Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 4/1999

Brak precyzji w ustawie
Poprzedni Następny

W okresie wyborów nowych władz uczelni zwróciliśmy się do kilku rektorów kończących
właśnie swe drugie kadencje z pytaniem o największe sukcesy oraz trudności związane
z pełnieniem tego urzędu, a także o ułatwiające działanie uczelni przepisy,
jakie powinny znaleźć się w nowej ustawie o szkolnictwie wyższym.

Redakcja

Andrzej Jamiołkowski

Lata 90. przyniosły nie tylko radykalną zmianę w dostępności studiów wyższych (uruchomienie studiów zaocznych, wieczorowych i eksternistycznych w uczelniach państwowych oraz powstanie prawie 150 szkół prywatnych), lecz także zmianę sposobu myślenia młodzieży o znaczeniu i wartości ukończenia studiów. Powszechne stało się przekonanie, że wykształcenie, w tym wykształcenie wyższe, w dużej mierze chroni przed bezrobociem i jest istotnym czynnikiem umożliwiającym zrobienie kariery w gospodarce, polityce, a właściwie w każdej dziedzinie życia. Z drugiej strony, odejście od modelu studiów elitarnych i przejście do kształcenia masowego (wzrost liczby studentów z 400 tys. na początku lat 90. do 1 mln 300 tys. w chwili obecnej) musiały wpłynąć na zmianę (obniżenie) jakości kształcenia. Pojawiło się nawet przekonanie, że znajomość języka angielskiego oraz umiejętność obsługi komputera, to najważniejsze elementy wykształcenia, głównie oczekiwane przez pracodawców. Pogląd ten, mocno eksponowany przez niektórych dziennikarzy, wprowadził mnóstwo zamętu do głów młodych ludzi. Trudno teraz przekonać wielu z nich, że taka „wiedza” to w istocie umiejętności wystarczające do pełnienia roli sekretarki lub sekretarza, lecz absolutnie nie wystarczające do pełnienia dziesiątek, setek innych funkcji (według tego schematu, każdy uczeń w szkole średniej w Anglii miałby wyższe wykształcenie).

FAŁSZYWY OBRAZ

Do fałszywego obrazu tego, czym jest wyższe wykształcenie, w dużej mierze przyczyniła się aktualnie obowiązująca ustawa o szkolnictwie wyższym. Dopuściła ona bowiem, do prawie niekontrolowanego rozwoju prywatnych szkół wyższych, które, niejednokrotnie nie mając warunków do spełnienia roli wyższej uczelni, taką rolę usiłują spełniać. Nie odnosi się to, oczywiście, do wszystkich szkół, które powstały w latach 90. Jest wśród nich szereg takich, które w przyszłości będą mogły konkurować z dobrymi uczelniami państwowymi. Jednakże fakt, że mogą się przecisnąć przez sito, jakim powinny być oceny Rady Głównej i decyzje MEN, szkoły, które w krótkim czasie dokonują naboru kilku tysięcy studentów, nie dysponując jednocześnie żadnymi bibliotekami, laboratoriami, a przede wszystkim własną kadrą, jest przejawem patologii, do której doszło z powodu braku precyzji w ustawie o szkolnictwie wyż-szym.

Wiele szkół kształcących tysiące studentów zatrudnia na drugim, trzecim, czwartym etacie nauczycieli akademickich w liczbie mniejszej niż liczba pracowników w bibliotekach dużych uczelni. Własnych pracowników nie mają zaś żadnych. Jedna z takich szkół świętowała niedawno otwarcie biblioteki, w której liczba tomów jest mniejsza niż liczba książek w przeciętnej bibliotece pojedynczego zakładu w uniwersytetach. W moim przekonaniu, istota trudności wynika z braku odpowiednich zapisów w ustawie o szkolnictwie wyższym, a nie z jakości pracy Rady Głównej czy też MEN. Aktualny stan prawny stawia bowiem często negatywne oceny i decyzje tych gremiów na przegranej pozycji w zetknięciu z formalnym postępowaniem sądowym.

LUDZIE NIE SĄ IDEALNI

Powyższe uwagi stanowią moją ocenę najważniejszych zmian w funkcjonowaniu całego systemu szkolnictwa wyższego w Polsce. Z punktu widzenia rektora zarządzającego konkretną szkołą wyższą, największą ułomnością obowiązującej ustawy jest dopuszczanie do podejmowania dodatkowej pracy na kilku etatach lub w kilku szkołach bez zgody rektora uczelni macierzystej. W tym miejscu ustawa była równie naiwnie sformułowana, jak naiwnym było przekonanie, że można „od każdego wymagać według jego możliwości i każdemu dawać według jego potrzeb”. Działanie według tego hasła zawierało ukryte założenie, że ludzie są idealni. Podobnie danie możliwości pracownikom wyższych uczelni podejmowania dodatkowej pracy bez zgody pracodawcy (przy 7 godzinach tygodniowo obligatoryjnych zajęć w uczelni macierzystej) zakładało, że nauczyciele akademiccy zachowają się w takiej sytuacji racjonalnie. Było to jednak założenie bardzo naiwne. W większości przypadków nie może być przy tym używany argument, że podejmowanie dodatkowej pracy jest konieczne ze względu na niskie zarobki w uczelniach. Po zrobieniu listy osób zarabiających więcej niż trzy średnie krajowe w wielu uczelniach okazuje się, że spośród osób znajdujących się na tych listach zazwyczaj tylko rektor i kilku dziekanów nie pracują w instytucjach trzecich. Brak możliwości kontroli ze strony rektora (pracodawcy) tego, co czynią pracownicy uczelni, jest zupełnie niezrozumiały dla rektorów wielu uczelni zachodnich. Tam możliwość podejmowania dodatkowej pracy jest w przeważającej liczbie przypadków kontrolowana przez władze uczelni.

KONKURS ZAMIAST WYBORÓW

Innym, niezwykle dziwnym i nieprzemyślanym do końca rozwiązaniem w aktualnie obowiązującej ustawie jest sposób powoływania władz rektorskich i dziekańskich w państwowych szkołach wyższych. Z jednej strony, ustawa daje rektorom i dziekanom olbrzymie kompetencje w dziedzinie zarządzania uczelniami (nieporównywalnie większe niż np. w Niemczech czy Francji). Czyni to nas podobnymi do uczelni angielskich czy amerykańskich. Z drugiej jednak strony, jednoosobowe organy uczelni wyłania się drogą wyborów, a nie konkursów na określone stanowiska. Trzeba sobie zdawać sprawę, że duże polskie uczelnie dysponują łącznymi budżetami rzędu 40-50 mln USD. Największe zaś – prawie 100 mln USD. Do autonomicznego zarządzania tak dużymi instytucjami chyba nigdzie na świecie nie wyłania się kierownictwa drogą wyborów (rektorzy w Niemczech większość spraw kadrowych i finansowych muszą uzgadniać z ministerstwami landów – w Polsce nie muszą uzgadniać z nikim). Bardzo często wyborcy nie zdają sobie sprawy z zakresu odpowiedzialności wybieranych przez siebie osób i niejednokrotnie kierują się sympatiami lub antypatiami osobistymi, a nie oceną kompetencji merytorycznych.

INNA PERSPEKTYWA

Moja ocena sytuacji szkolnictwa wyższego w Polsce jest punktem widzenia kogoś, kto przez ostatnie czternaście lat pełnił funkcje prorektora i rektora jednego z polskich uniwersytetów. Być może moje spojrzenie na polskie wyższe uczelnie nie jest typowe – przez ostatnie dziesięć lat wynik finansowy UMK zawsze był dodatni. Dlatego też nie mizeria finansowa jest tym, co wydaje mi się w tej chwili najważniejsze. W moim przekonaniu najważniejsze jest to, aby MEN, Rada Główna Szkolnictwa Wyższego, a przede wszystkim rektorzy poszczególnych uczelni mieli instrumenty pozwalające im na sterowanie jakością kształcenia i badań w uczelniach.

Prof. dr hab. Andrzej Jamiołkowski, fizyk, jest rektorem Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Uwagi.