całej rozciągłości zgadzam się ze zdaniem prof. Kazimierza Pospiszyla, że "równie nieskuteczne jest przysługujące obecnie prawo zaskarżenia decyzji CK do sądu. Stanowi to urągliwy gest demokratycznego państwa, bo przecież sędzia nie może wypowiedzieć się w sprawach merytorycznych, a nie przysługuje mu prawo niezależnego przeprowadzenia oceny prac naukowych pechowego kandydata".
Uważam, że nie mogę ponosić konsekwencji - to byłoby, w mojej ocenie, oczywistą niesprawiedliwością - za sprzeczne z prawem i zbyt dowolne postępowanie organu państwowego, jakim jest Centralna Komisja do Spraw Tytułu Naukowego i Stopni Naukowych. W tej sytuacji, po wyczerpaniu drogi postępowania instancyjnego, a także drogi skargowej do wszystkich możliwych i kompetentnych organów państwowych, pozostało mi jedynie zwrócenie się do Międzynarodowego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Przykro mi, że jako obywatel Rzeczpospolitej Polskiej nie mogłem mojej sprawy załatwić u nas w kraju.
Dr hab. Mieczysław Kujda
O habilitacji czytaj też na str. 50-51.

POLECAMY INFORMATOR
Szanowny Panie,
W związku z opublikowaniem w czerwcowym numerze Forum Akademickiego felietonu "Którędy do Kalifornii?" pióra Pana Grzegorza Filipa, proszę o uzupełnienie danych na temat obsługi kandydatów na studia zaoczne w Instytucie Filologii Angielskiej UJ.
Ze względu na brak etatów administracyjnych w Uniwersytecie Jagiellońskim, obsługę sekretariatu studiów zaocznych w Instytucie Filologii Angielskiej prowadzi, w oparciu o umowę-zlecenie, pracownik Biblioteki Instytutu Filologii Wschodniosłowiańskiej. Dyżury w sekretariacie studiów zaocznych Instytutu Filologii Angielskiej UJ odbywały się dwa razy w tygodniu we wtorki i czwartki, ponadto sekretariat ten był czynny co dwa tygodnie w piątki i soboty, w czasie zajęć na studiach zaocznych. Od 22 czerwca, czyli w okresie rekrutacji, dyżury odbywają się codziennie, w godzinach od 12.00-14.00. Ze względu na możliwość popełnienia błędu, nie podaje się telefonicznie numeru konta bankowego, na które należy dokonać wpłaty czesnego. Zwłaszcza, że kandydat na studenta na 3-letnich magisterskich studiach uzupełniających o specjalności filologia angielska i tak musi pojawić się osobiście w Instytucie, gdyż podstawą przyjęcia, oprócz posiadania dyplomu licencjata, jest rozmowa kwalifikacyjna prowadzona w języku angielskim w oparciu o tekst z zakresu humanistyki.
Podstawowe informacje o zasadach rekrutacji na wszystkie kierunki studiów naszej uczelni można uzyskać telefonicznie w Dziale Nauczania Uniwersytetu Jagiellońskiego (Collegium Novum UJ, ul. Gołębia 24, pp. 32 i 33), który jest czynny codziennie w godzinach pracy administracji (7.30 - 15.30), tel. (0-12) 422-10-33, wew. 11-35.
Polecamy również Informator dla kandydatów na studia 1998/99, zawierający podstawowe wiadomości dla osób zamierzających podjąć studia w Uniwersytecie Jagiellońskim, w tym i numer konta bankowego, na które wpłaca się opłatę egzaminacyjną (w przypadku Wydziału Filologicznego UJ jest to: BPH S.A. IV O/Kraków nr 10601389-718165-27000-400101) oraz czesne (BPH S.A. IV O/Kraków 10601389-1023-27000-400101) itp. Sprzedaż Informatora prowadzi Dział Nauczania UJ w godzinach pracy.
Z wyrazami szacunku
Leszek Śliwa
Sekretarz prasowy Rektora UJ

SKRÓCIĆ DROGĘ
Szanowna Redakcjo!
Na marginesie artykułu prof. Kazimierza Pospiszyla Profesor nie habilitowany ("F.A." nr 5/98) chciałbym i ja wyrazić swój pogląd całkowicie popierający główną myśl Autora, iż raz wreszcie należałoby skrócić drogę uzyskiwania stopnia/tytułu naukowego.
Krótko:
- Powinien być zachowany jeden stopień/tytuł naukowy - doktora nauk.
- Aby podnieść na wyższy poziom doktorat, należy wprowadzić ostrzejsze i bardziej wymagające kryteria oceny naukowej pracy doktorskiej, np. trzech niezależnych recenzentów, oryginalność i nowość przedstawienia tez pracy w popularny sposób (prasa, radio, telewizja, Internet itp).
- Zlikwidować habilitację, która przedłuża proces usamodzielniania się naukowego człowieka (por. wypowiedź prof. Mieczysława Mąkoszy na Prezydium PAN w tym samym numerze "F.A." s. 13).
- Znieść tytuł dożywotni profesora. W szkole średniej są już od dawna profesorowie! Wprowadzenie w życie punktu 3 i 4 zmniejszy biurokrację w instytucjach naukowych, Kancelarii MEN, Kancelarii Prezydenta, obniży też wydatki z budżetu państwa (minister finansów powinien popierać ten wniosek).
- Zachować w uczelniach, instytucjach, akademiach jedynie stanowisko np. asystenta, adiunkta, docenta, profesora. Tego ostatniego bez konieczności uzyskiwania zgody MEN.
- Warto zwrócić uwagę na wypowiedź prof. Bronisława Łagowskiego o zniesieniu "biurokratycznej konwencji" ustalającej konieczność posiadania dyplomu magistra dla objęcia dużej liczby posad. Autor pisze: "Czym to szkolnictwo [wyższe - JR] jest realnie w naszej kulturze i cywilizacji, przekonalibyśmy się dopiero wówczas, gdyby dyplomy przestały być potrzebne. Mury uczelni nie opustoszałyby całkowicie, ale zrobiłoby się luźno i zaczęłoby się nauczanie na serio". ("Przegląd Tygodniowy" nr 20/98, s. 8).
Z serdecznymi pozdrowieniami
Jerzy Ratajewski
Instytut Bibliotekoznawstwa
i Informacji Naukowej
Uniwersytetu Śląskiego

NA MARGINESIE (SPOŁECZNYM)?
Szanowny Panie Redaktorze,
W majowym numerze "Forum Akademickiego" parokrotnie powracają rozważania dotyczące marnej kondycji nauk społecznych w dzisiejszej, w zasadzie innej niż PRL, Polsce. Pamiętam ze studiów jak nauczano przedmiotów ideologicznych. Nie było wówczas tajemnicą, że odmienny status ma działalność, choćby formalnie naukowa, badaczy i nauczycieli innych dyscyplin niż osób prowadzących zajęcia z tych niefortunnych przedmiotów. Trudno pogodzić się z tym, by decyzje dotyczące podejmowanych oraz publikowanych prac badawczych, kształcenia i - co nie jest bez znaczenia - wychowania kolejnych roczników absolwentów różnych kierunków, a także awansów, czyli dochodzenia do władzy w poszczególnych jednostkach organizacyjnych uczelni, wciąż pozostawały w gestii tej szczególnej grupy naukowców.
Cytuję inspirującą notatką z "Nowego Państwa" (nr 23/98): "Niemiecki sąd pracy odrzucił roszczenie pewnego wykładowcy ekonomii i nauk społecznych z Erfurtu w dawnej NRD. Domagał się on uznania jego drugiej specjalności, wspartej doktoratem, marksizmu-leninizmu, co łączyłoby się z podwyżką pensji o prawie 2 tysiące marek. Rok wcześniej ten sam sąd odrzucił analogiczne roszczenie pewnego nauczyciela wychowania obywatelskiego z byłej NRD. Uzasadnienie w obu wypadkach było takie samo: "Nigdzie już nie wykłada się takiego przedmiotu, a więc jego znajomość nie może być traktowana jako umiejętność zawodowa, lecz wyłącznie jako prywatne hobby"".
Rozumiem, że postulat lustracji może brzmieć niehumanitarnie. Czy jednak dla polityków nieważny lub niemożliwy do urzeczywistnienia jest bodaj program-minimum: odsunięcie od decyzji tych środowisk, które realizowały obniżanie standardów badań i nauczania, choćby przez zajmowanie czasu studentów w PRL absurdalnymi ćwiczeniami i wykładami, ukazującymi ignorancję, konformizm i cynizm?
Czy "nowemu państwu" nie są potrzebne nauki społeczne? A może wydaje się, że potrzebne są w tak nikłym stopniu, iż garstka znanych badaczy wystarczy, kwestię rozwoju kadry rozwiążą fundacje a przeciętnych studentów w prowincjonalnych uczelniach mogą kształcić dawni wykładowcy przedmiotów ideologicznych, zaszczepiając młodym mentalność wczorajszej władzy? Jak wiadomo, dążenie do prawdy nie było celem nauk społecznych w PRL. Na ideologicznych zajęciach uczono, że twierdzenia nauki są, zgodnie z doktryną marksistowsko-leninowską, podporządkowane interesom warstwy panującej. Czy na pewno takie przekonania gwarantują rzetelność uczonego? Czy w demokracji parlamentarnej - ironizuję - byli "politrucy" bezbłędnie rozpoznają, kto panuje, czyim interesom dana teza służy? Jakże się nie zagubią w podziale władzy?
Wolałabym nie wpadać w tym miejscu w długi a szczegółowy lament nad biedą naukowców, którzy nie piastują wysokich stanowisk ani nie dorabiają, lecz nasuwa mi się od dawna zestawienie priorytetów państwa. Urzędników trzeba podobno wysoko wynagradzać, by nie ulegli korupcji. Czy więc płaca nauczyciela akademickiego świadczy o tym, że państwo uważa korupcję w uniwersytecie za dopuszczalną? Zapewnie, nieco nadziei można pokładać w tradycyjnych ideałach moralnych społeczności uczonych. Niemniej np. moja niedawna, pewnie niesprawiedliwa obawa, czy za zaproszeniem mnie na płatny wykład do szkoły średniej nie kryje się próba przekupstwa, bierze się stąd, że status materialny, i w pewnym stopniu społeczny, pracownika uczelni nie jest wysoki. Prasa donosi wręcz o przestępstwach kryminalnych popełnianych przez ludzi z tej kiedyś elitarnej sfery. Przy tym ideał inteligenta znoszącego biedę i poczuwającego się do odpowiedzialności za poziom kulturalny kraju ośmieszany jest nie bez powodzenia. Zamiast moralizatorstwa zapewne jakaś część młodzieży, nie zawsze mająca szczęście do spotykania innych wzorców, styka się z korupcją, niejasnymi zależnościami, podstępem i fałszywym pozorem zamiast poszukiwania prawdy, której zresztą, według postmodernistycznych modnisiów, pewnie nawet nie ma. Jest zaś korzyść, skuteczność, koniunkturalizm.
W wielu sferach życia społecznego, na przykład w służbie zdrowia, granice między przekupstwem a obowiązującymi formami uprzejmości wyznacza się bardzo indywidualnie, zależnie od wrażliwości, zwyczajów, odczuć oceniającego. Na takim tle tym bardziej zagrożona wydaje się godność uczonego, więc tym bardziej warto byłoby ograniczać zależność dzisiejszego kształtu środowiska akademickiego od odziedziczonych po minionym ustroju obyczajów oraz wpływów, które nie mają wiele wspólnego z niezależnością ocen egzaminatora ani z wolnością badacza.
Już choćby dyskusje prasowe nad plagiatami wskazują na głębsze patologie. Ani tryb życia niektórych klerków, ukierunkowany na przetrwanie nędzy, ani - u innych natur - nihilizm i pogoń za najrozmaitszymi dochodami nie sprzyjają śledzeniu publikacji fachowych. Plagiaty były możliwe również wskutek niedostatecznej, może i nie dość suwerennej selekcji potencjalnych publikacji naukowych. Jeśli się nie mylę, ogromną rolę odgrywają tu decyzje władz poszczególnych jednostek organizacyjnych danej uczelni. Jeżeli więc istnieją dyscypliny wyjątkowo dotknięte niemerytorycznymi hierarchiami zależności, sytuacja ta odbija się na ogłaszanych pracach. Te zaś liczą się w awansowaniu i dochodzeniu do głosu w ciałach kolegialnych. W ten sposób wspomniane wpływy z przeszłości w naukach społecznych się petryfikują.
Trywialna jest sprawa związku między władzą, prestiżem i dochodami. Na przykład, w instytucie reprezentującym nauki humanistyczne potraktowanie części pracy uczonych - dla potrzeb łaskawszego fiskusa - jako twórczej było oczywistością. W instytucie należącym do wydziału nauk stricte społecznych nawet taka szansa podniesienia upokarzająco niskich poborów okazała się tylko kolejną sposobnością do zaznaczania podziału na "swoich" i tych spoza "układu". W tego rodzaju placówkach łatwiejsze zwalnianie pracowników musiałoby, jak sądzę, prowadzić do eliminacji pracowników niewygodnych dla zwartej profesury postpezetpeerowskiej i jej, jak ongiś, dyspozycyjnych akolitów. Dlatego procedury reformatorskie w dyscyplinach społecznych, służących nie tak dawno indoktrynacji, powinny być inne niż w naukach ścisłych czy humanistycznych. To przecież z instytutów X, Y, Z przybywano z obowiązkową indokrynacją do instytutów A, B, C, w nich zaś przedmiotem niemałej troski była sensowna praca mimo owej zewnętrznej presji.
W krytycznych wypowiedziach o naukach społecznych w Polsce nie zauważyłam pomysłów na zmianę fatalnego położenia. Polityka naukowa nie może sprowadzać się do złośliwości, utyskiwań czy taktyki spalonej ziemi w stosunku do całych generacji badaczy. Nie jest to możliwe choćby dlatego, że stracone pokolenie nauczycieli akademickich co roku zaopatruje w dyplomy absolwentów, nauczonych jak radzić sobie z poszczególnymi osobami, a nie jak odnajdywać lub rozumieć prawdę. Zło narasta. Jak później ufać wynikom badań opracowanych w atmosferze triumfującej nieprawości? Odbycie studiów może sprowadzać się w rezultacie do nauki wkradania się w łaski dawców zaliczeń. Jakimi metodami unieszkodliwiać niezłomnych, jak wreszcie unikać zdobycia kultury umysłowej, a za to - jak "bajerować". Po latach doświadczeń (jedynie na przyjemnej, odległej od lumpenmachiavelizmu, polonistyce, kudy nam do sztuki manipulacji ludźmi!) uderzyło mnie jednak spostrzeżenie, jak zawstydzająco zbieżna jest filozofia życiowa sprytnej, postmodernistycznie swobodnej młodej osóbki i zawodowego przestępcy, oszusta. Nic nowego na pewno, tylko widok żulii rywalizującej pod Biblioteką Uniwersytecką o mycie aut napawa przesadną trwogą: Czy już jesteśmy - wszyscy razem - na marginesie społecznym?
Dr Dorota Heck
Instytut Filologii Polskiej
Uniwersytet Wrocławski |