Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 4/1999

W granicach rozsądku
Poprzedni Następny

Środowisko chciałoby, aby nowa ustawa była swego rodzaju konstytucją
polskich szkół wyższych, na miarę potrzeb nadchodzącego wieku.

Rozmowa z prof. Hubertem Bronkiem, rektorem Uniwersytetu Szczecińskiego

Fot. Arch.
Prof. dr hab. Hubert Bronk (ur. 1940), ekonomista, specjalista w zakresie ekonomiki przedsiębiorstw i ekonomiki transportu. Ukończył studia w Politechnice Szczecińskiej w 1964 r., gdzie następnie podjął pracę. Doktorat – 1969, habilitacja – 1974, prof. nadzw. – 1987, prof. zw. – 1991. Od 1985 zatrudniony w Uniwersytecie Szczecińskim, gdzie pełnił m.in. funkcję dziekana Wydziału Transportu i Łączności. Od 1993 r. rektor USz. Autor 16 monografii, blisko 200 artykułów i rozpraw oraz ponad 50 prac naukowo-badawczych i ekspertyz. Współpraca z wieloma polskimi i zagranicznymi instytucjami finansowymi i transportowymi.

Jakie są największe zmartwienia rektora zarządzającego uczelnią: złe prawo, pieniądze, rozwój kadry, konflikty wewnątrz uczelni?

– W przypadku młodej uczelni, jaką jest Uniwersytet Szczeciński, zdecydowanie najtrudniejszą kwestią są sprawy kadrowe. Pozyskanie samodzielnych pracowników naukowych, pracujących na pierwszym etacie, to jest nasz problem numer jeden, na długo przed sprawami finansowymi i inwestycyjnymi. Polskie środowisko akademickie jest mało mobilne. Zmiana miejsca pracy następuje bardzo rzadko i z reguły jest splotem wydarzeń osobistych, a nie naukowych. Nasze doświadczenia wykazują, że nie wystarcza już mieszkanie, aby zachęcić doktora habilitowanego czy profesora do podjęcia pracy w uczelni. Z drugiej strony konieczne jest mocniejsze przywiązanie profesora do jego szkoły. Dziś nauczyciel akademicki jedynie informuje rektora o podjęciu pracy w innym miejscu. A często nawet tego nie robi.

– Nowa ustawa ma wprowadzić zapis, że rektor będzie musiał wyrazić zgodę na podjęcie pracy poza uczelnią. To będzie pewnego rodzaju rewolucja w środowisku.
– Wprowadzenie takiej zasady może dla wielu uczelni oznaczać spore trudności na pewnych kierunkach studiów, do prowadzenia których mogłoby zabraknąć samodzielnych pracowników naukowych. Myślę, że konieczny jest tu okres przejściowy.

– Być może utrzymywanie zasady konieczności posiadania ośmiu samodzielnych pracowników naukowych do prowadzenia danego kierunku jest wymaganiem przesadnym. Zapewne jako profesor nie zgodzi się Pan z tym twierdzeniem, ale sporą część zajęć prowadzą pozostali pracownicy naukowi i to ich wiedza w dużej mierze przesądza o tym, co będzie umiał student. Zresztą czasem osobowości jednego czy dwóch profesorów więcej znaczą niż zastęp innych. Czy to nie zbytni konserwatyzm grona profesorów, które o tym decyduje?
– Nie ulega wątpliwości, że to jednak profesorowie przesądzają o poziomie nauczania i pewna ich liczba musi być związana z kierunkiem studiów. Można dyskutować, czy musi być ośmiu, czy wystarczy sześciu samodzielnych pracowników naukowych. Na pewno nie może być tak, jak w wielu uczelniach prywatnych, że honorowani są profesorowie emerytowani i spoza Polski. W przypadku szkół publicznych takie zasady nie obowiązują.

– Czy uczelnią nie powinien zarządzać menedżer na stanowisku dyrektora administracyjnego?
– To rektor powinien przewodzić społeczności szkoły, ale z doświadczeń mojej uczelni widzę, że w wielu sprawach, związanych z administrowaniem i bieżącym zarządzaniem uczelnią i finansami, powinien go zastąpić kanclerz. Naturalnie, funkcję kontrolną powinien pełnić senat.

– Prof. Włodzimierz Siwiński, rektor Uniwersytetu Warszawskiego głosi pogląd, że władze uczelni powinny być kontrolowane przez zewnętrzne rady powiernicze czy nadzorcze, złożone m.in. z przedstawicieli otoczenia uczelni.
– Podzielam ten pogląd. Budżety uczelni są czasami bardzo duże, i w znacznej mierze są to pieniądze podatnika. Niesłychanie trudno pozyskiwać środki, bardzo łatwo je natomiast wydawać. To musi być pod kontrolą i takim zewnętrznym ciałem kontrolnym może być wspomniana rada. Wiązałaby ona mocniej uczelnię ze środowiskiem lokalnym.

– Właśnie, jak współpracuje się rektorom z władzami lokalnymi?
– Wiem od kolegów, że deklaracje z reguły wyglądają obiecująco, ale na wsparcie materialne przekłada się to z reguły słabo. Są ośrodki, jak Opole czy Rzeszów, w których władze lokalne wspomagają uczelnie. Ale to raczej wyjątki.

– A pieniądze? Czy powszechnie artykułowany ich brak jest ciągłą przyczyną zmartwień rektora?
– W różnych szkołach ta kwestia rozmaicie wygląda. Z pewnością poziom wynagrodzeń pracowników uczelni jest zdecydowanie zbyt niski. Szczególnym utrudnieniem w rozwoju młodych uczelni jest anachroniczny już podział środków finansowych poprzez tzw. algorytm, którym posługuje się Ministerstwo Edukacji. Takie rozwiązanie prowadzi do dalszego pogłębiania różnic rozwojowych uczelni oraz rozwarstwienia na finansowo coraz mocniejsze i coraz słabsze. Uczelnie i wydziały młode potrzebują 20-30 lat na uzyskanie pełnych uprawnień akademickich, czyli prawa do doktoryzowania i habilitowania. W tym czasie są one, na skutek działania algorytmu, w sytuacji o wiele gorszej niż uczelnie starsze. I nie odgrywa tu roli jakość nauczania, lecz – nazwijmy to tak – renta zasiedzenia. Konieczność zmiany zasad finansowania jest nieunikniona. A uczelnia przecież nie siedzi z założonymi rękami. W budżecie mojej uczelni środki własne stanowią prawie 40 procent.

– Sam algorytm spotyka się z dość częstą krytyką, ale pojawia się pytanie, co zamiast?
– Można zaproponować kilka rozwiązań zastępujących algorytm. Na przykład zamówienia edukacyjne ze strony ministerstwa.

– Ale to doprowadzi do sytuacji, kiedy ministerstwo będzie decydowało o tym, czy w jakimś uniwersytecie ma być wykładana socjologia czy biotechnologia. Samo środowisko, godząc się na takie rozwiązanie, odbierze sobie autonomię w zakresie nauczania. A poza tym, kto dziś jest w stanie powiedzieć, ilu i jakich absolwentów będziemy potrzebować za pięć lat? To będzie pole do uznaniowości.
–W przypadku uczelni młodych funkcjonujący dziś algorytm nie pozwala w sposób właściwy dbać o rozwój kadry akademickiej. Rozwiązanie, które nie daje zasilania dla asystentów ze stopniem magistra, jest, moim zdaniem, zupełnie chybione. Przecież ci ludzie pracują w uczelni.

– Czy zatem nie należałoby rozsądnie zmieniać algorytmu?
– Myślę, że to jest możliwe. Algorytm powinien obejmować wszystkie grupy pracowników, oczywiście z wyważeniem proporcji pomiędzy tymi grupami. Powinien także skłaniać do pozyskiwania przez uczelnię własnych środków, ale tak, by nie musiała ona zapominać o swej podstawowej misji, jaką jest nauczanie i prowadzenie badań naukowych.

– Drugi strumień pieniędzy, jaki płynie do uczelni, to pieniądze na badania naukowe z KBN. System grantów to chyba najbardziej sensowny sposób dysponowania pieniędzmi. Z drugiej strony powszechnie wiadomo, że o przyznaniu grantu decydują nie tylko czynniki merytoryczne. Czy można to zjawisko wyeliminować?
– Musimy jakieś rozwiązania przyjąć i wydaje mi się, że trzeba zawierzyć pochodzącej z wyboru reprezentacji uczonych. Rozwiązanie podziału środków poprzez system grantów wydaje się najlepsze. Natomiast według mnie, KBN coraz bardziej się biurokratyzuje. Niekiedy profesor w nawale obowiązków musi szukać pomocy, aby dać sobie radę z różnego typu sprawozdaniami.

– Wchodzi w życie nowy system finansowania jednostek naukowych i nowa ich kategoryzacja. Czy jednostki, które zyskają w niej wyższą lokatę, otrzymają wyższe finansowanie? Powinien istnieć bodziec finansowy preferujący najlepszych, ale przecież nie może to zagrażać bytowi danej jednostki?
– Doświadczenia wielu lat wskazują, że idealnych rozwiązań nie ma i nie sądzę, aby udało się nam je stworzyć. Przy każdej metodzie podziału tych środków zawsze będą zadowoleni i niezadowoleni.

– Porozmawiajmy o rozwiązaniach, które ma przynieść nowa ustawa.
– Do środowiska akademickiego nie dotarła żadna pełna wersja projektu ustawy. Nie otrzymaliśmy też wcześniejszej wersji projektu, opracowanego przez profesorów Seweryńskiego i Wojtyłę. Co do meritum, myślę, że trzeba mówić o nowoczesnym modelu szkoły wyższej. Funkcjonujący u nas model uczelni, oparty w dużej części na XIX-wiecznej koncepcji Aleksandra von Humboldta, już się przeżył. Trzeba szukać rozwiązań na miarę XXI wieku. Tego oczekuje całe środowisko akademickie, zarówno studenci, jak i pracownicy naukowi. Bardzo mnie cieszy planowane objęcie nową ustawą wszystkich szkół wyższych.

– Nie wszystkie typy szkół chcą takiego rozwiązania. Akademie medyczne wolałyby zachować podległość Ministerstwu Zdrowia.
– Akademie medyczne stawiają na swoją odrębność w zakresie prowadzenia szpitali klinicznych. Na zagadnienie trzeba patrzeć jednak głównie z punktu widzenia nauczania i szkoły wyższej, a tu nie powinno być większych oporów. Tym bardziej, że przecież wydziały medyczne stanowiły kiedyś integralną część uniwersytetów.

– Czy propozycja zastąpienia Rady Głównej przez Krajowy Senat Akademicki, wybierany przez senaty poszczególnych uczelni, wydaje się Panu dobrym rozwiązaniem?
– Dość trudno dyskutować o rozwiązaniach, których jeszcze nie znamy, ale myślę, że taka zmiana wdaje się logiczna, choć dobrze by było, gdyby nie skończyło się tylko na zmianie formy.

– Kolejną propozycją jest powołanie Akademickiej Komisji Akredytacyjnej. Trwa dyskusja nad jej usytuowaniem i ewentualnym przejęciem zadań Centralnej Komisji do spraw Stopni Naukowych i Tytułu Naukowego.
– Uniwersytety mają się czym pochwalić na tym polu, bo proces oceny jakości został zapoczątkowany przez Uniwersytecką Komisję Akredytacyjną. Zdecydowanie opowiadam się natomiast za zmianą zasad funkcjonowania Centralnej Komisji. W pracy CK – powiem to bardzo mocno – zostały zachowane zasady sądów kapturowych. Myślę o tajnych superrecenzentach. Takie rzeczy w naszym, rządzącym się regułami demokracji środowisku nie powinny mieć miejsca. Jeśli dokonuje się ocen, to trzeba mieć odwagę z otwartą przyłbicą bronić swych opinii.

– Na naszych łamach także pojawiają się głosy krytyczne o funkcjonowaniu CK. Opisywaliśmy np. przypadek, kiedy recenzent w prywatnej rozmowie przyznał, że popełnił błąd wydając opinię negatywną, ale nie zmieniło to decyzji odmawiającej zatwierdzenia habilitacji.
– Dochodzi do tego, że CK prowadzi rozmowy z wydziałami, a rektor w żadnym momencie, nawet po podjęciu ostatecznej decyzji, nie jest o tym informowany.

– Środowisko rektorów, poza nielicznymi wyjątkami, jest zgodne, że nowa ustawa powinna także rozwiązać kwestię współpłatności za studia. Powszechne przekonanie rektorów, że takie rozstrzygnięcie powinno funkcjonować, zupełnie nie wystarcza do rozwiązania tej kwestii, ponieważ istnieje kontrowersyjny zapis w konstytucji.
– Panuje dość powszechne przeświadczenie, że powinny obowiązywać jednolite zasady odpłatności za studia. Tu politycy powinni stanąć na wysokości zadania i zaproponować zapis pozwalający wyjść z tej sytuacji.

– Powszechnie znany jest paradoks, że za gorsze studia zaoczne trzeba płacić, a za lepsze, dzienne, nie.
– Konieczne jest wprowadzenie jednolitych zasad odpłatności dla wszystkich studentów i ujednolicenie toku studiów. Jestem zwolennikiem likwidacji podziału na studia dzienne i zaoczne. Te studia w bardzo wielu przypadkach różnią się tylko tym, że jedni za studia płacą, a inni nie. Pojawia się problem nowej organizacji toku studiów i pytanie, czy potencjał uczelni jest wystarczający, by prowadzić jednolite studia dla wszystkich studentów. Propozycje mogą być bardzo różne. Można na przykład rozważać wprowadzenie studiów trzysemestralnych. Przecież przez okres letni potencjał uczelni nie jest wykorzystywany. Nauczyciel akademicki pracowałby przez dwa semestry, a jeden semestr mógłby poświęcić na pracę naukową. Okres wakacji byłby również wykorzystany. To mogłoby prowadzić także do skrócenia czasu studiów.

– Czego jeszcze oczekuje Pan od nowej ustawy?
– Środowisko chciałoby, aby nowa ustawa była swego rodzaju konstytucją polskich szkół wyższych, na miarę potrzeb nadchodzącego wieku.

Rozmawiał Andrzej Świć

Uwagi.