Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 5/1999

Porozmawiajmy o minimach programowych
Poprzedni Następny

Po artykułach polemicznych prof. prof. Smoluka i Musielaka (nr. 1/99 i 3/99)
prezentujemy punkt widzenia Rady Głównej na sprawę minimów programowych
("Monitor Forum" w nr 4/99 "FA").

Maria Baster-Grząślewicz


Fot. Stefan Ciechan

Tak się złożyło, że z racji moich zadań w Radzie Głównej Szkolnictwa Wyższego prawie wszystko, co wiąże się z minimami programowymi jest mi od kilku lat bliskie. Jest to bliskość niebezpieczna, pełna nieoczekiwanych napięć, chociaż nie pozbawiona uroku. Ustalanie tzw. minimalnych wymagań programowych dla poszczególnych kierunków studiów to jeden z ustawowych obowiązków Rady Głównej (art. 42 ust. 1 pkt 1 ustawy o szkolnictwie wyższym). Zadanie to Rada Główna podjęła przed kilkoma laty ze świadomością jego złożoności oraz ze sporymi obawami, wynikającymi m.in. z przeświadczenia o niechęci dużej części środowiska akademickiego do wszelkich minimów, kojarzonych, szczególnie w czasach silnych emocji politycznych, z próbą "odgórnej" ingerencji w życie autonomicznej uczelni. Z czasem opór wobec minimów zaczął słabnąć i ustępować miejsca coraz silniej odczuwanej potrzebie określenia standardów kształcenia, porządkujących nadmierną niekiedy różnorodność, nie zawsze do końca przemyślanych pomysłów programowych (np. w licznie powstających wyższych szkołach niepaństwowych).

CO TO SĄ "MINIMALNE WYMAGANIA PROGRAMOWE"?

Po wstępnych dyskusjach Rada Główna zdecydowała się określić "minimalne wymagania programowe" jako zbiór ogólnych wymogów dotyczących programu studiów i jego realizacji oraz zestaw przedmiotów ogólnych, podstawowych i kierunkowych, wraz z treściami programowymi i minimalną liczbą godzin, których realizacja jest obligatoryjna na danym kierunku studiów. Minimalne wymagania programowe nie są więc minimalnym programem studiów, a jedynie częścią wspólną, którą powinny zawierać programy realizowane przez wszystkie uczelnie prowadzące określony kierunek. Tym samym "minima" pozostawiają wyraźny, zależny od kierunku i specyfiki uczelni, obszar swobody w tworzeniu przez wydziały pozostałej części programu studiów. Zakłada się przy tym, że w celu kształtowania określonej w "minimum" sylwetki absolwenta pozostała do dyspozycji wydziałów liczba godzin zostanie przeznaczona w znacznym stopniu na pogłębienie i rozszerzenie treści programowych wymienionych w "minimum" przedmiotów podstawowych i kierunkowych oraz przedmiotów pokrewnych, a także na rozszerzenie ogólnych horyzontów intelektualnych studenta i, oczywiście, na przedmioty specjalistyczne. Taka wykładnia interpretacyjna "minimalnych wymagań programowych" została przedstawiona przez Radę Główną w 1997 roku (Uchwała nr 141/97 z 13 listopada 1997 r. w sprawie wymagań programowych na studiach wyższych). Jest ona również, moim zdaniem, oczywista po dokładnym przeczytaniu tekstu każdego konkretnego "minimum" i ujętych w nim informacji. Niestety, wiele zarzutów wobec "minimalnych wymagań programowych" świadczy przede wszystkim o tym, iż polemiści rozumieją sens tego pojęcia inaczej i atakują "minima" za to, czym one z definicji być nie mogą lub za to, czego w nich nie ma, bo z założenia być nie może.

DO CZEGO POTRZEBNE SĄ "MINIMA"?

Po co nam "minima"? - takie pytanie słyszałam wielokrotnie. Bywało, że zadawały je osoby manifestujące w ten sposób swój wstręt do jakichkolwiek unormowanych form kształcenia. Bywało, że na "minima" oburzali się ci, którzy w swojej uczelni sami wymuszali swoiste "minima programowe" według własnej koncepcji. Bywało i tak, że pytanie o sens "minimum" rozpoczynało rzeczową, rozsądną wymianę myśli. Dyskusje, które "minima" prowokują, wydają mi się czasem ważniejsze niż efekt końcowy pracy nad redakcją tekstu "minimum". Dyskusje te dotyczą spraw ogólnych, takich jak współczesny model studiowania, model absolwenta szkoły wyższej, zakres odpowiedzialności uczelni za wszechstronny rozwój osobowości młodego człowieka. Czy do tego konieczne są "minima"? Z pewnością można bez nich żyć. Warto uświadomić sobie jednak, że w praktyce nawet wtedy, gdy formalnie nie istnieją, funkcjonują zazwyczaj jako zestaw obligatoryjnych przyzwyczajeń. W dobie głębokich przemian i nowych uwarunkowań pozorne oczywistości stają się kontrowersyjne, a niepodważalne poglądy tracą często na ostrości i wymagają weryfikacji. Prace nad "minimalnymi wymaganiami programowymi" mogą być, moim zdaniem, użytecznym fragmentem szerszej refleksji nad współczesnymi koncepcjami kształcenia wyższego. Może warto zastanowić się wspólnie, jak obecnie proces ten powinien przebiegać, jak chronić te jego cechy, które wydają się ważne dla jego tożsamości, jakie elementy chronić jako niezbędny kanon zapewniający właściwy poziom absolwenta.

"Minimalne wymagania programowe" powinny pełnić rolę standardu określającego stopień równoważności dyplomów wydawanych przez różne uczelnie dla tego samego kierunku studiów, a równocześnie definiującego ten kierunek, jego cel, zawartość programową, cechy charakterystyczne, wspólne dla wszystkich uczelni i wszystkich specjalności. Dokument taki może być przydatny w wielu konkretnych sytuacjach. Dotychczasowe doświadczenia spowodowały, że tryb postępowania Rady Głównej w przypadku prac nad ewentualnym powołaniem nowego kierunku studiów wiąże się z przedstawieniem projektu odpowiedniego "minimum programowego", które jest podstawą merytorycznej dyskusji nad celowością takiego przedsięwzięcia. Jest też normalną praktyką, że opiniując wnioski o otwarcie nowych szkół wyższych Rada Główna analizuje zgodność przedstawionych programów studiów z odpowiednimi "minimami programowymi". Myślę, że "minimalne wymagania programowe" powinny również stać się cenną pomocą w pracach nad obiektywizacją przyszłych procesów akredytacyjnych, a także dobrym punktem odniesienia dla różnorodnych autorskich koncepcji programowych. Aby tak się stało, muszą one, oczywiście, spełniać określone warunki, które można sformułować następująco: po pierwsze, powinny zapewniać odpowiedni komfort studiowania oraz jakość absolwenta, po drugie, nie powinny niszczyć oryginalnych inicjatyw i wartościowych tradycji poszczególnych ośrodków. Czy spełnienie takich warunków jest możliwe? Chcemy wierzyć, że tak.

JAK POWSTAJĄ "MINIMA"?

Prace nad "minimalnymi wymaganiami programowymi" ciągną się już dość długo. Obecnie większość "minimów" dla kierunków studiów magisterskich albo jest już zatwierdzona, albo znajduje się w ostatniej fazie uzgodnień. W przypadkach wątpliwych, budzących kontrowersje, Rada Główna często celowo opóźnia podejmowanie ostatecznych decyzji, dążąc do wypracowania rozwiązań uwzględniających jak najwięcej ujawnionych podczas dyskusji racji i różnorodnych opinii. Nadrzędną zasadą podczas tych prac jest szeroka konsultacja każdego projektu z zainteresowanymi wydziałami szkół wyższych i odpowiednimi środowiskami naukowymi. Oczywiście, uzyskanie pełnego consensusu często nie jest możliwe, stąd uchwalane "minimalne wymagania programowe" mają niekiedy charakter pewnego kompromisu pomiędzy dążeniem do pełnej precyzji sformułowań a potrzebą przekazywania komunikatów czytelnych, choć nie do końca dopowiedzianych, dopuszczających pewną swobodę interpretacyjną, a przez to powszechniej akceptowalnych dla środowiska, do którego są adresowane. Pierwsze robocze wersje "minimów" zostały przygotowane na prośbę Rady Głównej przez ekspertów MEN. Na ich podstawie powstają sukcesywnie następne wersje projektów, uwzględniające zarówno założenia ogólne, przygotowane przez Komisję Dydaktyki i Spraw Studenckich RG, jak i wyniki dyskusji merytorycznych, przeprowadzanych przez odpowiednie sekcje RG. Ostateczna wersja "minimum", uchwalana na plenarnym posiedzeniu Rady Głównej, jest więc wynikiem pracy wielu osób i nie ma charakteru tekstu autorskiego. Fakt ten ma zarówno pozytywne, jak i negatywne skutki. "Minima", a czasem nawet ich fragmenty, różnią się znacznie między sobą stopniem szczegółowości obligatoryjnych treści, różnią się też nieznacznie w innych detalach formalnych. Te pewne niekonsekwencje, których jesteśmy świadomi, wynikają przede wszystkim z chęci tworzenia dokumentu na miarę rzeczywistych potrzeb konkretnego kierunku, nawet kosztem braku pewnej formalnej elegancji.

TROCHĘ SZCZEGÓŁÓW

Schemat "minimalnych wymagań programowych" zawiera stałe elementy: wymagania ogólne, sylwetkę absolwenta, minimalne liczby godzin w blokach przedmiotowych, obowiązkowe praktyki, treści programowe, zalecenia. "Minimalne wymagania programowe" określają tematycznie ok. 50 proc. globalnej liczby godzin przewidzianych dla danego kierunku studiów i nie dotyczą realizowanych na wydziale specjalności, a jedynie wspólnych dla wszystkich uczelni przedmiotów ogólnych, podstawowych i kierunkowych. "Minima" nie ustalają sekwencji przedmiotów ani kolejności realizacji haseł programowych, pozostawiając wydziałom decyzje w tym zakresie. Z założenia, treści programowe określane w "minimum" powinny być na tyle szczegółowe, aby dawały prawidłową informację o poziomie i zakresie tematycznym zajęć, a na tyle ogólne, aby nie ograniczały zbytnio możliwości ich autorskiej realizacji. Bardzo ogólne hasła programowe oznaczają po prostu pozostawienie wydziałom dużej swobody programowej, bardziej szczegółowe - mniejszej. W praktyce, w zależności od decyzji przedstawicieli danego kierunku, treści programowe bywają ujęte w sposób dość rozbudowany lub bardzo krótki. Oczywiście, i jedno, i drugie podejście może być krytykowane: pierwsze za drobiazgowość, drugie za zbytnią lakoniczność. W sprawie zawartości "minimów" zawsze znajdą się powody do narzekań. Jedni uważają, że ważne są tylko godziny, drudzy, że wyłącznie treści. Jeszcze inni wykazują, że zarówno treści, jak i godziny nie dają żadnej użytecznej informacji.

W koncepcji "minimum" przyjęto zasadę powiązania treści programowych z minimalną liczbą godzin przeznaczonych na ich realizację. Jest to jedynie określenie "poziomu bezpieczeństwa", poniżej którego zejść nie można. Często niezbędne jest jednak, w celu osiągnięcia odpowiednich wyników dydaktycznych, zagwarantowanie w programach studiów znacznie większej liczby godzin na niektóre przedmioty niż wynika to z "minimum". Liczba godzin przeznaczona w "minimalnych wymaganiach programowych" na poszczególne przedmioty nie może być interpretowana jako hierarchizacja ich ważności. Proporcje godzinowe są w "minimum" często zachwiane, szczególnie na korzyść tych przedmiotów, których nie sposób opanować w trybie samodzielnych metod kształcenia, a które z racji swej kosztochłonności wydają się szczególnie zagrożone (np. laboratoria, języki obce).

Zgodnie z zaleceniami ogólnymi Rady Głównej, w "minimum" należy uwzględnić ogólne tendencje światowe i standardy organizacji europejskich. Wśród wskazówek szczegółowych dla twórców projektów "minimum" można wymienić: konieczność zapewnienia studentom wybieralności przedmiotów, możliwości opanowania języka zachodniego, uczestnictwa w różnych formach aktywności fizycznej. W przełożeniu na schemat "minimum programowego" oznacza to w szczególności zagwarantowanie w puli "przedmiotów ogólnych" pewnej minimalnej liczby godzin na język obcy, wychowanie fizyczne czy przedmiot do wyboru. Jaki to ma sens? No cóż, trochę symboliczny, chociaż nie tylko. W praktyce oznacza to na przykład, że zdaniem Rady Głównej uczelnia nie może robić oszczędności finansowych likwidując salę gimnastyczną oraz że ma obowiązek zapewnić studentowi przynajmniej 120 godzin nauki języka obcego w ramach programu studiów.

Oprócz liczby godzin i treści programowych, "minimalne wymagania programowe" zawierają również "zalecenia", tzn. dodatkowe wyjaśnienia i uwagi dotyczące potrzeb programowych i dydaktycznych danego kierunku. W "minimum" jest jeszcze "sylwetka absolwenta", która sugeruje w szczególności, iż pozostałej do dyspozycji wydziałów liczby godzin (ok. 50 proc.) nie należy spożytkować w całości np. na naukę tańca towarzyskiego, a raczej na rozszerzenie wiedzy podstawowej i specjalistycznej związanej z kierunkiem studiów. W tym zakresie jednak "minimum" pozostawia wydziałom dużą swobodę w budowaniu różnorodnych ofert dydaktycznych, zależnych od specyfiki uczelni oraz indywidualnych potrzeb studenta.

CZEGO NIE NALEŻY OCZEKIWAĆ OD "MINIMUM"?

Dokument zwany "minimalnymi wymaganiami programowymi" jest z konieczności skrótowy, adresowany do konkretnego odbiorcy o ukształtowanym poczuciu odpowiedzialności i, po prostu, zdrowego rozsądku w działaniach zgodnych z misją uczelni i potrzebami absolwenta. "Minimum" nie jest bowiem przepisem na idealny program studiów i nie należy od niego oczekiwać recepty na wszelkie problemy dydaktyczne. "Minimalne wymagania programowe" powinny umożliwiać tworzenie nowoczesnych programów studiów, ale równocześnie nie mogą mieć charakteru narzucanej wszystkim uczelniom kontrowersyjnej lub lokalnie nowatorskiej koncepcji programowej. Zatwierdzone dotychczas "minima" są, w pewnym stopniu, rejestracją aktualnego stanu świadomości w tym zakresie różnych przedstawicieli kierunku, ekspertów, dziekanów, dyrektorów instytutów, którzy bardziej lub mniej aktywnie włączali się, na prośbę Rady Głównej, w proces tworzenia standardu programowego. Ostateczny kształt "minimum" jest często wynikiem consensusu wypracowanego w toku gorących i ostrych dyskusji w całym środowisku. Czasem, niestety, zdarza się, że prawie zupełnie bierne podczas prac nad projektem środowisko uaktywnia się dopiero po zatwierdzeniu "minimum". Szkoda np, że prezentowane ostatnio na łamach "Forum Akademickiego" polemiczne wypowiedzi na temat minimum programowego z matematyki nie zostały skierowane bezpośrednio do Rady Głównej kilka miesięcy wcześniej. Byłyby wtedy rozważone z uwagą, podobnie jak wszystkie inne opinie, które napłynęły wówczas do Rady Głównej w ramach konsultacji projektu "minimum" (projekt ten był rozesłany z prośbą o uwagi do wszystkich zainteresowanych wydziałów oraz prezentowany na zjeździe dziekanów).

Nazwa "minima programowe" od lat budzi w środowiskach oświatowych i akademickich różnorakie kontrowersje, mające podłoże zarówno merytoryczne, jak i emocjonalne. O sprawach merytorycznych warto dyskutować, trudno natomiast polemizować z emocjami. "Minimum" jest bardzo wdzięcznym tematem dla polemistów, łatwo je ośmieszać interpretując dowolnie jego nazwę lub wyjęte z kontekstu sformułowania. Żargonową, często krytykowaną nazwę "minimum" można, oczywiście, zmienić, ale chyba nie o to chodzi. Tych, którzy nie lubią minimów, bo nie chcą ich polubić, z pewnością nie przekonają żadne argumenty. Mój artykuł adresuję raczej do tych wszystkich, którzy skłonni są o "minimalnych wymaganiach programowych" myśleć w sposób rzeczowy i konstruktywny.

Dr Maria Baster-Grząślewicz, przewodnicząca Komisji Dydaktyki i Spraw Studenckich Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego, jest nauczycielem akademickim w Instytucie Fizyki WSP w Krakowie.

Uwagi.